życie

Tożsamość

rzecz o 925x540 - Tożsamość

“Nie mogę się cofnąć do wczoraj, bo byłam wtedy inną osobą”
Alicja

O czym myślisz, gdy słyszysz słowo “tożsamość”? Jakie obrazy stają ci przed oczami? Jakimi przymiotnikami potrafisz je opisać? Czy myślisz o czymś pewnym, o czymś stałym, niezmiennym? O fundamentach, korzeniach, konstytucji? Tak się jakoś utarło, że gdy pytają nas o tożsamość, to oczekują, że będziemy mówić właśnie o tym. W ten sposób. Twoja tożsamość to twój kręgosłup, oś, trzon. Bo cóż to może być innego?

I chociaż generalnie jesteśmy przyzwyczajeni/one do tego, że jako jednostki ludzkie codziennie się starzejemy, a więc też zmieniamy, lubimy wierzyć, że ciągle jesteśmy tymi samymi osobami. Wierzymy w naszą ciągłość, bo skoro mamy pamięć i wciąż to samo ciało, to wszystko musi się zgadzać. To takie proste, prawda?

Kiedy jakiś czas temu zostałam zapytana o to, czy urodzenie dziecka wpłynęło na moje poczucie tożsamości, zaczęłam myśleć, czym w ogóle jest to poczucie. Czy jestem w stanie zdefiniować swoją tożsamość, jej części składowe. Po części pewnie tak, ale czy jest to rzecz stała, niezmienna? Czy to, co mogę uznawać za własną tożsamość dzisiaj, jest tym samym, czym określałabym się dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Mam wątpliwość i mam na tę wątpliwość całkiem niezłe dowody. Niezmiernie często, wspominając przeszłość, łapię się na tym, że osoba, którą jestem w tych wspomnieniach to zupełnie ktoś inny. Albo co najmniej inna ja.

Niedawno przeczytałam u Zadie Smith zdanie: “odczuwam radykalną nieciągłość z samą sobą” i to jest chyba zdanie, które najlepiej oddaje mój stosunek do siebie z przeszłości. Zadie pisze w ogóle w tym tekście (a chodzi o esej “Kilka uwag o nastrojeniu” ze zbioru “Widzi mi się”) bardzo ciekawe i bardzo prawdziwe rzeczy:

“…jak oddać tę zasadę w beletrystyce? Czym jest postać, jeśli nie konsekwentną i spójną osobowością? Jeśli umieścimy Abrahama w powieści, wielu czytelników rzuci tą książką o ścianę. Jakie są motywy jego postępowania? Jak może kochać syna, a jednocześnie być gotowy odebrać mu życie? Abraham nas obraża. To właśnie obcując w tekście bądź na ekranie ze spójnymi osobami, upewniamy się co do własnej spójności.”

Ludzie nie są spójni jak ładne konta na instagramie. Ludzie są chaosem, nawet ci z pozoru całkiem uporządkowani. Ludzie, w przeciwieństwie do bohaterów powieści postępują najczęściej przypadkowo, wiedzeni niejasnymi motywami. W prawdziwym życiu nie ma zbrodni doskonałych, a to, co przeraża najbardziej w kronikach kryminalnych, to nie jest geniusz zła i intrygi, który znamy z książek i filmów, tylko bezsensowność i przypadkowość zbrodni.

Jesteśmy chaosem i to jest poniekąd straszne, bo chcielibyśmy/chciałybyśmy przecież widzieć siebie jako konsekwentne, logicznie postępujące jednostki, obdarzone w dodatku charakterystycznymi rysami i tożsamością. Chociaż dobrze zdajemy sobie sprawę, że nasza tożsamość to złożona sprawa, to wypadkowa naszych doświadczeń, wychowania, pochodzenia, seksualności – a część z tych rzeczy potrzebuje czasu, by się ukształtować – lubimy myśleć o niej jak o czymś niezmiennym. Oczywiście są rzeczy, których nie zmienimy. Nie zmienimy domu i środowiska, w których wyrośliśmy, bo one należą już do przeszłości. Nie zmienimy wychowania. Ale zmienić może się nasz stosunek do nich. Dziś jesteś katoliczką, jutro nie wierzysz w nic. Dziś akceptujesz narzucone ci przez wychowanie role społeczne, jutro z nimi walczysz. I to już jest ewolucja w tożsamości. Cios w jej niezmienność i stałość.

O ile byłabym w stanie powiedzieć o mojej tożsamości takiej jaka jest tu i teraz, to nie mogę przecież ręczyć za nią w przyszłości. To jest coś, co się buduje, czasem przez całe życie. Raczej narasta, dodaje się, sumuje, niż traci. Ale czasem jednak traci, tylko nie całkiem i nie tak od razu.

Gdy więc mam odpowiedzieć na pytanie, czy urodzenie dziecka sprawiło, że poczułam iż tracę coś z mojej tożsamości, to mówię, że nie. To tylko coś do niej dodało. Zastanawiam się, czy myślałabym podobnie, gdyby macierzyństwo było dla mnie negatywnym doświadczeniem. Nie umiem udzielić odpowiedzi na to pytanie. Podobne pytanie mogłabym sobie zadać w przypadku innych wydarzeń z mojego życia i wciąż nie martwiłabym się tak bardzo o składowe mojej tożsamości. I wciąż ta tożsamość byłaby dla mnie ważna. Bo ja dla siebie jestem ważna.

Co wiem na pewno, to to, że czuję radykalną nieciągłość z samą sobą. Polega to na tym, że nie rozpoznaję siebie w sobie z przeszłości. Nawet jeśli inni tego nie widzą, tak jak ja. To w niczym nie przeszkadza w posiadaniu osobowości i wierze we własną tożsamość, ale całkiem nieźle tłumaczy wszystkie moje niekonsekwencje. Myślę, że ta ludzka nieciągłość to taki mechanizm obronny. Zapora dla nadmiernego poczucia winy. Gdy nie działa zbyt dobrze, można zwariować. Gdy działa zbyt dobrze, jest się psychopatą. To też może po prostu, zwyczajna kolej rzeczy, którą zresztą chyba całkiem nieźle akceptujemy w samych sobie, czasami wcale jej nie zauważając. Może przez to właśnie, że jej nie zauważając. Dużo trudniej nieciągłość tożsamości zaakceptować jest u innych. Wierząc w porządek i spójność, odbieramy tę nieciągłość jak błąd w matrixie. Bardzo potrzebujemy rzeczy pewnych w naszych niepewnych życiach, a cóż może być pewniejszego jak tożsamość?

Komentarze (2)

  1. Dla mnie pewną stałością jest tylko tylko tożsamość historyczna. W pewnym sensie potrzebuję historii swojej rodziny i pochodzenia w określaniu siebie, mimo że realnie na nic to nie wpływa. Ale dowiedzieć się coś jeszcze o swojej rodzinie, zobaczyć miejsce, w którym zginął ktoś z rodziny, zobaczyć dawny dom rodziny – to dla mnie coś szalenie ważnego. Szukać swoich korzeni, znać je, rozwijać tą wiedzę. Reszta tozsamości jest zmienna i akceptuję to.

    1. Ada T. Kosterkiewicz says:

      o tak! w ogóle to jest bardzo pierwotna potrzeba, znajomość swoich korzeni, przodków, świadomość tego, że skądś przybywamy, a nie bierzemy się z próżni. Dla mnie to trochę pancerz przeciwko samotności. I to jest też chyba bardzo biologiczne. Chyba bardzo rzadko zdarzają się adoptowane dzieci, które w ogóle nie chcą dowiedzieć się kim byli ich biologiczni rodzice. I to ludzkie zamiłowanie do genealogii! Niby do niczego nie jest nam to potrzebne, a jednak chcemy znać tych przodków, mieć tę łączność z przeszłością, pamiętać. Może po to, żeby mieć nadzieję, że nasi potomkowie też będą o nas pamiętać i nie umrzemy tak całkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.