„Nigdy nie idziesz sama”

chair - "Nigdy nie idziesz sama"

Słuchajcie, tak bardzo nie mam sił na pisanie, a chciałam wrzucić Wam coś w tym tygodniu. Coś, co nie będzie jakimś eskapizmem, ale jednocześnie nie będzie też kolejnym komentarzem politycznym, bo mam wrażenie, że od miesiąca nic innego nie piszę. Coś, powiedzmy sobie szczerze, rozrywkowego. Więc wyciągam z szuflady opowiadanie, a właściwie nie opowiadanie, a fragment rozgrzebanego początku powieści, którą zaczęłam pisać siedem lat temu i oczywiście porzuciłam. W ogóle to pierwsze, zaginione wersje pochodzą z roku 2005 lub 2006 i były bezpośrednio zainspirowane pierwszym zwycięstem PiSu w wyborach. Tak było. Aktualnie siedzę nad poprawkami do zupełnie innej, skończonej książki, którą mam zamiar wydać, ale historia, której fragmenty Wam tu wkleję, wciąż we mnie siedzi, domaga się opowiedzenia, i pewnie do niej wrócę, gdy odzyskam wiarę w sens gatunku. Bo problem z tą historią jest taki, że to science-fiction o autorytaryzmie i rewolucji, które te parę lat temu były tylko fikcją z mojej głowy, a teraz to jakby trochę mogę siadać do pisania czerpiąc z rzeczywistości, która mnie otacza. Isn’t it ironic?

To jest fragment, który powstał siedem lat temu. Występuje w nim piosenka „Nigdy nie będziesz szedł sam”. To bezpośrednia kontynuacja fragmentu, który wrzuciłam tu kilka lat temu (można, ale nie trzeba doczytywać dla kontekstu). Bawcie się dobrze!

Nigdy nie idziesz sama


Państwo W1, byłe miasto Wrocław, maj 2115 roku

– Witaj Ven – zdziwił ją widok dawno niewidzianej przyjaciółki. Saray mówiła, że Rhienn prawie nie wychodzi z domu, że nie chce widywać się z ludźmi, rozpamiętuje przeszłość i nic tylko wciąż boi się o jej życie. Ponoć pracuje nad nowymi wynalazkami, ale ona nic z tego nie rozumie.
– Cześć, wchodź! – odchyliła mocniej drzwi.
Rhienn Frost miała na sobie białą spódnicę z ogromnymi, czarnymi trójkątami na długości całych ud i modną, asymetryczną talią oraz czerwony stanik wysoki pod samą szyję. Promienie zachodzącego słońca, wpadające przez okno tworzyły srebrną obwódkę wokół linii jej czarnych, falowanych włosów.
– Ven, musisz mi pomóc. Tylko ty potrafisz to zhakować.
– Ale co?
– Mikrokoma Saray. Nie odzywa się od rana. Coś musiało się stać.
– Spokojnie – złapała ją za ramię. Rhienn była cała roztrzęsiona, z czoła spływał jej pot. – Siadaj i mów powoli. Chcesz wody?
– Nie. Ven, musimy jak najszybciej podłączyć się do jej koma. Nie mam żadnego sygnału. Mogli ją dorwać i wyłączyła go, żeby nie odkryli, że ma czipa. Cholera wie, co ona tam przechowuje.
– Ty nie wiesz? – ugryzła się w język, trochę za późno. Saray przez ostatnie miesiące często narzekała, że siostra za bardzo się o nią martwi i chce wszystko wiedzieć.
– Niby skąd? Wcale nie przesadzam. Ona nie wyłączyłaby Guziczka z byle powodu. Zapisuje te swoje pamiętniki, do mnie dzwoni co kilka godzin. To nie jest normalne.
– Rhienn, uspokój się proszę. Zaraz spróbuję się do niej podłączyć. Masz kody, prawda?
Frost skinęła głową.
– Nie bój się niepotrzebnie. Pewnie dobrze się bawi. Coś mi się zdaje, że ma dzisiaj bardzo miłą randkę.
– Co?
– Spotkałam ją wczoraj na imprezie. Zniknęła na godzinę z Krisem Kowalskim. Muszę opowiadać ci więcej? Zresztą zaraz mogę zadzwonić do Krisa.
– Tak?
– Tak. Zadzwonię. Po co ją hakować? Jak się dowie, będzie wściekła. Wolałabym tego uniknąć i nie włamywać się do jej czipa bez uzasadnienia.
– Dobra, dzwoń.
Kris nie odebrał. Spróbowała jeszcze raz i jeszcze jeden. Rhienn nie mogła usiedzieć w miejscu, szwędała się po salonie, co chwilę zerkając w stronę zachodzącego słońca za oknem. W końcu wyciągnęła z torebki niewielkie pudełko. Podeszła do Vendelii.
– Dosyć tego. Rób włam. Ja naprawdę nie przesadzam. Czuję, że coś się stało. Nie lekceważy się przeczucia bliźniąt.
Vendelia zrobiła taką minę, że Rhienn powinna była z miejsca obrazić się i wyjść. Miała już dość jej biadolenia i domyślała się, że Saray ma pewnie teraz wspaniały seks z Krisem, a Kris nie zwykł odbierać głupiego telefonu podczas wspaniałego seksu. Wyrwała z rąk Rhienn pudełko, odgarnęła włosy znad ucha i wpięła sobie końcówkę kabla w niewielką, niemal niewidoczną dziurkę. Włączyła urządzenie, Rhienn podała jej kod. Podłączyła się.
Zhakowanie koma było dla niej bułką z masłem, w końcu sama zaprogramowała jego zaporę.
– Udało ci się wejść? – spytała Rhienn.
– Tak. Nie przerywaj.
– Możesz szybciej, czy będziesz się przekopywać przez jej mózg? Jak nie wiesz, czego szukać to ułóż półki archiwum według dat.
– Nie poganiaj mnie. Żeby wejść szybko muszę przesłać to sobie trybem ekspres, wiesz jak to cholernie boli.

Pod zamkniętymi powiekami jej gałki oczne ruszały się w nienaturalnie szybkim tempie. Rhienn patrzyła, jak zmienia się jej twarz. Vendelia milczała, ale po jej mimice widać było, że informacje, które ściąga nie są przyjemne. Czuła, że zrobiła źle, prosząc ją o ten włam, ale mówiła sobie, że to konieczne, by odnaleźć siostrę. Nie mogła już czekać. Vendelia, wciąż z zamkniętymi oczami, mruczała coś pod nosem. Straciła kontakt z otoczeniem, za głęboko weszła w archiwum mózgu Saray. Rhienn nie wytrzymała, nacisnęła kombinację klawiszy, która przyśpieszała pobór danych. Vendelia krzyknęła z bólu i upadła na podłogę. Ocknęła się dopiero po minucie.
– Czy ty zwariowałaś? – rzuciła się na nią. – Nigdy, ale to przenigdy więcej tego nie rób. Idiotko, prawie czaszkę mi rozsadziło.
– Przepraszam – nie wiedziała, jak się zachować. Schowała twarz w dłoniach.
– Sama konstruowałaś to piekielne urządzenie, dobrze wiesz jak to działa. Nie można wywoływać funkcji tymi klawiszami. To do jasnej cholery może wypalić dziury w mózgu! Trzeba było się samej podłączyć – wyrwała sobie kabel z głowy i razem z pudełkiem odrzuciła w kąt.
– Wiesz dobrze, że nie umiałabym tego zhakować.
– Wiem. Umiesz tylko śrubki dokręcać.
– Powiedz, czego się dowiedziałaś.
– Cholera, czy ty wiesz ile szitu wtłoczyłaś mi do głowy tym kliknięciem? Naprawdę, pomijając już fakt, że mogłaś mnie zabić, dałaś mi jeszcze okazję poznania w ciągu sekundy całej grafomańskiej zawartości jej dzienniczka. Ale dobra, mniejsza o to. Miałaś rację Rhienn. Coś jest na rzeczy. Ostatni wpis w jej durnym pamiętniczku jest z dzisiaj, z dziewiątej rano. Jest w autobusie i ktoś ją śledzi. Tam zapis się urywa. Naszukałam się tego, Rhienn. Przed wyłączeniem koma wrzuciła to na ukrytą półkę. Naprawdę się bała. Nie mam pojęcia, gdzie ona może być.
– Co to za autobus? Gdzie jechała?
– Nie wiem. Ani słowa o kierunku. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich szczegółów, przez to żeś te klawisze włączyła! Uprzedzam, że nie włożę sobie tego gówna jeszcze raz.
– Nie zapisałaś tego w pudle?
– Niby kiedy, mądralo? Wtedy, kiedy wypalałaś mi mózg?
– Jej czip jest zhakowany, powiesz mi jak wejść i sama tam…
Przerwało jej pukanie. Vendelia, przecierając załzawione z bólu oczy powlokła się do drzwi. Przez wizjer zobaczyła Krisa. Wyglądał jakby właśnie zrobiono mu to samo, co jej. 

*


Czuła, że coś nie jest porządku. Miała wrażenie, że ktoś za nią idzie. Krok w krok. Bała się odwrócić głowę. Wsłuchiwała się tylko w miarowy rytm kroków. W autobusie była już pewna, ze ktoś ją śledzi. Oprócz niej siedziało w nim tylko kilka osób. Rozpoznała Młodego Strażnika przystrojonego w ich zwyczajową odznakę. To nie on. Był w autobusie już w chwili, gdy ten zatrzymywał się na przystanku. Ten, kto ją śledzi, siedzi kilka rzędów za nią. Wciąż jeszcze go nie widzi, ale niemal słyszy jego oddech. To rzep, to musi być rzep. Wszedł innymi drzwiami niż ona, wtedy gdy zdążyła już zająć swoje miejsce. Cały czas trzymał się za jej plecami. 

Było ich dwóch, a może był tylko jeden. Saray nie chciała się odwracać, nie chciała zdradzić, że wie, że ją śledzą. Szli za nią prawdopodobnie już od domu Davydovycha. Całkiem możliwe, że na jego zlecenie. A może kazał ją śledzić ktoś wyżej postawiony? Może ktoś już wie? Serce waliło jej jak oszalałe. W głowie miała mętlik. Próbowała za wszelką cenę się uspokoić, by nie ściągnąć na siebie dodatkowo podejrzeń Młodej Straży.
Autobus skręcił i był bardzo blisko jej przystanku. Straciła już nadzieję, że wysiądą, że to wcale nie za nią jadą. Postanowiła ich zgubić. Wyłączyła Guziczka, na wypadek, gdyby próbowali ją hakować. Pojazd stanął w korku. Nad głową śmigały jej aerobusy. Dlaczego nie wsiadła do któregoś z nich? Zresztą, czy to istotne? Jeśli ją śledzą, to wszystko jedno czym jedzie.

Gdy autobus zatrzymał się na przystanku, szybko odwróciła głowę. Siedział dokładnie za jej plecami, a nie kilka rzędów dalej, jak się spodziewała. Szybko ruszyła przed siebie. On podążył za nią.
Szła coraz szybciej, szukając okrężnych dróg. Byle tylko go zgubić. Chociaż to wydawało się jej coraz mniej prawdopodobne. Przystanęła na chwilę i rozejrzała dookoła. Źle, nigdy nie można się zatrzymywać.
“Po co ja to robię?”, pomyślała, “Nie ma go. Czyżbym sobie to wymyśliła? Nie, to niemożliwe”
Ruszyła dalej. Północnym Labiryntem, nadkładając szmat drogi. Po chwili znów usłyszała za sobą te same kroki. Dyskretnie, jak bardzo ciche zwierzę, spróbowała odwrócić wzrok w kierunku tego dźwięku. Tak, to on. To na pewno on. Jednak go nie zgubiła.

Nagle dźwięk. Niemal podskoczyła ze strachu. To jej telefon. Zachowa się jak gdyby nigdy nic i odbierze. Jest środek placu, poranek, wokół mnóstwo ludzi. Rzep nie atakuje w biały dzień. Rzep nigdy nie ujawnia się w publicznym miejscu. Jeśli będzie chciał ją dopaść, zrobi to tam, gdzie nikt nie patrzy.
Będzie go zwodzić. Nie da się. Nie on pierwszy i nie ostatni.
“Niech to będzie Kris”,  pomyślała, “Ach nie, przecież nie dałam mu swojego numeru. Zadzwonię do niego, jak tylko to wszystko się uspokoi. Oddychaj.”
– Tak, słucham! – wyciągnęła telefon z torebki. Dzwonił Davydovych.
– Kochanie, to ja. Będę godzinę później. Burdel w ministerstwie, mówię ci! Poczekasz?
– Poczekam, nigdzie się nie wybieram.
– Przepraszam za rano, że tak szybko musieliśmy spadać z hotelu.
– Nie ma za co.
– Była żona. Musiałem po syna jechać.
– Nie tłumacz się. Nie musisz mi się z niczego tłumaczyć.
– Będę o czwartej.
– Dobrze.
– Pa.
Rozłączyła rozmowę i rozejrzała się dookoła. Nikogo nie było. Znów się schował, czy zupełnie sobie poszedł? Poczeka, usiądzie sobie na placu zabaw. Zmęczy go. A potem będzie, co ma być. Niech się rozleniwi, niech straci czujność, a wtedy ona sobie pójdzie, zgubi go.

You’ll never walk alone,
When you walk through a storm
Hold your head up high,
And don`t be afraid of the dark.
At the end of a storm,
There`s a golden sky.

To emigranci z Liverpoolu śpiewają w którymś bloku. W telewizji leci właśnie mecz. Zegar na ścianie starego, dzielnicowego ratusza, pokazuje trzynastą. W piekarni obok kupiła bułkę i podzieliła się nią z gołębiami. Poza śpiewającymi liverpoolczykami, panuje zupełny spokój. Odkąd jest nowa władza, Labirynt Północny, najniebezpieczniejsze miejsce w mieście ostatnich pięćdziesięciu lat, jest ciche jak nigdy. Aresztowali wszystkich, którzy mieli coś na sumieniu i zaprowadzili tak zwany porządek. 

Rzep się schował. Nie czuła jego obecności, ale przecież to tylko uczucie. Po co miałby zrezygnować? Obserwuje, czy już się znudził? Co robić, jak go zgubić? Sklep rybny. Ależ tak! Przecież ma tylne wyjście. Jest ciepło, więc wietrzą. Zauważyła to już godzinę temu, kręcąc się koło piekarni. Nic prostszego. Wejść, poszwendać się chwilę i niepostrzeżenie czmychnąć na drugą stronę kamienicy. Z tyłu jest podwórko, którym wydostanie się z placu. A stamtąd to już tylko dwa kilometry piechotą do domu. Rzuciła gołębiom ostatni kawałek bułki. Zleciało się całe stado. Zerwała się z ławki zasłaniając się trzepotem ich skrzydeł. 

W sklepie, mimo przeciągu śmierdziało jak zwykle. Zaczęła oglądać półki. Była głodna, więc kupiła sobie makrelę na drugie śniadanie. Gruby sprzedawca zapakował rybę w papier śniadaniowy. Ten, momentalnie zrobił się tłusty. Poprosiła o owinięcie w dwie reklamówki. Zapłaciła i schowała zakup do torebki. Podziękowała. Wyszła tylnym wyjściem. Nie odwracała się za siebie przez całą drogę. W głowie miała wciąż tę piosenkę. Nigdy nie idziesz sama. Te słowa wydawały jej się tak ironiczne w obecnym położeniu.
Kiedy tylko dotrze do domu, wyciągnie z torby zwinięty kawałek papieru toaletowego i wstuka do telefonu numer Krisa. Chciała usłyszeć jego głos. Chciała umówić się z nim na wieczór. Dobrze jej było tej nocy. Dobrze było poczuć się normalnie w łóżku z facetem. Dobrze było nie wziąć za to pieniędzy albo informacji. Dobrze było przy okazji nie ryzykować życiem. Postanowiła, że nie będzie tego robić nigdy więcej. I chociaż obiecywała sobie to już nie raz, uznała, że tym razem przynajmniej spróbuje. To będzie jej ostatnia mokra robota. Roman Davydovych zginie tego popołudnia. Tak jak zostało ustalone. Nic jej nie przeszkodzi. A potem koniec. Niech sobie Berg i Weronika znajdą kogoś innego. Nawet zawodowi zabójcy potrzebują urlopu. A ona jest tylko trochę zawodową zabójczynią. W wykonaniu ich konspiracyjnej bandy wszystko śmierdzi na odległość amatorszczyzną. Ona też. Ale dziś się postara. Później jak gdyby nigdy nic zadzwoni do siostry. Najpierw spotka się z nią na kawie, a wieczorem będzie kochać się z Krisem. Będzie żyła normalnie. Przynajmniej spróbuje. Gdyby teraz przeszukała archiwum swojego wyłączonego Guziczka, pewnie znalazłaby zapis identycznego postanowienia przed każdą, poprzednią akcją. Ale tym razem naprawdę będzie się starać.

Szła szybko, nie patrząc przed siebie. Prawie wpadła na kobietę z dziecięcym wózkiem. Ta wydarła się za nią. Saray nie obejrzała się nawet. Szła dalej. Prawie już biegła. Nigdy nie idziesz sama, powtarzała sobie. Nigdy, do jasnej cholery. Starała się uważnie słuchać otoczenia. Wydawało jej się, że tuż za nią, wśród dziesiątek innych, przeróżnych odgłosów, powtarza się jeden charakterystyczny stukot butów. Właściwie nie stukot, raczej zgrzyt gumowych podeszew. Czasami na granicy pisku. To mógł być rzep. Znała go, ale nie miała pewności. Wcześniej nie zwróciła uwagi, nie zapamiętała tego dźwięku. To był błąd. To był podstawowy błąd. Coś, czego się nie robi. Czujnym trzeba być od początku do końca, w każdym szczególe. Za dużo myśli.
Może to głupi objaw zakochania. To się zawsze tak kończy. I zawsze tak zaczyna. Dom blisko. Nie, nie oglądaj się teraz! Traci czujność, jest coraz bardziej rozkojarzona. To zły objaw. To zły omen w tak ważnym dniu jak dziś. Oby tylko dotrzeć, umknąć, nie dać się zaskoczyć. 

Północne dzielnice W1 straszą nawet w piękne, majowe popołudnie. Osiedle jest opustoszałe, prawie wymarłe. Wszystko zalane betonem, spomiędzy którego wyrastają chwasty. Ma jednak jedną, istotną zaletę. Wszystko wygląda tu tak samo. Wieżowce są identyczne, identyczne są chodniki i alejki. To ważne, gdy się przed kimś ucieka. Przyspieszyła kroku. Znów uważniej zaczęła wsłuchiwać się w otoczenie. Dźwięki jakby ucichły. Nie słyszała już tych przeraźliwych, skrzeczących kroków. Czyżby jednak to nie był rzep? Czyżby zgubiła go w sklepie rybnym?

Kluczyła między budynkami, kilkukrotnie obchodząc dookoła własny blok. Drzwi do budynku były jak zwykle otwarte, domofon nie działał, winda nie działała, nic tam nie działało. Wbiegła po schodach najszybciej jak umiała. Na ósmym piętrze prawie straciła oddech. Mieszkała na dziesiątym. Wpadła do mieszkania i szybko zamknęła drzwi. Weszła do sypialni. Łóżko było niezaścielone. Od trzech dni w nim nie spała.

Na twarzy poczuła wpadający przez okno podmuch wiatru. Dziwne. Wydawało jej się, że wychodząc wczoraj z domu zamknęła wszystkie okna.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj