Z pustymi rękoma do dziecka nie wypada. A ja Wam powiem: poproszę

zpustymi - Z pustymi rękoma do dziecka nie wypada. A ja Wam powiem: poproszę

Chciałabym, żeby ten wpis przeczytała moja rodzina i wszyscy znajomi, chociaż z drugiej strony trochę się boję focha. Na szczęście nie wszyscy oni znają tego bloga. Bo wiecie, nie do wszystkich jeszcze dotarło, że nie muszą kupować mojemu dziecku ciastków i zabawek za każdym razem, gdy się z nim zobaczą. Nie żebym im o tym nie mówiła. Ludzie jednak wiedzą swoje: z pustymi rękoma nie wypada. A ty rodzicu… no właśnie, co ty na to?

Zacznijmy od tego, że zanim zostałam mamą, miałam już do czynienia z dziećmi. Żyłam jednak w błogiej nieświadomości pewnych pokutujących w społeczeństwie zasad. Co oznacza, że w oczach wielu osób musiałam popełniać gigantyczne faux pas. Otóż nigdy nie dawałam czyimś dzieciom prezentów, jeśli akurat nie miały urodzin, albo nie wypadała gwiazdka. Owszem, dowiedziałam się o tym, że nie wypada tak do dziecka z niczym, kilka lat przed tym, zanim na świat przyszło moje. Skutecznie jednak olewałam to przykazanie, bynajmniej nie z troski o zasoby własnego portfela. Jak się przez jakiś czas obserwuje dzieci, które ciągle bez okazji dostają prezenty, jak nie potrafią się później nimi cieszyć, jak później ciskają wszystkie w kąt, mają dwa pokoje pelne zabawek, którymi się nie bawią, a na pytanie, czy dostały wystarczająco dużo prezentów pod choinkę, odpowiadają, że za mało, chociaż było ich z dwadzieścia, to już się wie, że coś tu nie gra i, że nie chce się czegoś takiego oglądać we własnym domu.

Znacie pojęcie roszczeniowych dzieci? Chyba wiem skąd się biorą. I strasznie mi szkoda tych dzieciaków. Szkoda mi nas samych.

Przy czym doskonale rozumiem tę presję na dawanie, bo to tak naprawdę nie do końca jest presja. Chcemy sprawić dziecku przyjemność. Chcemy pomóc rodzicom. Lubimy też uważać się za hojnych. Chcemy dobrze. Czasem to jest po prostu poczucie, że obdarowując siostrzeńca czy bratanicę, zaskarbiamy sobie jej miłość. A tu przecież nie o to chodzi. Rodzice dobrze wiedzą, że najcenniejszą rzeczą, którą można dać dziecku jest czas. Reszta rodziny i przyjaciele też mogliby się tego nauczyć. Czasem wystarczy, że po prostu przyjdziesz. Naprawdę to takie fajne usłyszeć kilkulatka od progu pytającego „a co mi dzisiaj kupiłaś?”.

Wychowujemy doskonałych konsumentów.

Z punktu widzenia rodziców to w ogóle czasami jest dramat. Nasłuchałam się już od ludzi o tonach brzydkich zabawek, które ich dziecko dostało od rodziny, czy znajomych w jak najlepszej wierze, które teraz zalegają w piwnicy, bo jest ich tak dużo, że nie ma już gdzie tego trzymać. O ciuchach, których młody nie chciał nosić, bo były z myszką miki, a on lubi tylko w traktory. I o tych cholernych słodyczach, wciskanych przez babcie, chociaż rodzice starają się dawać ich dziecku jak najmniej. Ale jak to tak, odmawiać dzieciom słodkiego? Wyrodni starzy.

No weźcie! Mogłabym godzinami opowiadać o tym, jak niezamówione prezenty psują dziecko. Najnowszy przykład z mojego życia wzięty to Monte. Wiecie, ten ponoć zdrowy, zdaniem aktorów z reklam, deserek, który dzieci powinny jeść dla mocnych kości (albo to było Danio?). W każdym razie Monte wjechało nieproszone na stół prosto z plecaka cioci kilka tygodni temu. A potem był foch na zwykłe jogurty. Ukochane do tej pory. Łatwo się psuje cudze dziecko.

Albo kiedy dziecku coś posmakowało, więc teraz będziesz mu to kupować na kilogramy, chociaż rodzice proszą cię, żebyś tego nie robiła.

Jesteśmy doskonałymi konsumentami

Naprawdę nie chodzi o to, żeby się od razu obrażać. Chodzi o to, żeby uszanować zasady, a wiele osób ma z tym wielki problem. Rodzice chcą wychowywać dzieci po swojemu, a tu nie dość, że ciągle słyszą mnóstwo sprzecznych komunikatów w postaci dobrych rad, to jeszcze to. Takie dajmy na to słodycze, słodkie napoje, czy chipsy z przemytu, nie dość, że są niezdrowe, to zwyczajnie podkopują twój rodzicielski autorytet. Starsze dziecko po prostu skonsumuje pokątnie, bo wie, od kogo łatwo dostać. Młodsze będzie ci robić awanturę, że chce ciasia.

Moja córka ma dwa lata, a już dobrze wie, gdzie ciotka chowa herbatniki. To sprytne bestie są.

Albo kiedy zauważyłaś, że dziecku podobała się jakaś zabawka, więc przy kolejnej wizycie kupujesz mu ją. A ono już kompletnie nie czai o co chodziło. I stoi to na półce, zbiera kurz.

Wkurza mnie to nie tylko ze względu na słodycze i zabawki, których nie ma już gdzie trzymać. Wkurza mnie to przede wszystkim dlatego, że takie obdarowywanie przy naprawdę każdej wizycie (a to się zdarza aż za często) w końcu skończy się oczekiwaniem ze strony dziecka, że za każdym razem coś dostanie. Jeszcze tak nie jest, ale być może dlatego, że staramy się hamować najśmielsze zapędy. Wkurza mnie to, bo ta presja na nieprzychodzenie z pustymi rękoma to dla mnie objaw przesadnego konsumpcjonizmu, a to z kolei wkurza mnie, jak mało co na świecie.

No i poza tym wszystkim, to jest mi głupio. Jest mi głupio, bo sama nie przynoszę cudzym dzieciom podarków za każdym razem, gdy je spotykam i może ich rodzice myślą sobie, co za skąpiradło. A ja nie przynoszę, bo zwyczajnie nie pamiętam, że się powinno. A najbardziej jest mi głupio, gdy dostajemy niektóre prezenty. Gdy jest ich za dużo, gdy są za drogie. Albo gdy ktoś daje nam forsę. Wtedy jest mi bardzo, ale to bardzo niezręcznie. Nie wiem, kto wymyślił ten zwyczaj, żeby rodzicom nowonarodzonych dzieci dawać hajs w kopercie. Że niby dla dziecka na szczęście, czy coś. Gdy dostajesz tę kasę od rodziny, to jeszcze pół biedy. Ale gdy daje ci ją sąsiad? To jest trochę dziwne. Niedawno dostaliśmy hajsy dla dziecka od znajomych. Dziecko, co już wiecie, ma dwa lata. Po prostu nie widzieliśmy się z tymi ludźmi szmat czasu i dopiero teraz poznali naszą córkę. To też jest dziwne.

Naprawdę nie chodzi o to, żeby cudzym dzieciom nic nie dawać. Czekolada nie zawsze zabije, a grające badziewie z Fisher Price to jednak coś, co dzieci kochają, nawet jeśli starzy woleliby widzieć w pokoju pociechy tylko dizajnerskie drewniane zabawki. Ale są pewne granice.

Zanim kolejny raz nie przyjdziesz do dziecka z pustymi rękami:

  • Zastanów się, a najlepiej zapytaj. Zwyczajnie zapytaj rodziców, czy możesz przynieść dziecku to, czy tamto;
  • Nie kupuj na siłę, bo wypada coś przynieść. Wcale nie wypada. Takie prezenty kupowane za pięć dwunasta mają największe szanse wylądować zapomniane w kącie;
  • Najlepiej w ogóle zapomnij o kupowaniu bez okazji;
  • Ale jeśli już musisz, bo na przykład zobaczysz w sklepie super rzecz, to chociaż nie rób tego za każdym razem jak się widzicie;
  • Jeśli kupujesz prezent na urodziny, dzień dziecka, mikołajki czy gwiazdkę, zapytaj rodziców, co dziecko chciałoby dostać (albo jeśli jest bardzo małe, co oni by chcieli);
  • Książeczki to zawsze dobry prezenty, ale też nie zaszkodzi zapytać;
  • Naprawdę ostrożnie z tym jedzeniem;
  • I na koniec: nie mówcie, że nie wypada z pustymi rękami. W towarzystwie może być ktoś, kto tego nie wie, albo tak nie uważa, i jak ten ktoś teraz przy tym dziecku ma się czuć? Jak ostatnie skapiradło jakieś.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj