Piosenka o moim sąsiedzie

Mieszkam na styku, w miejscu, w którym social bubble kredytowej klasy średniej prawie pęka. Za oknem sztucznie grodzonego osiedla jest inny świat. Świat, który oficjalnie mamy w pogardzie, chociaż trochę nas fascynuje jak gombrowiczowski parobek: menele, sebiksy, karyny, psy w typie jorka i szaliki Ślązeczka. Wystarczy jednak zamknąć furtkę i udawać, że go nie ma, że jesteśmy u siebie i tylko u siebie. Ta furtka to bariera psychologiczna, mur na zombie z nocną strażą za 3,50 za godzinę dla ciecia. Cieć też dla niepoznaki ubiera się na czarno. Mur poczucia wyższości i zabezpieczenia przed okazją, która czyni złodzieja. Nasze osiedle liczy sobie trzy bloki. Trzy bloki enklawy w środku dzielni, w której jeszcze kilka dekad temu można było bez powodu kosę dostać. Dziś nikt się kosy nie boi, no chyba że biega po ulicy z szalikiem Legii Warszawa. Niektórzy nazywają to rewitalizacją, inni gentryfikacją. Gentryfikacji oficjalnie nie ma, bo z komunałek naprzeciwko jeszcze nikogo nie wyrzucili, ale kto wie, czy to nie kwestia czasu. Jest za to furtka. I jest jeszcze mój sąsiad.

czytaj