Cała prawda o życiu po 30

girl white dress 1 - Cała prawda o życiu po 30

Tekst dotyczy realnych, osobistych doświadczeń, ale czytajcie z przymrużeniem oka.

Zbliżając się do magicznej granicy trzydziestki, żyjecie w wielkiej niepewności. Wtem, dostajecie między oczy wpisami blogerek, które czuły w wieku 29 lat podobny niepokój, ale oto już są po drugiej stronie i okazuje się, że wszystko w porządku.

Oczywiście mają rację.

Kończysz 30 lat i nie jesteś wcale stara. Gorzej, być może wciąż czujesz się trochę dzieckiem i przeraża cię ostateczne, według nowych prawideł naszej kultury, wejście w dorosłość (nie ma zmiłuj, Kidulcie). Jednocześnie możesz czuć się jak królowa świata. 

Całkiem możliwe, że jesteś u szczytu swojej wydolności fizycznej, seksualnej energii i wreszcie zeszły ci pryszcze. No i ludzie cię poważają (no nie, to nie takie proste), albo raczej więcej od ciebie wymagają.

No dobra, trzydziestka jest super. Ułożyłaś sobie już sobie trochę rzeczy w głowie no i w ogóle. Tylko z tym życiem po 30 jest trochę jak z zakończeniami bajek w stylu “żyli długo i szczęśliwie”. 

Nikt nie mówi, co dalej.

A dalej to jest tak, że to jest dokładnie ta dekada życia, w którą wkraczasz jak królowa świata, a na koniec w najlepszym przypadku będziesz MILFem (nawet nie będąc matką, no serio te kategorie na redtubie!).

No więc pewnego dnia czytasz jak Jakub Żulczyk, fajny pisarz z twojego rocznika (kurwa, sprawdziłam i on jest nawet rok młodszy!), pisze o sobie, że jest mężczyzną w średnim wieku. 

Średnim wieku!

Czy wy to widzicie?

No przecież nie jestem. Mężczyzną na pewno, a i ten średni wiek sobie wypraszam.

I nic to, że moja przyjaciółka przeżywała kryzys wieku średniego w wieku lat 25 (w tym roku skończyła czterdzieści lat i jakoś go nie przeżywa). Ja się z tym średnim wiekiem bynajmniej nie identyfikuję.

No więc, moje drogie, zaczynacie jako ledwo opierzone dorosłe, kończycie w wiekach średnich. I to wszystko, przypominam, w ciągu jednej dekady. 

Czy da się burzliwiej przeżyć dziesięć lat?

Tymczasem wciąż czytasz wpisy koleżanek, które mają około 33-34 lat i jeszcze uważają, słusznie, że to ich najlepszy czas w życiu. Nie pamiętam, ale cztery lata temu pewnie też tak pisałam. I śmiejesz się w duchu (no wredne to, wiem), jak ci przechodnie w Misiu z dnia pieszego pasażera, co mówili o Wesołym Romku, który miał na przedmieściu domek, a w nim wodę, światło, gaz…

… i tak ci odetną.

I to szybciej niż myślisz. No wiesz, jak zaczynasz się czymś zajmować w wieku 31 lat to jesteś tą młodą, a jak bierzesz się za coś mając lat 39, no to sorry… późne debiuty. I tak ze wszystkim. To oczywiście wszystko tylko społeczne postrzeganie wieku, które mało ma wspólnego z prawdą, ale trochę gryzie nas od spodu.

A to jeszcze nie koniec tych przebojów.

Ze wszystkich współczesnych mitów, najbardziej czuję się zmęczona i przytłoczona wizją (i w sumie takim oczekiwaniem) życia po trzydziestce jako czasu pogodzenia ze sobą i światem. Akceptacji, spełnienia i samoświadomości. Nie chcę się godzić ze światem, on nie zasługuje na to, zasługuje na morze sprzeciwu. Myślę, że w tej chwili jest we mnie więcej buntu i niepokoju niż w czasach, gdy byłam nastolatką. Wydaje się to całkiem na miejscu, bo świat, w którym żyję stał się miejscem jeszcze bardziej skomplikowanym i przerażającym niż dwadzieścia lat temu, a świadomość chociaż wyzwala, nie bardzo pomaga na niepokoje, których źródła są poza mną.

Dorastałaś w prostszych czasach. Zaczynasz łapać nostalgię. Zgroza. 

No ale zostaje mi samoświadomość. Oj, ta to poszybowała. Gdybym miała ją na tym poziomie w czasach, gdy miałam dwadzieścia lat, byłabym mniejszym chaosem. Chociaż pewnie sprowadzałoby się to do tego, że uprawiałabym więcej seksu, to znaczy lepszego seksu.

Jednocześnie w pewnym momencie życia po trzydziestce zaczynasz wspominać i analizować życie przed nią, czego wcześniej nie robiłaś. Trochę je idealizować. Moje było biedne, dzikie, seksualnie popieprzone. Momentami bardzo nieświadome, chociaż może tylko teraz tak to odbieram, bo nie pamiętam już stanu mojego umysłu z tamtych lat, pamiętam tylko czyny.

Może jednak to analizowanie czasu, gdy się po prostu było i żyło to nie przypadłość późnej trzydziestki, tylko efekt życia w czasie zarazy? Wcześniej tego nie robiłam.

Mam przyjaciółkę, która w tym roku skończyła trzydzieści lat. Całe życie o tym marzyła. Teraz już nie ma o czym marzyć, więc mówię jej, żeby zaczęła o emeryturze. Ponoć jej ciotka marzy o tym od przedszkola. 

Grunt to dobre cele!

Niektórzy mają po prostu stare dusze. To nigdy nie było moim problemem, więc dopada mnie często lęk przed stetryczeniem. Więc jestem zawiedziona moim pokoleniem i ekscytują mnie wciąż historie młodych buntowników.

Z drugiej strony chciałabym być tą spęłnioną, w pełni samoświadomą, pogodzoną ze sobą trzydziestką. Czuję się źle, czytając że inne mogą, a ja wciąż jestem na etapie wiecznego prawie. Ale czy kiedykolwiek jesteśmy ostateczną wersją samych siebie? No wątpię.

Życie po trzydziestce to wcale nie musi być czas, w którym spłynie na nas objawienie, spełnienie i życiowe zen. Trochę tego oczekujemy. Po trzydziestce wciąż wielu rzeczy się nie wie. I później pewnie też tak jest.

Zobacz także

1 Comment

  1. Ja za rok bede miec 50 lat I jeszcze nigdy mi tak dobrze z soba nie bylo:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj