publicystyka

Dlaczego nas to nie obchodzi?

why we dont care 925x540 - Dlaczego nas to nie obchodzi?

Teoretycznie nigdy nie byliśmy sobie bliżsi. No bo wyobraźcie sobie świat, w którym informacje z pola bitwy w kraju, w którym wasze państwo prowadzi wojnę, trafiają do Was po kilku dniach lub tygodniach. Wiadomości z krain, w których wasze wojska nie mają aktualnie nic do roboty, nie trafiają do Was wcale. A o tym, co dzieje się na niektórych lądach nie usłyszycie nigdy. Do końca waszego życia. Nie będziecie nawet wiedzieć o ich istnieniu. Teoretycznie od ludzi z epok, gdy to wszystko było prawdą, dzieli nas wszystko. Zmieniło się wszystko. Możemy wiedzieć o wszystkim w ciągu dosłownie kilku minut. Dlaczego więc tak mało nas obchodzi?

Na każde pytanie można udzielić prostej i złożonej odpowiedzi. Można też udzielić kilku i wszystkie będą prawdziwe, chociaż prawda nigdy nie będzie leżeć pośrodku. To jest tekst, który miałam napisać już dawno. Jakoś tak po wydarzeniach w nowozelandzkim Christchurch, gdy w zamachach na meczety zginęło pięćdziesiąt osób. Albo jeszcze dawniej, już nie pamiętam. Pamiętam za to, jak cicho było o tym w naszych mediach i jak czerpałam wiadomości o tym, co się wydarzyło od zaangażowanych ludzi z instagrama. Pamiętam też wiele wcześniejszych wydarzeń z krajów odległych od Europy geograficznie i kulturowo, o których dowiadywałam się tylko dlatego, że ktoś mocno zainteresowany tematem napisał w mediach społecznościowych: „ludzie, dlaczego nikt o tym nie mówi?.” Zaczęłam zastanawiać się dlaczego, zaczęłam spisywać możliwe odpowiedzi. Ale nie wiedziałam, jak zabrać się za ten tekst. To jeden z tych wpisów, które nigdy nie przychodzą łatwo.

I kiedy miałam już to wszystko zebrane, wydarzył się pożar katedry Notre Dame, w którym nie zginął nikt, a kilka dni później zamachy na Sri Lance, w których zginęło ponad trzysta osób. Pożar katedry wywołał lawinę: smutków, dziwnych komentarzy polskich prawicowych publicystów wieszczących koniec cywilizacji, pieniędzy obfitym strumieniem przelewanych na odbudowę i komentarzy o tym, jacy to ludzie są beznadziejni, bo płaczą za kupą starych kamieni, a nie jest im żal tysięcy osób, które giną codziennie w Syrii czy Jemenie. Oczywiście skala żalu po nadpalonej Notre Dame była nieadekwatna do wydarzenia i w tej masie smutku był pewien element histerii. Ale wiecie co? Wzbudzając poczucie winy nikt jeszcze nie naprawił świata, a głosy wzywające do opamiętania się i przerzucenia swojego smutku z katedry na prawdziwe tragedie w większości tak właśnie brzmiały, chociaż oczywiście były słuszne.

Wpędzanie ludzi w poczucie winy naprawdę nikogo nie uratuje

A czasem przynosi skutek odwrotny od zamierzonego. Bo jak się czujesz, kiedy ktoś cię łaje za twoje emocje? Zastanawiasz się nad sobą, czy wypuszczasz kolce. Większość ludzi się zbroi. Cała ta sytuacja skojarzyła mi się z czepianiem się osób, które pomagają zwierzętom i wmawianie im, że powinny zamiast tego pomagać dzieciom. Może nie jest to do końca adekwatne porównanie, jeśli chodzi o skalę i istotę zjawisk, ale jest coś podobnego w stosowanej w obu przypadkach metodzie komunikacji.

W wielkanocną niedzielę w zamachach na Sri Lance zginęło ponad trzysta osób. Nie mogę przestać o tym myśleć. Bardzo mnie to poruszyło, tak jak poruszyło mnie też Christchurch. Po Notre Dame było mi smutno przez chwilę, chwilę później myślałam sobie, że „o wow, jesteśmy świadkami historycznego pożaru”. Ale nieważne, co tam sobie myślałam. Ważniejsze jest znów, jak wyglądała skala ludzkich reakcji. Ta w porównaniu z reakcjami po pożarze Notre Dame była mizerna. Nie wieszajmy jednak na ludziach psów za to, że było im mniej smutno, albo nie było im wcale smutno. Zastanówmy się, dlaczego tak było. Po pierwsze zastanówmy się, jak wyglądały informacje w mediach. Czy były to czołówki serwisów, czy miały szanse dotrzeć do tylu osób, co news o Notre Dame? W końcu zadajmy sobie pytanie, dlaczego jest tyle tragedii, o których nie słyszymy. A gdy już usłyszymy, dlaczego nas nie obchodzą?

W idealnym świecie informacja o tym, że w jakimś zakątku Ziemi dzieje się coś złego, nie powinna pojawiać się jako kontra, wyrzut sumienia do czegoś, co dzieje się gdzie indziej i smuci ludzi bardziej. Ta informacja sama w sobie powinna bombardować nas w wiadomościach. Powinno być głośna na co dzień. W idealnym świecie nie tylko Sri Lanca czy Christchurch, ale także tragedie, o których nigdy nie usłyszeliśmy, bo dzieją się nie tam, gdzie trzeba (w Nigerii, w Syrii, Afganistanie), byłyby na czołówkach wiadomości, wszędzie. W idealnym świecie przejmowalibyśmy się nimi tak samo, jak wydarzeniami, które dzieją się blisko. Nasz świat jest daleki od ideału. Media tym bardziej.

Na mediach spoczywa ogromna odpowiedzialność i one się z tego zadania zwykle zupełnie nie wywiązują

Myślę, że wina za to, iż tak mało nas obchodzi i że jesteśmy sobie tak dalecy, chociaż teoretycznie świat stał się taki mały, w dużym stopniu spoczywa właśnie na nich. Polskie media nigdy nie przodowały w przybliżaniu świata.

Media potrafią naprawdę wiele napsuć swoją narracją. Ale czy nie są one po prostu odbiciem pewnego status quo? Czy nie są koniunkturalne? Czy nie dają ludziom tylko takiej narracji, jakiej ludzie oczekują? Po części tak.

Dlaczego tak mało nas obchodzi to, co dzieje się daleko? Pisząc daleko, mam na myśli nie tyle odległość geograficzną, co przede wszystkim kulturową. Chociaż geograficzną też. Sprawę możemy rozpatrywać dwojako: z psychologicznego oraz z historyczno-kulturowo-społecznego punktu widzenia. I myślę, że pominięcie któregokolwiek z nich na rzecz drugiego mogłoby okazać się niesprawiedliwe.

Psychologicznie wszystko wydaje się proste

Nie przemawiają do nas wielkie liczby. Liczby są abstrakcyjne, więc setki ofiar wojen i zamachów nie robią na nas wrażenia. Robią je indywidualne historie. Twarze płaczących dzieci. Wszystko to, z czym możemy poczuć więź, zidentyfikować się, empatyzować. To całkiem normalne. Wydaje się też normalne, że bardziej dotknie nas tragedia, która dzieje się blisko. Może nie przez sam fakt, że jej ofiary mogą być do nas w jakiś sposób podobne, ale przez poczucie zagrożenia, wyobrażenie sobie, że bardzo prawdopodobnym byłoby, że my sami znaleźlibyśmy się na miejscu osób, które zginęły. Dzisiaj Paryż, jutro Berlin, pojutrze Warszawa. Taka narracja zagrożenia jest zresztą z powodzeniem wykorzystywana przez demagogicznych polityków do straszenia na przykład islamskim terroryzmem. Dobrze to znamy.

Trudno się z takiego myślenia wyzwolić. Z jednej strony prowadzi ono do irracjonalnego poczucia strachu i zagrożenia. Z drugiej, to co dzieje się blisko wydaje się nam najważniejsze, bo mamy poczucie, że nas dotyczy. Nawet jeśli nie dotyczy.

Patrząc tylko z tego jednego punktu widzenia, można by całe to nasze nieinteresowanie się łatwo usprawiedliwić.

Nie warto tego usprawiedliwiać. Warto spróbować to zrozumieć

Z tego drugiego punktu widzenia patrzy się na sprawę trudniej i trudno jest nie popaść przy tym w poczucie winy. Ale jak już wspominałam, poczucie winy nic nie zmienia i niczego nie załatwia. Jesteśmy europocentryczni. Europę rozumiem przy tym dość szeroko, jako zachodni krąg kulturowy. Stany też się liczą. Liczą się też Antypody, no chyba że mówimy o zamachach na meczety. Wtedy liczą się jakby mniej. Globalne południe nie liczy się właściwie wcale. Najbardziej dotyka nas to, co przytrafia się ludziom białym. Chrześcijanom. Takim jak my. To bogata i ponura spuścizna kolonializmu, uświęcona wielowiekową tradycją, od której nie jest wolny żaden człowiek z naszego kręgu kulturowego. Nawet jeśli mieszka w Polsce, która nigdy nie miała żadnych zamorskich kolonii. Strasznie trudno ten fakt zaakceptować, zwłaszcza gdy natrafiając na tego typu interpretacje naszych zachowań, czujemy, że ktoś wymaga od nas samobiczowania.

Ale nie chodzi o to, żeby się chłostać. Chodzi o to, żeby zrozumieć, że za naszymi odczuciami mogą stać nie tylko czynniki psychologiczne, ale też uwarunkowania historyczne, społeczne. Także to, jak działają na nas media. Wszyscy ulegają wpływom.

Tak naprawdę niezwykle trudno zrozumieć, dlaczego tak wiele rzeczy nas nie obchodzi. Albo dlaczego jedne rzeczy smucą nas bardziej od innych. Przyczyna nie musi leżeć w nas samych. Ale odpowiedzenie sobie na to pytanie, lub chociażby samo zadanie go to już jest coś. Chociaż samo w sobie niczego nie zmieni. Niestety większość z nas nigdy go sobie nie zada.

Teoretycznie świat nigdy nie był tak mały, a ludzie nie byli sobie tak bliscy. Teoretycznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.