życie

Wszystko albo nic. No nie

owce na pastwisku

Moja koleżanka opowiedziała mi o szewcu-artyście, który szyje buty dla gwiazd za miliony monet. I ten szewc był kiedyś wege, ale już nie jest, bo skoro szyje buty ze skóry to trochę hipokryzja. I ona mówi, że tak, że słusznie, że już nie jest. A ja mówię, że szkoda.

To znaczy nie znam faceta i jego konkretnych motywacji, nie oceniam jego wyboru powrotu do mięsa, ale wiem, jak to jest myśleć „wszystko albo nic”. To jest często zgubne myślenie, bo przecież „coś” chyba jest lepsze od „niczego”? Prawda?

I nie daj sobie wmówić, że nie.

Pewnie, też nie cierpię hipokryzji. Wkurwia mnie na przykład hipokryzja kościoła. Albo dulszczyzna. Albo stanie okrakiem i prawdopośrodkowizm, kiedy trzeba stanąć po stronie dyskryminowanych i bitych. Wkurwia mnie hipokryzja, która krzywdzi. Niespójności w stylu życia, nawet jeśli mówimy o wyborach w poważnych sprawach, za którymi stoi cierpienie innych istot czy zaśmiecenie planety, to są rzeczy do przepracowania, to są nasze słabości. Ale to nie są grzechy śmiertelne i powody, by odpuszczać.

I tak, sama jestem hipokrytką. Staram się być weganką. Wychodzi różnie, bo jestem słaba i bardzo lubię niewegańskie drożdżówki z osiedlowej cukierni, a mąż czasem kupuje majonez kielecki i wiecie… ten z aquafaby to jednak nie ma z nim szans. Nie wyrzuciłam też swoich skórzanych butów. Staram się nie kupować nowych. Kupiłam za to w lumpeksie. Naprawiłam też jedne u szewca, wymieniłam podeszwy i noszę dłużej niż do zdarcia. Czy jestem z siebie dumna? Z noszenia skóry – no nie. Z naprawiania czegoś, co mogłabym wyrzucić i stworzyć śmiecia – w sumie trochę. Ale tu nie chodzi o to, żeby być z siebie dumnym. Czy byłabym z siebie dumna, gdybym przerzuciła się całkiem na wegańskie buty? Może i tak, ale jakie ta duma ma znaczenie? Czy mam wyrzuty sumienia, że jeszcze nie potrafię zrezygnować ze skórzanych butów? Może trochę. W dalszym ciągu, moje poczucie winy nie ma znaczenia. Czy jeśli z nich zrezygnuję, to będzie mieć znaczenie? Tak. Ale nie w kontekście tego, że ja będę czuła się ze sobą lepiej.

wykluwające się pisklaki

Przy czym, to ważne żeby czuć się ze sobą dobrze.

Na pewno nie czujesz się ze sobą dobrze, gdy ludzie mówią ci, że robisz za mało, że powinnaś lepiej się starać, albo że lepiej jakbyś nie starała się wcale, skoro wychodzi ci tak chujowo.

Pisałam już o tym w tekście „Świętsi od papieża” w kontekście zero waste i mam wrażenie, że trochę się tutaj dziś powtarzam, ale czasem warto się powtórzyć. A propos śmieci, moja koleżanka blogerka zrobiła ostatnio na swoim insta stories serię nagrań o tym, że nie jest za dobra w eko, ale się stara i mówiła o tym, jak się stara. No i się zaczęło. Że nie tak. Że powinna tak, czy siak. Czy prosiła o „dobre rady”? No nie.

Dlaczego zwierząt nie obchodzi twoje samozadowolenie?

Zwierząt naprawdę nie obchodzi z jakiego powodu ich nie zjadasz. Aśka Rzeźnik pisze o tym bardzo często i mądrze, poczytajcie. I nie obchodzi ich, czy przy okazji rezygnujesz też ze skóry, jaj, mleka, czy może nie zjadasz ich tylko od poniedziałku do soboty. Jasne, że świetnie byłoby być w porządku we wszystkich tych i innych kwestiach, ale jeśli robisz tyle, na ile cię stać, to też jest w porządku. Mogłabyś nie robić nic, zniechęcona swoimi niepowodzeniami, albo tym, że ktoś zarzuca ci hipokryzję, albo tym że sama czujesz się hipokrytką. No chyba że ciebie bardziej od przyczynienia się do zmniejszenia ilości cierpiących zwierząt na świecie, interesuje czucie się lepszym człowiekiem, albo człowiekiem lepszym od innych. To wtedy w porządku. Takie podstawy leżały zresztą u podstaw wegetarianizmu w XIX wieku. Cóż, nie odniósł on wówczas spektakularnego sukcesu.

górski koń z irlandii

Nie ratuje się zwierząt, ani nie pomaga się w ulżeniu planecie własnym samozadowoleniem i poczuciem moralności. Nie robi się tego poczuciem winy, a tym bardziej wpędzaniem innych w poczucie winy. Robi się to konkretnymi działaniami, takimi na jakie cię w danym momencie stać. Jasne, świetnie gdy stać się na wiele. Nie wszyscy gotowi są jednak na totalne poświęcenia. Nie wszyscy, z różnych powodów, mogą. Ludzie są skomplikowani. Nawyki są skomplikowane. Zamiast krytykować, doceń, że ktoś robi cokolwiek, żeby świat był odrobinę lepszy. Może nie robi tego tak świetnie jak ty, może jego zachowania są niespójne i wydaje ci się w tym wszystkim hipokrytą. Ale coś robi. A gdyby coś zaczęły robić miliony?

Marta Zaraska w „Mięsoholikach” pisze: „Wystarczy policzyć: wegetarianin ze względów etycznych powinien się zastanowić, co uratuje więcej istnień – jedna osoba, która w ogóle przestanie jeść mięso, czy miliony, które zrezygnują z zaledwie jednego mięsnego posiłku w miesiącu? To samo dotyczy oczywiście celów związanych z ograniczeniem zmian klimatycznych. Jasne, że byłoby lepiej, gdyby miliony ludzi zostało wegetarianami, ale przecież nie stanie się to z dnia na dzień. Przyczyny naszego uzależnienia od mięsa są zbyt głębokie, aby mogło to nastąpić.”

I ja się z nią zgadzam.

Wszystkich nas czekają zmiany

Stoimy w obliczu wielkich zmian wywołanych zmianami klimatycznymi i możliwe, że niedługo wszyscy z konieczności będziemy weganami. Żyjemy w czasach, w których naukowcy otwarcie mówią nam, że dobrze to już było, że nasz styl życia jest nie do utrzymania. Nie do utrzymania jest obecny model energetyczny, nie da się obronić hodowli przemysłowej, musimy przemyśleć to, jak wygląda rolnictwo, inaczej czeka nas katastrofa. Ale nie staniemy się tru weganami z dnia na dzień. Fakt, że ludzie rezygnują z nawet tej odrobiny mięsa ma jednak znaczenie. Już dziś polscy producenci wędlin płaczą, że konsumpcja ich produktów spada, bo niejedzenie mięsa jest modne. I dobrze, że jest modne. Jasne, wciąż na miejsce niezjedzonego kebaba w Polsce przypada ileś tam nowych zjedzonych udek z kurczaka w Chinach i Indiach, które bogacąc się, stają się bardziej mięsożerne, bo dla ludzi, których dotąd nie było stać na jedzenie mięsa, to mięso jest symbolem prestiżu. Albo zachodniego stylu życia, który jest taki pociągający.

owca na pastwisku w górach

Ale właśnie, skoro przybywają nowi konsumenci, tym bardziej liczba ubywających, chociażby ubywających tylko trochę, ma znaczenie. Suma nas wszystkich, robiących tyle, na ile nas aktualnie stać, się liczy. Potrzebujemy sumy nawet najmniejszych zmian nawyków, by móc wywrzeć jakiś wpływ. Jakikolwiek. Nie pomaga w tym zniechęcanie ludzi, bo nie robią wszystkiego. I ja tu piszę o mięsie i trochę o ekologii, ale wierzę, że potraficie pod ten schemat podciągnąć niejeden temat.

Jasne, stuprocentowi weganie są super. Super są ludzie, którzy potrafią być naprawdę zero waste. Zazdroszczę im, też bym chciała wyeliminować swój wpływ na cierpienie zwierząt i zanieczyszczenie środowiska najbardziej jak się da. To wszystko, co tu napisałam, nie oznacza, że podważam ich świetną robotę. Ale chciałabym, żeby małe kroczki też były doceniane. W taki sposób, żeby osoby, które się ich podejmują nie były zniechęcane. Tak, są osoby, które wyznają zasadę wszystko albo nic i motywacja w stylu „wszystko albo nic” na nie działa. Ale nie wszyscy mają taką fundamentalną konstrukcję psychiczną. Większość z nas nie ma. Większość z nas czuje się przez takie komunikaty beznadziejnie i jest skłonna zarzucić wszelkie działania, skoro to i tak bez sensu, a inni mają nas za hipokrytów. To nie jest fajne. To nikomu nie pomaga.

mewa

Czy więc szewc-artysta, który chce szyć wypasione buty ze skóry dla największych gwiazd, musi czuć się hipokrytą, jeśli nie je mięsa? Czy ma porzucać swoje marzenie i karierę, żeby czuć się w porządku będąc wegetarianinem? I przede wszystkim, czy musi wracać do jedzenia mięsa, skoro robi te buty? Moim zdaniem nie musi. Tak, pewnie mógłby szyć wegańskie buty. Ale ja na przykład wolałabym mu bić brawo za niejedzenie mięsa, niż czepiać się za tę skórę. I nie, wcale nie dlatego, że nosiłabym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.