zakaz 1020x600 - Kara za seks. O co tak naprawdę chodzi w zakazie aborcji i edukacji seksualnej

Kara za seks. O co tak naprawdę chodzi w zakazie aborcji i edukacji seksualnej

Czy wam też sceny wlepiania mandatów za stanie w kolejce z transparentem przeciwko zakazowi aborcji kojarzą się z aresztowaniami sufrażystek? Kiedy jesteśmy zamknięte w domach (z powodu wirusa), nie możemy protestować tysiącami na ulicach, czuć moc w tłumie, ukryć się w tym tłumie, jesteśmy w sytuacji bliskiej naszym prababkom. Jesteśmy w XIX wieku. Podczas debaty na temat zakazów aborcji i edukacji seksualnej często pada zdanie, że chcą nam zrobić średniowiecze. Odczepmy się jednak od średniowiecza. Mentalność ludzi, którzy chcą narzucić nam te zakazy bardziej od tej średniowiecznej, którą zrozumieć nam jest trudniej, przypomina purytańską mentalność dziewiętnastowiecznych. Nie tak odległą, jak się zdaje.

Czy to nowe średniowiecze? Trochę tak, ale średniowiecze było dawno. To bardziej wiktoriańska, pruderyjna podwójna moralność. Te wzorce wciąż mają się dobrze, bo dobrze ma się hipokryzja i potrzeba kontroli. Tak naprawdę ta potrzeba kontrolowania innych, potrzeba narzucania złudnego poczucie bezpieczeństwa są dużo starsze niż XIX wiek, niż średniowiecze. Tak powstawał wzorzec patriarchalnej rodziny, tak powstawały państwa, tak jedne państwa, narody i rasy podbijały inne, silniejsi podporządkowywali sobie przemocą słabszych. To jest historia świata i to nie jest chlubna historia.

O co tak naprawdę chodzi w zakazie aborcji i edukacji seksualnej?

Bynajmniej nie o dobro dzieci. W ogóle nie o dzieci. Ani nawet o płody. Być może to kieruje niektórymi ludźmi, którzy popierają te zakazy, ale pomysłodawcami takich przepisów. W przypadku zakazu aborcji z przyczyn embriopatologicznych, jedyne co jej przeciwnicy są w stanie zaoferować rodzinom, w których przyjdą one na świat (jeśli w ogóle przyjdą, może umrą podczas porodu, może jeszcze przed, gdy nie będzie już mowy o aborcji, a o rodzeniu martwego płodu) to słynne cztery tysiące złotych „trumienkowego”. Nikogo tam nie obchodzą rodzice i dzieci. Podobnie pomysłodawców zakazu edukacji seksualnej nie obchodzi dobro dzieci i młodzieży. Nie obchodzi ich, by te młode osoby potrafiły rozpoznawać molestowanie seksualne i zgłaszać rodzicom, nauczycielom, opiekunom, że ktoś je krzywdzi. Nie. One mają się wstydzić. Według kuriozalnego uzasadnienia projektu zakazu sexedu, edukacja seksualna sprawia, że dzieci tracą poczucie wstydu. To bardzo niebezpieczne. Niebezpieczne dla pedofilów. Dziecko, które się nie wstydzi, poskarży się, że ktoś je skrzywdził. Dziecko, które się wstydzi, uważa, że krzywda, które je spotkała, to jego własna wina.

W tych zakazach chodzi o kontrolę naszej seksualności. Seksualności kobiet, ale również każdej innej seksualności niż seksualność heteroseksualnego mężczyzny. Seksualność kobiet jest groźna dla tradycyjnego porządku, w którym liczą się tylko potrzeby seksualne mężczyzn. Ten porządek oczywiście już dawno nie istnieje, ale są ludzie, którzy bardzo za nim tęsknią. Jakby świat, w którym liczą się tylko potrzeby mężczyzn, a seksualność kobiet sprowadza się tylko do rodzenia dzieci, był jedynym, słusznym, naturalnym, stanem rzeczy. W rzeczywistości nigdy nim nie był, chociaż społeczeństwa miały na ten temat swoje zdanie.

XIX wiek

Jedną z moich ukochanych książek jest „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa”. Napisał ją Fryderyk Engels, koleżka Karola Marksa. Polecam Wam, bo niezły był z Engelsa heheszek i czyta się ją wspaniale. Autor jest feministą, aczkolwiek uważa, że zwycięstwo walki o prawa kobiet przyjdzie dopiero wraz z rewolucją socjalistyczną czy komunistyczną. Nie do końca mu się to sprawdziło, bo kobiety w wielu krajach poradziły sobie mimo tego, że nie zwyciężyła tam żadna rewolucja, a gdy się przyjrzeć stosunkom panującym w niektórych rewolucyjnych organizacjach (jak robi to np. Anna Kowalczyk w Brakującej Połowie Dziejów przyglądając się organizacjom na ziemiach polskich) to nie zawsze ci rewolucjoniści byli dobrymi kolegami kobiet. Ale wracając do tematu, Engels opisuje dość szczegółowo stosunki rodzinne w czasach sobie współczesnych, czyli w latach 80. i 90. XIX wieku. Bardzo krytycznie podchodzi do terminu związku monogamicznego, który dziś rozumiemy trochę inaczej. Trochę bardziej równościowo. Bo jak to było w XIX wieku? No tak, jak dobrze kojarzymy z literatury i filmu. Monogamia zasadniczo działała w jedną stronę. Kobiety musiały być dziewicami do ślubu. Mężczyznom właściwie to nie wypadało, więc chodzili do prostytutek albo wykorzystywali słabsze ekonomicznie kobiety (np. służące). I żeby tylko do ślubu! Bo co oznaczał ślub dla kobiety? Monogamię. Dla mężczyzny? Niekoniecznie. Zdradzanie żony właściwie nie było żadną zdradą. Facet ma w końcu potrzeby, a o niektóre rzezy żony nie wypada nawet prosić. Zdrada męska była przeźroczysta. Zdrada kobieca. Oj! No co najmniej czyniła z mężczyzny rogacza. Rolą kobiety było zaspokojenie mężczyzny. To, że kobiety same bywały niezaspokojone i seksualnie sfrustrowane tłumaczono nieistniejącą chorobą, zwaną „histerią”.

Mamy to już dawno za sobą prawda? Niby tak, a jednak wiele stereotypów, wiele przejawów naszego myślenia wciąż tkwi w epoce wiktoriańskiej i bardzo powoli się z nimi rozprawiamy. Na przykład ten krzywdzący stereotyp, że kobieta, która miała wielu partnerów, to „puszczalska”. A facet? Ogier, Casanova. Zresztą takie myślenie ma też pewien wpływ na postrzeganie seksualności osób nieheteronormatywnych. Można przyjąć, że na przykład przypisywanie homoseksualnym mężczyznom niemożności stworzenia długoletniego związku to też pokłosie tego myślenia o męskiej seksualności, dla której monogamia nie jest naturalna.

Kara za seks

Dziedzictwo tej mentalności to też traktowanie ciąży jak kary za seks. Zresztą nie tylko ciąży, to samo tyczy się chorób wenerycznych. Dlatego wciąż są tak stygmatyzowane. Może nie jest to taka stygmatyzacja jak jeszcze 20 czy 30 lat temu, ale ciągle bardzo mało osób bada się w kierunku HIV. O czymś to świadczy.

Ile razy czytamy komentarze w dyskusjach o aborcji w brzmieniu „trzeba było się zabezpieczyć”? To kolejna odsłona pokutującego przekonania o „karze za seks”. Tę karę ponoszą oczywiście kobiety (i osoby trans, niebinarne i queer, które mogą zachodzić w ciążę, nie zapominajmy o nich). Czasem piszą to nawet ludzie, którzy co do zasady popierają nawet aborcję (przynajmniej z tych przesłanek, które dziś są legalne).

Kara za seks. Bo seks jest czymś złym. Trzeba sobie na niego zasłużyć. Trzeba być odpowiedzialnym. Jasne, dobrze być odpowiedzialnym. Czasem jednak zachodzi się w ciążę, nawet gdy się jest, więc odpowiedzialnością może się okazać decyzja, by ją przerwać.

Kim jest kobieta w świecie zakazów?

Życie w świecie, w którym decydują za ciebie i otaczają kordonem bezpieczeństwa może wydawać się nawet w pewien sposób pociągające. Zwłaszcza, gdy roztaczana jest przed tobą wizja niebezpiecznego świata na zewnątrz. Wszystkie po części żyjemy w tej wizji, musząc pamiętać o tym, że wychodząc w miasto stajemy się zwierzyną łowną, na którą tylko czekają gwałciciele z pigułką gwałtu, albo atakujący w ciemnej ulicy (podczas, gdy większość gwałtów spotyka kobiety ze strony osób, które znają, często w rodzinie, ale to niewygodny fakt). Nie twierdzę, że niebezpieczeństwa nie istnieją. Nasz strach, to wspólne doświadczenie, które może być silniejsze lub słabsze, ma jednak wiele źródeł w przekazie, który wciąż słyszymy: uważaj na siebie. Nikt nie mówi chłopakom, że nie wolno gwałcić.

Niedawno skończyłam oglądać serial netflixa „Unorthodox”. Opowiada on o dziewczynie, która ucieka z bardzo zamkniętej społeczności nowojorskich chasydów (w której kobieta nie ma prawa mieć żadnych ambicji, poza byciem żoną i matką) do dalekiego Berlina. Zostawia męża i jest w ciąży, o której rodzina się dowiaduje, więc jej śladem rusza niejaki Mojsze, typ spod ciemnej gwiazdy, trochę hazardzista, trochę gangster, facet, który kiedyś też uciekł, ale wrócił. I ten Mojsze mówi Esty, gdy już ją odnajduje, że ma wracać, bo świat jest straszny. Mówi, że nie poradzi sobie ona w tym świecie, że nic nie umie, nie ma wykształcenia, świat ją połknie i wypluje, i jak ona w ogóle myśli wychowywać w nim dziecko. Ma wracać, bo w domu jest bezpieczna. Nie wolna, ale bezpieczna. Przynajmniej tak, jak on rozumie bezpieczeństwo.

W patriarchalnej klatce może być wygodnie (dobrze znamy zjawisko strażniczek patriarchatu. Czasem same łapiemy się na tym, że dołączamy do ich grona, nie kwestionując stereotypów, które mocno wryły nam się w głowy). Niektóre kobiety nawet dobrze się w niej urządzają. Znają swoje miejsce albo grają według reguł nieswojej gry. Ale czy naprawdę są bezpieczne? Czy gdy mąż podniesie na nie rękę, czy gdy nie będą mieć wpływu na wychowanie swoich dzieci, ktoś inny stanie po ich stronie? Na świecie wciąż istnieją społeczności, które działają w taki, tradycyjny sposób. W większości społeczeństw, które wydają się być jak najodleglejsze od tak bardzo patriarchalnych zasad, można jednak znaleźć pewne elementy tej opresji. Tym elementem jest specyficzne myślenie o kobiecej seksualności. Ciąża jako kara za seks, obwinianie ofiar za gwałty to tylko niektóre z nich.

Idealny świat

Walka z aborcją to walka z seksualnością kobiet. Walka z edukacją seksualną to walka z jakąkolwiek seksualnością, ale przede wszystkim przyzwolenie na krzywdę, którą łatwiej zadawać osobom, niemogącym się bronić i niepotrafiącym się skarżyć, bo wiąże je nie tylko niewiedza ale i wstyd.

Kobieca seksualność jest niebezpieczna bo podważa stary porządek. Ten porządek jest naprawdę stary i nieaktualny od dziesięcioleci. A jednak są ludzie, którzy za nim tęsknią. Tęsknią za kontrolą kobiet, tęsknią za złudnym poczuciem bezpieczeństwa. Straszą nas konsekwencjami, po to, by sami mogli żyć bez konsekwencji, jak za starych dobrych lat. Zwalając na kobiety winę za gwałt, obciążając je całą odpowiedzialnością za ciążę, obciążając dzieci odpowiedzialnością za to, że stają się ofiarami pedofilów (bo przecież kuszą). Mogąc korzystać z usług prostytutek, jednocześnie stygmatyzując tę osoby, które uprawiają prostytucję i na prawo i lewo wyzywając kobiety od dziwek. Zaiste idealny świat. Dla niektórych. Bo przecież nie dla nas.

Zobacz także

1 Comment

  1. Ela TBG says:

    Ja bym jeszcze do listy XIX-wiecznych dwulicowych syfów dodała powszechne dzieciobójstwa i oddawanie niemowląt do tzw. “ producentek aniołków”. Tyle jeśli chodzi o pro-lajf w tzw “tradycyjnych społeczności”. Nie muszę chyba wspominać, że miało to związek nie z tym, że kobiety są takie zUUe!!! tylko z ubóstwem i ze stygmatyzacją nieślubnych matek? No i jeszcze odbieranie dzieci tym matkom, które chciały być matkami, ale dziecko było nie dość ślubne. Wszystko ma i miało swoją cenę. Podtrzymywanie fasady “przyzwoitości” i kilkuprocentowe statystyki “pozamałżeńskich” urodzeń także. Tylko że oszołomom i tak tego nie uświadomisz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.