życie

Ironia, sarkazm, cięta riposta

schody 925x540 - Ironia, sarkazm, cięta riposta

Często narzekam, że ludzie nie rozumieją ironii. Bo fakt, często nie rozumieją i to boli, bo niby inteligentni. Z drugiej strony, dopada mnie myśl, że stosujemy jej zbyt wiele. Ironii. I sarkazmu. I ciętej riposty. Są dobre, są mocne, są w cenie. Dodają wypowiedzi celności, a wypowiadającym animuszu. Tylko, że czasem o wiele lepiej powiedzieć coś całkiem wprost.

Czasami myślę, o tym, jak żyć, ale zdecydowanie częściej zastanawiam się jak mówić i jak pisać. A także jak nie mówić i jak nie pisać. Gdybym miała wymienić jedną rzecz, która irytuje mnie w języku współczesnych, to byłaby właśnie ta nadmierna skłonność do ironizowania. Te popisy sarkazmu. I nade wszystko dyktat ciętej riposty.

Żeby nie było, sama bez przerwy wpadam w tę pułapkę. Jak każdy człowiek, a przynajmniej każdy człowiek w dyskusjach w internecie, chciałabym mieć ostatnie zdanie. Zakończyć je ciętą ripostą. Zmiażdżyć przeciwnika słowem. Zawstydzić go ironią. Jeśli trzeba, wyśmiać jego indolencję potężną dawką sarkazmu. Albo, gdy nie jest między nami na noże, uświadomić coś, poradzić, zachęcić do myślenia, zawstydzić, ale tak zawstydzić dla dobra tego człowieka. Zwykle tego nie robię, jednak mam nieodparte wrażenie, że tak należy. Tak pisać i mówić się powinno, bo wszyscy to robią. Licytują się, kto operuje tymi środkami lepiej. Niektórzy piszą tak komentarze na fejsie, inni teksty na blogach, jeszcze inni całe książki. W momencie masy krytycznej, gdy uświadamiasz sobie, że prawie nikt już nie mówi inaczej, dociera do ciebie, że chyba nie tędy droga. I to nie tylko dlatego, że te zabiegi upchane w każdym zdaniu znudzą cię i zmęczą.

Ironia, sarkazm i cięte riposty to trochę takie nowe metafory. W pewnym sensie ich używanie jest sztuką, ale jedne i drugie w nadmiarze są nie do zniesienia. Tymczasem są sytuacje, gdy lepiej byłoby powiedzieć wszystko wprost. Ale wcale nie tak łatwo jest mówić wprost, zwłaszcza, że nic tak nie utwierdza mówcy w poczuciu własnej zajebistości, jak cięta riposta.

Piszę to wszystko dlatego, że odczuwam jakiś totalny przesyt. Przesyt mówienia i pisania w ten sposób. Może to tylko moje przewrażliwienie, może to o jeden napisany w ten sposób tekst za dużo, po którym coś we mnie pękło, a może coś jest na rzeczy i nie tylko ja czuję się z tą przypadłością nieswojo.

Bo czasem wpadamy w ten ironiczny ton w słusznej sprawie. Walimy żartami i ripostami z rękawa, by kopnąć kogoś w tyłek, by kogoś zmobilizować, zmotywować, otworzyć oczy. A może jednak lepiej byłoby to zrobić delikatniej. Bo wychodzi na to, że delikatniej to jest po prostu powiedzieć coś wprost. Bo tym naszym zajebiście doszlifowanym, ciętym językiem, nie owijamy niczego w bawełnę, za to owijamy w drut kolczasty. I ten język w tych delikatnych sytuacjach nie jest niczym innym jak tylko formą podszytej dobrymi intencjami agresji. I jasne, że na pewnych ludzi to podziała. Zmobilizuje ich, otworzy im oczy. Jeszcze nam przyklasną. Ale na innych podziała jak płachta na byka.
W najlepszych wypadku. Nie powiem, na mnie czasem tak to właśnie działa.

Komentarz (1)

  1. aaaaaaaaaaa!!!!! totalnie się zgadzam! a w ogóle jest też tak, że przebywanie z kimś ironizującym jest na dłuższą metę bardzo męczące. bycie królem ciętej riposty – też. bo sarkazm, ironia to agresja, a agresja jest męcząca dla obu stron. dobry tekst.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *