feminizm, publicystyka

Chłopcy, mamy problem

chlopcy 925x540 - Chłopcy, mamy problem

Statystyczna młoda Polka studiuje, głosuje na Wiosnę i chodzi na czarne marsze. Statystyczny młody Polak nie studiuje, głosuje na Korwina i spółkę oraz chodzi na marsze niepodległości. Ona jest w związku, on jest samotny. Taki obraz przedstawia opublikowany kilka dni temu sondaż dla Wyborczej. Gdzie się spotykają statystyczni polscy mężczyźni i kobiety w wieku 18-30 lat, jeśli nie tworzą wspólnych związków? Czasami one dostają od nich twarz. Ale czy możemy mówić, że mamy w Polsce wojnę płci? Być może statystyczną. Co możemy stwierdzić z większą dozą pewności? Chłopaki, mamy problem.

Wojna płci i wojna pokoleń. Czy ta narracja to nie zasłona dymna?

Zanim przejdę do meritum i zacznę zastanawiać się głośno nad problemami chłopaków, na chwilę zatrzymam się przy innej kwestii. Kwestii prawdziwej osi konfliktu. Do niedawna liberalne media z Gazetą na czele pochylały się głównie nad konfliktem pokoleń. Zastanawiały się, ustami ludzi pokolenia “Solidarności”, dlaczego młodym nie zależy na wolności. Gdzie są młodzi? – pytali. Uważam, że młodzi są tam gdzie trzeba, czyli tu i teraz, ale sam konflikt wydaje mi się mocno rozdmuchany i stworzony głównie po to, by nie mówić o prawdziwych problemach tego kraju, które młodzi często zauważają lepiej. Albo inaczej, które ich często dotyczą bardziej. A może tylko mocniej?

Ten konflikt jest mocno wyobrażony po stronie starej liberalnej gwardii, chociaż z pewnością istnieje różnica wyznawanych wartości. Jego istota tak naprawdę nie sprowadza się do tego, że młodym się nie chce i w dupie mają wolność i obronę demokracji. Chodzi w nim raczej o to, że postać w jakiej wolność i demokracja, która została im zaproponowana (a bardziej narzucona) przez tych przedstawicieli starszego pokolenia, które w ostatnich dziesięcioleciach urządzało nam kraj, niekoniecznie jest dobra, sprawiedliwa i jedyna słuszna. Właściwie w ogóle taka nie jest.

„Wielu moich przyjaciół ubolewa nad skalą nierówności społecznych w III RP, ale pocieszają się: „za to mamy wolność”. Nie „za to”, lecz mimo to, i dlatego trzeba pamiętać, że to krucha pociecha: j e s z c z e mamy wolność. Bez równości i bez braterstwa jest ona niepewnym darem. Demokracja jest silna poparciem obywateli. Może upaść, gdy zabraknie zgody obywateli co do podstawowych wartości demokracji. Wtedy z wolności pozostanie tylko wolny przepływ globalnego kapitału finansowego.” – to cytat ze zmarłego kilka dni temu Karola Modzelewskiego, który po części oddaje to, co w narracji “starych” jest nie tak.

Mydlenie oczu

I teraz: zarówno statystyczna młoda Polka jak i statystyczny młody Polak kontestują stary porządek, który starsze pokolenie, bez względu na to czy jest za PO czy PiS, uznaje za obowiązujący. Tylko że robią to inaczej i sposób statystycznego młodego Polaka nie wygląda wesoło.

Tylko znów, sprowadzenie problemów jedynie do wojny płci, podobnie jak ciągłe mówienie o konflikcie pokoleń, jest mylące. Odsuwa nas zupełnie od problemów ekonomicznych, które to wraz z innymi czynnikami można by już w tym miejscu tego tekstu przypisać do przyczyn takich, a nie innych postaw statystycznych młodych mężczyzn. Odsuwa nas od konfliktów klasowych, które istnieją, chociaż może nie do końca w takiej formie, jaką sobie wyobrażamy po lekturze brodatych, dziewiętnastowiecznych filozofów. Tymczasem przyjmujemy często optykę zamkniętych baniek promowaną przez mainstreamowe media i wpadamy w pułapki łatwych osądów i klasowej pogardy. Pozwolę sięgnąć po pierwszy przykład z brzegu: nieszczęsne 500+. Nie mamy już w Polsce klasy pracującej itd. Mamy za to porządnych obywateli i patololo za 500+. Przy czym “porządni obywatele” też biorą te pieniądze i to prędzej oni głosują w wyborach niż osoby z zaniedbanych społecznie środowisk. Przy całej, słusznej skądinąd (i momentami), krytyki rządowego programu, który niewiele ma wspólnego w założeniach z polityką socjalną, za to wiele z ideologią, narracja jaka się w około wytworzyła bywa (i to nie momentami) wręcz obrzydliwa. Nie wspominając już o tym, co się działo wokół strajku nauczycieli. Ale to temat na osobny tekst.

Wróćmy do sedna, czyli do domniemanej wojny płci. Dodajmy, że pokoleniowej wojny płci, bo statystycznie podsumowaliśmy tu młodych ludzi, którzy żyją na różnych biegunach, jakby naprawdę wzięli sobie do serca dawno obalone (czytaj: które nigdy nie były prawdą) tezy o kobietach z Venus i mężczyznach z Marsa.

Kontekst płciowy i pokoleniowy to za mało!

Jestem niepoprawną zwolenniczką intersekcjonalizmu (więcej o nim wspominam w tekście o książce Renni Edo-Lodge), gdy krzyżują się ze sobą, zazębiają i nakładają różne kategorie społeczne, które mogą wzmacniać dyskryminację grup i poszczególnych osób. I mogą powodować konflikty. Wiek i płeć to za mało, by mieć pełen obraz, bo to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane. Oprócz klasy, o której już wspomniałam, mamy jeszcze, może nie tak bardzo widoczne w naszym kraju, ale przecież istniejące i coraz ważniejsze, kwestie rasy i narodowości. A także religii. A także orientacji seksualnej. Wybór jednego czynnika i próba wyjaśnienia przy jego pomocy całej złożoności problemów społecznych to zwykłe mydlenie oczu. Oczywiście w mediach, zwłaszcza gdy mamy gorącego newsa z wynikami jakiegoś sondażu, nie ma miejsca na niuanse i dodatkowe konteksty. Doskonale to rozumiem, bo znam realia ograniczeń tekstowych. Zresztą, jakbym chciała w swoich wpisach poruszać wszystkie aspekty spraw, które uważam za istotne, nie pisałabym blogowych notek tylko zbiory esejów i nie wiem, kto by to czytał. Niemniej jednak, skrótowa forma i stosowanie zasłon dymnych niekoniecznie muszą chodzić w parze.

To nie znaczy, że z młodymi facetami nie mamy problemu

Bo mamy, nawet jeśli nie bierzemy sobie dosłownie do serca postaci statystycznego młodego Polaka z nowego sondażu. Ten problem jest podnoszony nie od dziś. Nie tylko w Polsce. To przede wszystkim młodzi mężczyźni zasilają szeregi skrajnych ugrupowań, które chciałyby siłą narzucać innym swoją wizję świata i które tłumaczą świat w bardzo prosty sposób, z którym nie ma dyskusji.

Chodzi mi nie tylko o organizacje narodowe i zwykły nacjonalizm. Jeśli popatrzymy na czysty “korwinizm” odarty z dodatkowej, narodowej otoczki, wcale nie jest weselej. Poglądy bardzo indywidualistyczne, wykluczające solidaryzm społeczny, niosące ze sobą pogardę dla niezaradnych, czyli w skrócie neoliberalny creme de la creme, to też nie jest jednorożec patatający po tęczy. Osobiście przyznam, że to drugie bardziej mnie przeraża, bo nosi białe rękawiczki i właściwie jest jednym z dominujących, akceptowalnych społecznie nurtów.

No i teraz tak naprawdę zastanówmy się dlaczego tak jest. Ja stawiam na to, że objawia się nam tu koncertowo sposób, w jaki młodzi mężczyźni są pokrzywdzeni przez kapitalizm i patriarchat. Młode kobiety też, ale one przynajmniej zdają sobie z tego sprawę. Nawet jeśli jest to nieuświadomione, albo nie mówią o tym głośno, zwykle czują, że coś jest nie tak, chociaż czasami nie potrafią tego nazwać, zastanawiają się, skąd to się bierze i szukają przyczyn niekoniecznie tam, gdzie się one znajdują.

Kobiety nie pochodzą z mężczyzn, mężczyźni nie są z Marsa, ale w pewnym sensie jesteśmy wychowywani na innych planetach

Formacje społeczne męskie i kobiece działają na innych zasadach. Te kobiece sprzyjają solidarności, siostrzeństwu i wzajemnej pomocy, nawet jeśli później narzekamy, że nie jesteśmy ze sobą solidarne i często naprawdę nie jesteśmy. Tak jest przynajmniej na początku, zanim jeszcze powiedzą nam, że jesteśmy rywalkami. Ale nasza rywalizacja, według patriarchalnych zasad społecznych, ograniczać się powinna do rywalizacji o mężczyzn, bitwy na urodę, ewentualnie o to, która jest gorszą matką – co sprowadza się do sfery prywatnej i domowej. Mężczyźni mają rywalizować o wszystko.

“Kobiety od zawsze były bardziej towarzyskie, miały więcej przyjaciół, relacji opartych na potrzebie przebywania z drugim człowiekiem. Zbierały się w grupy, ponieważ to lubiły. Mężczyźni natomiast byli większymi samotnikami, a ich relacje tworzyły się w oparciu o więzi konkurencyjne lub drużynowe, m.in. sport – powód powstania grupy pozostawał więc zewnętrzny. Rywalizowali, aby wygrać. Tymczasem dziś wzrasta liczba chłopców, którzy czują, że nigdy nie wygrywają, tylko przegrywają społecznie.” – to cytat z wywiadu z profesorem Zimbardo z magazynu Focus, w którym profesor wyjaśniał, dlaczego młodzi chłopcy uciekają w świat technologii. W podobny sposób można by próbować wyjaśnić ucieczkę w grupy wyznające nie tylko kult siły, ale i kult wiecznego zwycięstwa (nad słabszymi).

Bliskość, czy raczej jej brak

Ale nawet, gdyby rywalizacja kobiet i mężczyzn odbywała się na podobnych zasadach, są dodatkowe czynniki, które zmieniają optykę. Formacja społeczna mężczyzn w ogromnym stopniu pozbawiona jest bliskości. Nie chodzi mi o bliskość z rodzicami. Chodzi mi o odebranie chłopcom prawa do tego, żeby byli blisko z innymi chłopcami. Tak jak dziewczynki są blisko z dziewczynkami. Chodziłyśmy za ręce, przytulałyśmy się, całowałyśmy w policzki. Bez żadnego kontekstu seksualnego. Chłopcom bardzo wcześnie wmówiono, że to niemęskie, gejowskie (więc jednocześnie wychowywano ich do homofobii), fuj. Ich kontakt fizyczny w pewnym momencie został ograniczony do bójek. Potyczka za szkolnym boiskiem stała się jedyną chwilą, gdy ich ciała się stykały. W rywalizacji, gniewie i niechęci. I tak od setek, jeśli nie od tysięcy lat. Zamiast tego uściski dłoni (koniecznie mocne), poklepywanie po plecach (i uważanie, żeby się ręka nie omskła), jak uścisk to na szybkiego niedźwiedzia, który rozgląda się bacznie, czy nie stoi za nim myśliwy, omijanie się szerokim łukiem.

No i chłopaki nie płaczą, co nie? Piszę tu w dalszym ciągu o tym, jak społeczeństwo wychowuje chłopców, nie o tym, co robią konkretni chłopcy, ich mniejszość czy większość.

Nie mogą się sobie zwierzać z intymnych spraw, chociaż mogą narzekać (najlepiej jak na żony i fiscusa, który ich okrada). Ich formacja od wczesnych lat zdaje się promować powierzchowne, pozbawione emocji i bliskości relacje. Dlatego mit o solidarności jajników możemy włożyć między bajki. Jasne, często kopią do jednej bramki. Często robią to przeciwko interesom kobiet. Ale gdy pomyślimy o wsparciu w kwestiach emocjonalnych, to… no właśnie, najpierw jeszcze trzeba się otworzyć i poprosić o to wsparcie. A chłopaki przecież nie płaczą.

To wszystko tworzy konstrukt toksycznej męskości, a raczej jest tylko jej wycinkiem, bo jest on przecież bardzo szeroki. Dochodzą do niego przyzwolenie na zachowania przemocowe, przekonanie o tym, że w każdym aspekcie życia musisz być zwycięzcą,

Toksyczna męskość tworzy inceli, przemocowców, samobójców, ale najczęściej po prostu nieszczęśliwych ludzi, którym wmawia się, że kryzys ich męskości to wina kobiet i lgbt+.

Jeśli nałożymy na to kwestie ekonomiczne, a zwłaszcza kwestię neoliberalnej edukacji, w duchu, w którym nie ma miejsca na solidaryzm społeczny, za to wszyscy musimy być przedsiębiorczy, a niezaradność życiowa jest przestępstwem, której doświadczyły i dziewczyny i chłopaki, ale chłopakom nie wybacza się bardziej, bo wciąż pokutuje mit żywiciela rodziny, mamy jeszcze pełniejszy obraz.

Chłopakom sypie się mit, według którego mieli żyć. Próbują więc go gonić. Są grupy, które obiecują im, że kiedyś go znajdą. Łatwe odpowiedzi. Wróg, na którego można zwalić odpowiedzialność, gdy nam w życiu nie wychodzi. Albo gdy wręcz przeciwnie, zajebiście nam wychodzi, ale uważamy że za mało i zioniemy pogardą do tych, którym nie wychodzi wcale i którymi ktoś próbuje pomóc naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi. W końcu w miejscu, gdzie triumfuje toksyczna męskość spotykają się różne klasy społeczne. Są kuce z IT, które żyją w bańce z pieniędzy. I chłopcy z klasy robotniczej z syndromem sztokholmskim. Kilka paradoksów w całkiem nieparadoksalnej konstelacji społecznej.

Mamy już część odpowiedzi na pytanie, co to za planeta singli. Część, bo można by kopać głębiej i głębiej. Można by też pisać o dziewczynach, które, o czym już wspomniałam, przynajmniej częściej zdają sobie sprawę z tego, jak krzywdzi je patriarchat. W którymś momencie najpewniej doświadczą jakiejś formy dyskryminacji, być może też motywowanej płciowo przemocy. Chłopcy są chłostani przez ten system, ale trudniej im to dostrzec, gdy jednocześnie są w nim uprzywilejowani. Fucking logic. Seems legit.

Mężczyźni się zmieniają. Jasne, niektórzy tylko udają feministów,wciąż taplając się w toksynach. Ale zmianom nie da się zaprzeczyć. Statystyczny młody Polak nie jest tak naprawdę reprezentatywny. Nie powinien być. Ale istnieje i żyje na tak bardzo niebezpiecznej planecie, że nie można go lekceważyć. Jest realnym problemem. Ale to też on ma realny problem, bo coś tu ewidentnie zostało spieprzone. Oczywiście możemy inaczej wychować naszych synów, żeby nie było w przyszłych pokoleniach takiego ideologicznego spierdolenia, ale na tych młodych facetach też nie można położyć lagi. Trzeba próbować wyciągnąć ich z bagna tak, jak się wyciąga narkomanów. Tyle, że to bardzo trudne. Już łatwiej z nimi walczyć. Możliwe, że po prostu mamy do czynienia z fragmentem straconego pokolenia, fragmentem tylko jednej płci.

 Photo by sebastiaan stam on Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.