Zmierzch indywidualizmu

bazie - Zmierzch indywidualizmu

Nadaję ten tytuł z pełnym przekonaniem i  świadomością, że indywidualizm w społeczeństwach ciągle ma się świetnie. Kapitalizm też, a jednak mówienie o nim, że jest późny już się dobrze przyjęło i czujemy, że coś jest na rzeczy. Wiemy, że jest późny, bo czasy, jeśli nie zapobiegniemy katastrofie klimatycznej, mamy iście schyłkowe, więc i system ekonomiczny w obecnej formie ma niewielkie szanse by przetrwać. A żyjemy tak, że po nas to choćby potop. No dobra, ale o co chodzi z tym indywidualizmem?

Nie chodzi o ten indywidualizm, o którym sobie myślimy, gdy patrzymy na osoby mające odwagę żyć po swojemu i wymykać się oczekiwaniom społecznym. Mówiąc: taka z niej indywidualistka. Pisząc wam dziś o zmierzchu indywidualizmu, mam na myśli ten (skrajny) indywidualizm, na którym osadzony jest cały nasz neoliberalny system ekonomiczny i społeczny. Który w teorii będąc zwycięstwem jednostki, w praktyce okazuje się jej przekleństwem i poważnym zagrożeniem dla więzi społecznych.

Piszę ten tekst, bo niezwykle zainspirował mnie wpis Blimsien. Linkuję go Wam poniżej. Bardzo zarezonował w mojej głowie, chociaż sama nigdy aż tak nie wierzyłam, że wszystko mogę zawdzięczać tylko sobie. Sporą część życia walczę też z tym przekonaniem u innych.

Co jakiś czas jest tak, że demaskujemy oszustwo – nieaktualne już przekonanie, idiotyczną normę, nieużyteczny program…

Opublikowany przez Blimsien Poniedziałek, 6 lipca 2020

I to wcale nie dlatego, że miałam łatwy start. Wręcz przeciwnie. Właściwie nie mając tego łatwego startu, tym bardziej zauważałam pomoc lub poświęcenie innych i zwykłego farta, chociaż swoją drogą nie umiałam wcale tego docenić. Ale czy nie wierzyłam nigdy w slogany o byciu kowalem swojego losu? W to, że wystarczy bardzo się starać, a przegrani nie piją szampana? Wierzyłam, jak wszyscy, bo to nie są rzeczy, które poddaje się refleksji, gdy trzeba żyć według reguł brutalnej codzienności. Jeśli chodziłaś do szkoły po osiemdziesiątym dziewiątym roku, wpajali ci to do głowy przez cały okres edukacji, a powiedzenia mające legitymizować skrajnie indywidualistyczne podejście do życia, słyszałaś równie często co wynik działania dwa razy dwa. I miały być tak samo prawdziwe.

No i potem zostajesz z tym. Zostajemy z tym.

Skutki są dwojakie: indywidualne i społeczne. Na poziomie jednostki w pewnym momencie może wreszcie dopaść cię mindfuck. Zmęczenie. Rozczarowanie. Psychiczny rollercoaster. Gdy dociera do ciebie, że jednak coś z tym graniem tylko na siebie jest nie tak. Coś z tym nieumieniem w branie od innych jest nie tak. I z twoim dawaniem. Na poziomie społecznym, zwyczajnie zanikają ludzkie odruchy. Pytamy: gdzie jest solidaryzm? Kalkulujemy, kto zasłużył na naszą pomoc.

Mówią: umiesz liczyć, licz na siebie.

To jest jakaś kuriozalna mantra, którą się karmimy latami, jak prawdą objawioną. Nie znoszę tego powiedzenia nawet bardziej od kowalstwa losu. W ogóle, nie wiem, czy też właśnie zauważyliście, jak bardzo ten indywidualistyzm, który ma pchać do przodu machinę systemową, oparty jest na powiedzeniach z gatunku mądrości ludowych. Z nimi się przecież nie dyskutuje. Jak deszcz ma spaść po zimnych ogrodnikach, to przecież spadnie. W tym kontekście późny kapitalizm to istny folklor.

No więc umiesz liczyć, licz na siebie. Nauczono tego całe pokolenia i potem wyrośli ludzie, którzy wierząc w to, że wszystko nie tylko mogą, ale i powinni zawdzieczać tylko sobie (co zwyczajnie w warunkach społecznych, w jakich żyjemy, w nierównościach i uprzywilejowaniu i zwyczajnie nie w próżni, nigdy nie jest zdaniem w stu procentach prawdziwym), nie umieją przyjąć pomocy. Czasem nie umieją o nią poprosić. Myślimy wtedy, że kieruje nimi duma. Ale może to coś innego niż duma? To DNA zmienione przez tabu porażki.

Z drugiej strony, ludzie nie do końca potrafią też pomagać, często wartościując, komu warto a komu nie warto pomóc. A na całkiem wewnętrzym poziomie, są zwyczajnie nieszczęśliwi i mają niskie poczucie własnej wartości, gdy nagle okazuje się, że nie są w stanie liczyć tylko na siebie.

Dlaczego więc piszę o zmierzchu indywidualizmu, skoro przecież ma się on świetnie. Skoro refleksja nad nim przychodzi nam tak rzadko i tak trudno, bo on jest jak powietrze, którym oddychamy: może i skażone, ale oczywiste.

Bo zwyczajnie osiąga on masę krytyczną.

Jak dosłownie wszystko teraz.

To jebnie.

Bo już jesteśmy cholernie zmęczeni.

Bo, może tego tak nie czujemy, ale żyjemy w czasie rewolucji. Niezadowolenia, wzmożonych ruchów społecznych, podważania zastanej rzeczywistości. Wszystko to jest rozproszone i być może wydaje się nam powolne. I tak, kontrrewolucja też tu jest, dlatego domyslamy się, całkiem zresztą słusznie, że dobre rzeczy, co to sobie je wywalczyliśmy przez dziesięciolecia, mogą zostać wycofane. W dodatku jest rok 2020, w którym wszystko jest sto razy bardziej popieprzone, więc być może zaraz doznamy jakiegoś przyspieszenia historycznego i dopiero się porobi.

Tego skrajnego indywidualizmu po prostu nie da się już zbyt długo utrzymać. Albo go zabijemy, albo on zabije nas. W kontekście zmierzchu właściwie wychodzi na to samo. My tego po prostu nie wytrzymamy. Psychicznie jako jednostki. I jako społeczeństwa. Chociaż pewnie możemy trwać tak jeszcze przez dziesiątki lat. To coś mocno wprasowanego w nasze społeczne DNA.

Nie chcemy się chyba jednak pozabijać w kolejce po przydział wody na pustyni. Chyba że zaczniemy budzić się z tego snu teraz.

Umiesz liczyć? Powiedz komuś, że może liczyć na ciebie.

Zobacz także

1 Comment

  1. Sama jakiś czas temu pojęłam, że to gadanie o dojściu do czegoś samemu to bujda. Ktoś ci musi pomóc, wypromować cię, polecić temu i tamtemu. Chociażby blogi się nie wybijają, jeśli nikt naszych tekstów nie udostępnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj