ooo 1020x600 - Odpuszczanie. Sztuka, czy gotowy sposób na frustrację?

Odpuszczanie. Sztuka, czy gotowy sposób na frustrację?

No więc jest początek roku, czyli właśnie czytacie: z jednej strony o podsumowaniach, planach i postanowieniach, z drugiej o terrorze podsumowań, planów i postanowień. To dobry czas, by zastanowić się, czy sztuka odpuszczania w tym naszym świecie obsesji produktywności to też przypadkiem nie jest pułapka.

Powiedzmy sobie otwarcie, życie to nie gra w kółko krzyżyk i rzadko kiedy da się wszystko sprowadzić do jednoznacznych wyborów. Za tym, co wybieramy, stoi to z czego rezygnujemy. Na co dzień możemy grać w niczego nie żałuję, ale czasem dosięga nas co by było, gdyby. Banał, co? Byłoby fajnie, gdyby naprawdę to było takie banalne.

Przykładowo, byłoby naprawdę super móc jednoznacznie stwierdzić, że to całe nasze dążenie do sukcesów i ciśnienie na rozwój to efekt terroru produktywności, wychowania w kapitalistycznym kulcie sławy i pieniądza, kompletna ściema, która nie ma nic wspólnego z naszymi prawdziwymi pragnieniami i potrzebami. Byłoby super móc jednoznacznie powiedzieć, że odpuszczenie sobie, poluzowanie własnych oczekiwań, zwolnienie tempa, nie tylko nie czyni z ciebie leniwej buły (no i nie ma nic złego w byciu leniwą bułą), ale też uczyni cię szczęśliwszą osobą, a może nawet pozwoli ci na spojrzenie poza kategorię szczęścia, bo przecież dążenie do szczęścia to też wytwór ekonomii sukcesu. No zen i nirwana. Byłoby super, ale już sam powyższy ekstrakt naprędce sklecony z tego, jak ludzie opisują powyższe zjawiska, pokazuje, że wszystko to jest szalenie skomplikowane.

Wyobraź sobie, że odpuszczasz sobie wszystko

Nie chcę tego wszystkiego sprowadzać do okrytego złą sławą rozwoju osobistego, czy zawodów w produktywności. Czasami bowiem czujemy, że należy odpuścić też w innych kwestiach, daleko wykraczających poza osobistą ekonomię. Czy warto się tak starać być dobrym człowiekiem, skoro nikt tego nie docenia? Czy warto się tak starać żyć w etyczny sposób, jeśli ten nasz pojedynczy styl życia nie przekłada się na realną zmianę? W końcu czy ciśnienie na bycie w porządku to też nie jest pewien rodzaj społecznej presji?

Jestem w stanie wyobrazić sobie taką sytuację. Mówisz “odpuść sobie, niczego nie musisz”. Myślisz, że to w porządku, bo to przecież jest w porządku. I spirala się nakręca, wpadasz w pułapkę odpuszczania nie tylko tego, co dla ciebie złe i tego, co nieważne, ale też tego, co dobre i ważne.

W tym roku odpuściłam bardzo dużo i wcale nie jest mi z tym dobrze

Być może oznacza to, że mam zwyczajnie nasrane w głowie, być może, że wciąż żyję w nieuświadomionej opresji produktywności. Z czysto praktycznego punktu widzenia, odpuszczenie sobie dało mi nieźle popalić. Przełożyło się na problemy w pracy i stagnację w mojej pozapracowej działalności. Znów w życiu osiągnęłam nic, ale przecież nie powinnam się tym przejmować, skoro postanowiłam sobie odpuścić. Może to jednak nie jest wcale odpuszczanie, tylko zwykła rezygnacja i prosty sposób na wkręcenie się we frustrację, od której chcę przecież uciec?

Usprawiedliwiam się brakiem czasu i troską o zdrową głowę, myśląc o tym, że odpuściłam aktywizm i zmniejszyłam ciśnienie na własną twórczość. Ale wcale nie jest mi z tym dobrze.

Wcale nie chcę być leniwą bułą

Wzięłam sobie do serca narrację odpuszczania, ale tak po prawdzie nie wiem czy była ona dla mnie. Być może rozumiałam ją opacznie, nie zauważając, że ludzie którzy przede wszystkim o niej mówią, nie są w mojej skórze. Oczywiście wiem, że nic nie muszę. Ale może jednak chcę.

Tak naprawdę zawsze byłam osobą z umiarkowanym ciśnieniem. Mocno ciśnienie to ja miałam być może tylko na utratę dziewictwa, ale i to szło mi opornie. Poza tym, to raczej chill, nawet jeśli na zewnątrz może to wyglądać inaczej. Patrząc wstecz na swoje życie, mam nieodparte wrażenie, że nigdy nie byłam specjalnie pracowita, nigdy nie starałam się wystarczająco, nigdy nie zależało mi należycie i tylko za część swoich niezrealizowanych planów mogę winić czynniki zewnętrzne. Za całą resztę brak ciśnienia. Myślę, że jestem mistrzynią odpuszczania. Nie ma w tym oczywiście nic złego, ale to wcale nie sprawia, że jestem mniej sfrustrowana. Wręcz przeciwnie.

Wiecie, ile razy słyszałam, że mój blog powinien być popularniejszy i tym podobne?

Mnóstwo razy. Nigdy nie miałam parcia, bo uważałam, że gdy ciśniesz mocno, by osiągnąć sukces, porażka boli podwójnie. A ja bardzo źle znoszę porażki. Inna sprawa, że ja naprawdę nie wiedziałabym jak to zrobić. Jak pisać, by publika szalała i jak się promować. A może wiem. W teorii to wiem przecież dobrze. Może po prostu powinno się cisnąć mocniej, bo co jak co, ale o tym, że samo się nie zrobi, to ja dobrze wiem.

To jest tylko jeden z przykładów, bo przecież ja w moim życiu próbowałam łapać już wiele srok za ogony i wiele z nich specjalnie wypuściłam. Wciąż dużo rzeczy odpuszczam, ale przestaję mówić o odpuszczaniu. Zastępuję je ustalaniem priorytetów, chociaż to też tylko kolejne słowo, które być może jest pułapką. Na razie jednak zostaje. Wiem, że nie dam rady robić wszystkiego, ale chcę robić przynajmniej to, co jest dla mnie ważne bez zbędnej presji, by odpuszczać, czy to w imię ucieczki przed obsesją produktywności, czy ze zwykłego strachu przed rozczarowaniem. Bo to żadne odpuszczanie, tylko zwykła rezygnacja. 

Chociaż przecież zawsze z czegoś rezygnujemy. Żeby pisać teraz ten tekst, rezygnuję z napisania kolejnej strony książki. Żeby napisać kolejną stronę książki, rezygnuję z kolejnego  tekstu na bloga w tygodniu. To jest coś za coś i wieczne gdybanie, na którego konia stawiać więcej i czy z któregokolwiek z nich coś kiedyś wyrośnie. Oczywiście te decyzje o rezygnacji są tutaj maleńkie i nie są tak naprawdę żadną rezygnacją.

Najczęściej jednak rezygnujemy w ciemno.

Czy trzeba sobie zapracować na komfort odpuszczania?

W całej tej opowieści o odpuszczaniu nachodzi mnie refleksja, że odpuszczanie to nie jest zabawa dla słabych. Ale wcale tak nie myślę. Jako zajadłej krytyczce neoliberalnego myślenia to nawet mi nie wolno. Z filozofią odpuszczania, a przede wszystkim tym, jak wygląda narracja o nim w głównym nurcie, coś jednak jest nie tak.

Gdy tak czytam deklaracje osób, które postanowiły podzielić się ze światem dobrą nowiną, że oto od teraz odpuszczają, zwykle jest to ten sam schemat. Te osoby już wiele osiągnęły. Te osoby się przepracowały. Te osoby więcej już nie wcisną. Te osoby to było nie było ludzie sukcesu, którzy mówią nam o tym, że sukces kosztuje i że obsesja produktywności zryła im banię. Tu chodzi o zwolnienie tempa, o świadomą rezygnację z czegoś, co mogło by się z pewnością udać, ale jesteśmy oto dbającymi o swoją psychikę ludźmi. Ludźmi, którzy już sobie zapracowali na to, by móc odpuścić. Posiadającymi przywilej zwolnienia tempa. Rzadko czytamy o tym, że ktoś odpuszcza, bo coś mu po prostu nie wychodzi. Do tego trudno się przyznać. To nie jest opowieść o sukcesie. Bo tak, narracja odpuszczania jest narracją sukcesu. Jesteś uprawniona do tego, by zmienić się w leniwą bułę dopiero wtedy, gdy zaharowałaś się na śmierć w drodze na chociażby maleńki szczyt.

Jest też narracja całkiem z zewnątrz, taka powiedzmy równościowa, dla zwykłych zjadaczy chleba, o tym że po prostu nic nie musisz i że bycie leniwą bułą jest w porządku. I powiem wam, że słuchając jej nie czuję się do końca komfortowo. Czuję się trochę, jakbym musiała nie musieć. A może ja muszę, bo chcę. I łapię się na tym, że sama tak mówię do ludzi i być może staję się współwinna presji, nawet jeśli jest to presja w słusznym celu.

Mówiłam, że to szalenie skomplikowane.

Zobacz także

1 Comment

  1. Hmm, chyba więc jestem z jeszcze innego podgatunku osób, które mogą sobie pozwolić na odpuszczanie: tych, co się zaharowywali, dorobili, jakiśtam sukces odnieśli, a potem stwierdzili, że odpuszczają i prawdopodobnie rzucili się przez to w jeszcze większy kierat. Ten rok mi to pokaże, najwyżej dostanę od niego kopa w dupę. Pozdrawiam serdecznie 🙂

    PS Ze wspólnych lat w korpo pamiętam Ciebie jako solidną pracownicę 🙂 To chyba ważniejsze, niż przepracowywanie się dla samej zasady, że tylko ciężka praca się liczy. Bo tak de facto nie jest – liczy się wynik.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.