feminizm

#brakującapołowadziejów

brakujacapolowadziejow

To jest moja babcia Władysława przed naszym domem w latach 60. Wtedy jeszcze nie było ganku, który mój brat właśnie remontuje, i rosła wielka lipa. Gdy byliśmy nastolatkami i graliśmy w badmintona na podwórku, to nam zawsze lotki utykały na tej lipie, a babcia darła się na nas, że rozbijemy jej okno. Lotką? No ale miała wtedy już prawie 90 lat.

babcia

Babcia urodziła się 3 lipca 1911 roku i opowiadała mi, że pamięta wybuch I wojny światowej. Miała wtedy trzy lata i bawiła się w sadzie. Pewnie nie był to ten oficjalny wybuch, tylko początek zawieruchy w jej wiosce, Borownicy. Tę wioskę 30 lat później spaliły oddziały UPA, a babcia uciekała z niej przez okno z moim wujkiem przebranym za dziewczynkę, bo chłopców z miejsca mordowano. Dziadek od kampanii wrześniowej przebywał w niewoli. Już wcześniej straciła przez wojenną biedę czteroletnią córkę. Moja mama, urodzona po wojnie na ziemiach odzyskanych, dostała po siostrze, której nigdy nie poznała, drugie imię. Po tej wojnie, na tych nowych ziemiach, babcia nauczyła się jeździć na rowerze. Za stodołą, żeby jej nie podglądali. W 89, gdy byłam w I klasie, a babcia miała prawie 80 lat, czasem przyjeżdżała na nim po mnie do szkoły.

Moja druga babcia też miała na imię Władysława i też podczas wojny straciła dziecko. Mój ojciec, którego urodziła w niemieckim obozie, dostał po tym bracie pierwsze imię. Mnie to nazywanie dzieci imionami po zmarłym rodzeństwie wydaje się upiorne i bolesne, ale być może dla nich był to pewien sposób na ból. Babcia urodziła się 26 marca 1916 roku. W latach 30., gdy była nastolatką, razem z siostrami wyjechała za chlebem na Łotwę. To były bardzo odważne dziewczyny. Nie wiem, czy to tam spotkała dziadka, mogło to być tam, a mogło zupełnie gdzie indziej. Wie pewnie moja ciotka Bronisława, córka jej siostry, Janki. Ciotka Bronka ma iście kronikarski zmysł, zna wszystkie historie rodzinne i opatruje długimi opisami wszystkie zdjęcia w swoich albumach, nawet zdjęcia kota. Muszę ją namówić, żeby kiedyś napisała książkę o babciach, albo raczej muszę namówić moją matkę, żeby ją do tego namówiła. Moja matka z Bronką od lat piszą do siebie listy, takie prawdziwe.

Dziadek był od babci siedemnaście lat starszy. Babcia w tym małżeństwie urodziła siedmioro dzieci, chociaż figurę całe życie miała taką, że trudno było uwierzyć, żeby wyszło z niej chociaż jedno. W ‘89 roku, gdy miałam siedem lat, byłam na jej drugim weselu. Dziadek, którego nigdy nie znałam, nie żył już ponad dwadzieścia lat.

Była jeszcze Stefania, babcia mojego męża. Rocznik ‘23. Gdy zaczęła się wojna, Niemcy zabrali jej ojca. Był policjantem. Nigdy nie dowiedziała się, co się z nim stało. Miała kilkanaście lat, gdy wywieźli ją do pracy w Niemczech. Straciła tam zęby, znalazła męża. Czy poznali się jeszcze w obozie, czy już po wyzwoleniu, trudno powiedzieć, bo Stefania w swoich w większości swoich opowieści miała różne wersje.

Kiedy do niej przyjeżdżaliśmy, zawsze posyłała nas do sklepu po pół kilo sera. Mimo że w lodówce był ponad kilogram, a my nie przepadaliśmy za tym z dziurami. Po jej śmierci, jeden z jej synów dokopał się do informacji o wojennych losach jej męża i ojca. To zaledwie skrawki, ale kartka z odpisem od historycznego detektywa krąży po rodzinie jak relikwia. A ja myślę sobie, że historia Stefanii to nie były skrawki i trzeba było bardziej jej słuchać, nawet jeśli jej opowieści mieszały czasami prawdę z tym, jak czasem pokracznie tę prawdę zapamiętujemy, to były przecież najprawdziwsze. Bo były jej.

#brakującapołowadziejów to akcja hasztagowa wymyślona przez Annę Kowalczyk, autorkę książki o historii kobiet na ziemiach polskich. Historii zapomnianej i wymazywanej, bo uważanej za tę mniej ważną. W ramach tej akcji opisywane są postaci niezwykłych Polek, które nas inspirują. Ale też tych całkiem zwykłych. Bo dużo rozmawiamy o Curie-Skłodowskiej, Dulębiance, Sendlerowej czy Rutkiewicz, ale głos naszych anonimowych przodkiń, które nie robiły rzeczy spektakularnych z punktu widzenia wszechświata, ale z naszego punktu widzenia opowiadały nie mniej ciekawe historie, jest równie ważny. Bo pozwala zrozumieć, co to znaczyło urodzić się kobietą w innych czasach i często w innych klasach społecznych. W miejscach i wśród ludzi, którzy nie mieli głosu i nie pisali oficjalnej historii, której uczą nas podręczniki. Dlatego tak bardzo cieszą mnie dwie książki, które ukazały się w ostatnich miesiącach: “Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w trakcie II wojny światowej” Joanny Ostrowskiej i “Służące do wszystkiego” Joanny Kuciel-Frydryszak. Mam nadzieję, że to dopiero dobry początek i otwarcie dla wielu publikacji nie tylko o wielkich Polkach.

Dziś mija sto lat od dnia, w którym kobiety w Polsce uzyskały prawa wyborcze. Wczoraj wrzuciłam na instagrama krótką opowieść o mojej babci, tej ze zdjęcia. Spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem, dlatego też napisałam ciąg dalszy. Bo babcie w końcu miałam dwie. A tak trochę nawet trzy. Większość z nas je ma lub miała i pewnie większość z nas słuchała ich zbyt mało. I nie myślę tu o słuchaniu się, gdy mówiły, żeby zakryć plecy, bo nas przewieje, chociaż na dworze trzydzieści stopni. Tego akurat nie żałuję. Chodzi o to, że te historie babć zawsze wydawały się mniej od opowieści o tym, co w tym czasie spotykało dziadków, którzy gdzieś tam na froncie walczyli, ginęli, trafiali do niewoli. Opowieści kobiet wydają się drugoplanowe, bo jako masa ludzka nie występują w podręcznikach. Ale przecież dobre wiemy, że takie nie są.

Potrzebujemy kobiecej perspektywy. W ogóle potrzebujemy szerszej perspektywy. Płciowej, klasowej, etnicznej. I w mówieniu o przeszłości i w mówieniu o tu i teraz. Tymczasem perspektywa, która dominuje to wciąż opowieść białego mężczyzny z klasy wyższej, czasem średniej. A opowieści o królach i rycerzach są może i ciekawe, ale są zupełnie nie o nas.

Komentarz (1)

  1. skursywieni says:

    A w mojej rodzinie jest odwrotnie, bo to rodzina silnych, długowiecznych kobiet poświęcających się dla słabych mężczyzn, i to kobiety u nas pisały i opowiadały historię. Moja prababcia, rocznik ’25, w czasie wojny pracowała przymusowo na niemieckim gospodarstwie, skąd podstępem uciekła i jakoś między armią niemiecką a czerwoną przedarła się do Warszawy. Całe życie opiekowała się mężem-alkoholikiem, rozwiedzioną córką i wnuczką. Druga prababcia przez wojnę straciła czwórkę dzieci, ale trójkę odchowała, i jej córka jako pierwsza w rodzinie zdobyła wykształcenie, żeby potem zostać nauczycielką i angażować się w Solidarność. Ona wybudowała mój dom, który pochłonął jej całą młodość i zdrowie. A moja mama też jest nauczycielką i zbiera rodzinne historie, więc dla mnie historia jest stanowczo kobietą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.