życie

Nie przepraszaj za Black Friday

shopping 925x540 - Nie przepraszaj za Black Friday

Szczerze? Nie znoszę tego święta konsumpcji. Tego nakręcania do impulsywnych zakupów w imię zbiorowej okazji, które odkąd przybyło do nas kilka lat temu dosłownie weszło nam w krew. Nie obwieszam się jednak emblematami „nie kupuję w Black Friday” i nie obrażam się na kupujących, chociaż doskonale rozumiem intencję takich deklaracji antyzakupów. Przepraszam, ale takie masowe fochy na ten piąteczek trącą trochę wpędzaniem w poczucie winy, wzłaszcza gdy się miało zamiar kupić tylko to, na co czekało się długi czas z nadzieją na niższą cenę.

No dobra, w tym roku na nic takiego nie czekam. Nawet jeszcze nie sprawdziłam, czy rzeczy, których pragnę, ale nie kupuję, bo wydają mi się za drogie, przypadkiem nie będą jutro tańsze o połowę (takich pewnie nie będzie, bo kwestia okazyjności tych okazji jest mocno dyskusyjna) , ale nie o to chodzi. Nie chce mi się dla zasady deklarować, że akurat w ten słynny piątek obniżek nic nie kupię, ponieważ tak samo, jak nie lubię zakupów na siłę, tak samo nie podoba mi się niekupowanie na siłę. No dobra, to też nie do końca o to chodzi.

Jeśli naprawdę jest coś, co chcesz mieć i z okazji Black Friday możesz kupić to taniej, to po prostu to kup. Słyszałam, że powinno się w zakupach kierować zasadą, że jeśli nie jesteś skłonna zapłacić za coś pełnej ceny, to znaczy, że wcale tego nie chcesz, ale ten, kto tak powiedział, chyba nigdy nie miał pustki w portfelu i/lub prawdopodobnie nie słyszał o czymś takim jak wysoka marża. Serio, kup to, nie będziesz przez to najgorszą osobą na świecie. Jeśli kupisz coś, co nie jest ci potrzebne, to też nie jesteś. A to całe chwalenie się, że się nie kupuje w Black Friday to proszę państwa lekko ociera się o przemawianie z pozycji wyższości. Nie kupujesz – bardzo dobrze. Kupujesz – to nie jest koniec świata.

Powiedzmy sobie otwarcie, w całej tej dyskusji o Black Friday i tym, jakie to okropne święto konsumpcjonizmu cały ciężar spoczywa nie tam gdzie trzeba. Przestańmy mówić o konsumentach. Porozmawiajmy o nadmiernej konsumpcji i tym, kto tak naprawdę ją napędza. I nie, to nie ten fajny sklep z kołdrami na rogu i nie ta fajna marka z internetu z kolorowymi plecakami. One tylko jako jedne z wielu wpisują się w to wielkie kupowanie i ja się im nie dziwię, ale to nie małe sklepy wymyśliły święto rozpoczynające wielkie obniżki na miesiąc przed Bożym Narodzeniem. W Stanach tradycja ta sięga lat 50. Przez lata rozkręcili ją najwięksi gracze. Rozkręcił ją globalny kapitalizm i ciągła walka o wzrost, stojący za nim marketing i kreowanie potrzeb. Konsumenci? Tak, konsumenci konsumują, nie są bez winy, ale żeby móc konsumować, muszą mieć co konsumować i muszą wiedzieć, że mają konsumować.

Czy gdyby sezonów szybkiej mody nie było 52 w roku, ludzie naprawdę kupowaliby nowe ubrania co tydzień? Nie ma nadkonsumpcji bez nadprodukcji. Nadprodukcja jest tu słowem kluczem, Black Friday to tylko jeden dzień, symbol – być może znaczący, ale tylko symbol. Przy okazji którego powinnismy rozmawiać, ale może niekoniecznie tak, jak to robimy.

To trochę jak z tym biczowaniem się za plastikową rurkę w barze, gdy nadchodzi katastrofa klimatyczna i żaden nasz indywidualny wybór nie jest tym, co może realnie pomóc jej zapobiec. Krytykujmy święta konsumpcji. Nie czujmy się z tym naszym antykonsumpcjonizmem lepsi od innych ludzi.

Komentarze (2)

  1. Chciałabym, żebyśmy z pogardą patrzyli na zjawisko (czyli te 52 kolekcje mody rocznie), a nie na innych ludzi (czyli tych, którzy z jakiegoś powodu dają się skusić – bo nawet najbardziej świadomy minimalista kiedyś nim nie był).

    Nie kupiłam nic dzisiaj poza jedzeniem, rok temu plecak, na który czaiłam się długo. Dziś, tak się złożyło, nic nie potrzebuję. Czy to czyni mnie lepszym człowiekiem, że swoje potrzeby zaspokoiłam wcześniej, a nie akurat dziś? Ni huhu.

  2. No dokładnie, no tak, no właśnie, no przecież!
    Uważam totalnie to samo, co Ty i zgadzam się z każdym słowem.
    Ale gdyby nie Ty, w ogóle bym nie wiedziała, że dziś Black Friday. 😀 I dlatego postanowiłam jednak wyklikać, czy przypadkiem nie ma jakichś tańszych mat do jogi i krzesła do biurka, bo już od kilku miesięcy mam to na liście rzeczy do kupienia.
    A w tym tygodniu kupiłam sobie kolorowy plecak tej fajnej marki. 😉 Albo jednej z nich. I pierwszy raz od kiedy sięgam pamięcią, byłam szczęśliwa, ponieważ coś sobie kupiłam.
    Kiedyś kupowałam ciągle, a zakupy wiązały się z wyrzutami sumienia.
    Teraz miałam kilkumiesięczny… odwyk? No, bez przesady. Po prostu prócz jedzenia nie kupowałam absolutnie żadnych nowych rzeczy. I zainwestowałam sobie w plecak. I czułam wreszcie prawdziwą radość z zakupu. Polecam. 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.