kultura

Zimna Wojna, czyli jak koncertowo spieprzyć sobie życie

zimna wojna 925x540 - Zimna Wojna, czyli jak koncertowo spieprzyć sobie życie

Tak, wiem. Od premiery “Zimnej Wojny” minęło już parę dobrych tygodni, a ja teraz wyskakuję Wam tutaj z recenzją. Ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Wszyscy już widzieli, a mnie dopiero teraz udało się wyjść do kina i skonfrontować swoje przemyślenia z cudzymi obietnicami. Obietnice były spore, a że przemyśleń jest wiele, tekst powstać musiał.

Zimna Wojna to film wizualnie zachwycający i stylowy do tego stopnia, że ma się ochotę natychmiast zamieszkać na jakimś paryskim strychu i szlajać się po knajpach, by słuchać jazzu. Ogląda się go z przejęciem i nieodpartym wrażeniem obcowania z klasykiem, albo przynajmniej czymś, co ociera się o klasykę. Trochę tak, jakby w jednym filmie spotkała się szkoła polska z włoskim neorealizmem i francuską nową falą. Albo chciały się spotkać. Nie zrozumcie mnie źle, wcale się nie nabijam. No może trochę. To piękny film. Ale mam do niego mnóstwo zastrzeżeń.

zimna - Zimna Wojna, czyli jak koncertowo spieprzyć sobie życie

Jak koncertowo spieprzyć sobie życie

Ostatecznie “Zimna Wojna”, wycinając z niej wszystkie “ale”, to film bardzo satysfakcjonujący. W satysfakcjonujący sposób pokazuje, jak koncertowo spieprzyć sobie życie. Lubimy to oglądać, prawda? Robi to w dodatku w sposób bardzo uniwersalny. Oczywiście historia nie byłaby tak dramatyczna, gdyby nie rozgrywała się w stalinowskiej Polsce. PRL działa tu jak los, fatum, (w końcu okrucieństwa na miarę greckiej tragedii zobowiązują!) ale bohaterowie nie są bezwolni. Koszmarne czasy przeszkadzają Zuli i Wiktorowi w byciu razem tylko trochę. Najgorsze rzeczy robią oni sobie sami i to wtedy, gdy widmo powojennej Polski jest daleko. To jest bardzo ludzkie i bardzo piękne w tym filmie. I tak do bólu prawdziwe. Tylko momentami trudno w to wszystko uwierzyć.

Po pierwsze: motywacje

Paweł Pawlikowski kręci filmy tak, jakby nigdy nie wyjechał z Polski, chociaż sporą część życia, również zawodowego, spędził w Wielkiej Brytanii. Powiem Wam szczerze, że nie wiem czy to dobrze, że tak właśnie kręci. Bo w jego filmach mnóstwo jest typowych błędów polskich filmów. I nie mam tu na myśli problemów z dźwiękiem (w “Zimnej Wojnie” złego dźwięku akurat nie było). Myślę przede wszystkim o tej cholernej konieczności domyślania się. Żeby nie powiedzieć wprost: celowej skrótowości i lukach w fabule. Jasne, to bywa dobry zabieg, czasem jest nawet konieczny, czasem robi opowiadanej historii dobrze. Ale nie robi dobrze, gdy domyślać trzeba się motywacji głównych bohaterów. Mnie bynajmniej takie domyślanie się wcale nie bawi, wręcz irytuje. Tutaj zdecydowanie zbyt wiele rzeczy, które chciałabym widzieć, wydarza się poza kadrem.

Tymczasem para kochanków z “Zimnej Wojny” robi rzeczy czasami tak bezmyślne i głupie, że tłumaczenie ich miłością, wielkim wzburzeniem, czy też nieumiejętnością bycia razem to nie jest wystarczające. Szczególnie w świetle ich innych decyzji. Wiemy o nich jednak bardzo mało, zbyt mało, by rozumieć, co tak naprawdę kieruje nimi, że zachowują się tak, a nie inaczej.

I jeśli jeszcze do, granej koncertowo przez Joannę Kulig, Zuli Pawlikowski podrzuca nam jeszcze jakieś trop: nakreśla jej pochodzenie i kryminalną przeszłość, tak o Wiktorze (Tomasz Kot) nie wiemy nic ponad to, że jest, jak to określa Zula, “burżujem”. Możemy tylko domyślać się jakiejś wojennej traumy, ale nic nie wiemy. Psychologicznie Wiktor jest poniekąd pusty. Pięknie cierpi grając smutne kawałki w klubie jazzowym i zataczając się na ulicy jak jakiś ostatni Werter, ale czegoś mi w nim brakuje. Motywacji, to raz. Dwa, konsekwencji. Zula jest postacią konsekwentną. Jej decyzje, chociaż dyktowane wielkimi emocjami, są pewnym logicznym ciągiem, chociaż jej motywacje wciąż pozostają na ekranie ukryte. Wiktor zachowuje się bez sensu i mam nieodparte wrażenie, że zachowuje się tak, by historia była bardziej dramatyczna.

zimna wojna kulig - Zimna Wojna, czyli jak koncertowo spieprzyć sobie życie

Generalnie dramat

A wszystko to dlatego, że Pawlikowski bynajmniej nie ma zamiaru grać w “Zimnej Wojnie” cichych nut. Jasne, mamy pozbawione słów sceny, w których bohaterowie wymownie patrzą sobie w oczy i są przez chwilę smutni zupełnie po cichu. Ale generalnie to jest dramat. Stężenie tragedii bliskie najokrutniejszym pomysłom greckich pionierów teatru. Pawlikowski znęca się nad Zulą i Wiktorem, mnoży tragedie z finezją godną George’a R.R. Martina w “Grze o tron” w myśl idei, że jeśli można dowalić bohaterom bardziej, należy to zrobić. Nawet jeśli równie smutno, równie tragicznie i być może w identyczny sposób mogłoby się to wszystko zakończyć bez tego potęgującego grozę elementu dramatu. A jest tu pewien element dramatu, który zwyczajnie zgrzyta. Element, który jest jednym krokiem za daleko. Bo zdecydowanie za bardzo wymyka się konsekwencji zachowań bohaterów.

Odwrócenie ról? Tylko pozornie

Jest jeden ciekawy zabieg w “Zimnej Wojnie” wobec którego nie mogę przejść obojętnie. Otóż to mężczyzna jest tym, który tutaj czeka. Nie możemy oczywiście mówić o czekaniu w tradycyjnym tego słowa rozumieniu, bo ani On ani Ona bynajmniej nie żyją w celibacie. Wiktor jest stroną bierną. Działa, inicjuje, ale głównie czeka.

I to z jednej strony bardzo odświeżające spojrzenie. Ale zmiana jest dość pozorna, bo to jednak z jego perspektywy poznajemy tę historię. Oglądamy jego życie bez niej (chociaż z tego oglądania wiele nie wynika, bo wciąż nie rozumiemy jego motywacji), w które od czasu do czasu wpada Zula i robi rewolucję. Ale nie oglądamy jej życia bez niego. Chociaż to ona jest stroną czynną. To ona jest tą fascynującą, szaloną postacią i szczerze mówiąc wolałabym oglądać tę historię z jej perspektywy, w której zdecydowanie mniej jest werteryzmu, a więcej pragmatyzmu (który jest o niebo ciekawszy!), co w żadnym wypadku nie ujmuje tragizmu sytuacji.

zimna paris - Zimna Wojna, czyli jak koncertowo spieprzyć sobie życie

Post scriptum. Zupełnie nieoczekiwana refleksja

Na koniec myśl, która została ze mną po seansie “Zimnej Wojny” najdłużej. Nie ma ona nic wspólnego z miłością. Otóż tłem dla historii związku Zuli i Wiktora jest powstanie zespołu pieśni i tańców ludowych “Mazurek” (zespół fikcyjny, ale możemy domyślać się, że jego pierwowzorem jest słynne “Mazowsze”). Wiktora poznajemy w chwili, gdy z grupą innych zapaleńców (i jednego partyjniaka) jeździ po zapadłych polskich wsiach i nagrywa utwory kultury ludowej. Gromadzi dziedzictwo folkloru, utrwala to, co autentyczne i być może za chwilę już znikające. Zulę poznajemy, gdy bierze udział w przesłuchaniach do nowopowstającego zespołu. Potem oglądamy występy zespołu. Szyte na miarę kostiumy, ostre makijaże, tańce ćwiczone pod okiem profesjonalnej nauczycielki baletu. Tour po wszystkich krajach demoludu, w końcu piosenki o Stalinie włączone do repertuaru.

I myślę sobie, czy te wszystkie Mazowsza, Śląski i inne zespoły w pewnym stopniu nie zabiły tej kultury. Utrwaliły piosenki, oczywiście. Bez nich być może byśmy ich dziś nie znali. Ale fakt, że myśląc o polskim folklorze stają nam przed oczami układy choreograficzne Mazowsza w pewnym sensie smuci.

Czy nie jest tak, że próbując ocalić kulturę ludową od zapomnienia, włączając ją w odarty z autentyzmu sposób do kultury oficjalnej, nadając jej rys dziedzictwa narodowego, a przy okazji cepelii i komercji, nie wbito jej gwoździa do trumny?

I dotyczy to nie tylko muzyki. I nie tylko Polski. To zjawisko okradania, które pod różnymi postaciami obserwować można na całym świecie. Czasem jest to oficjalny państwowy zespół pieśni i tańca, a czasem inspirowana folklorem kolekcja Diora.

I wiecie co? Chyba tak naprawdę wolałabym, żeby ten film to był o tym „Mazurku” i wszystkich tych rzeczach, które napisałam w post scriptum niż o pieprzących życie związkach. To mógłby być o wiele ciekawszy film!

  1. Mam dokładnie takie same odczucia. Technicznie ten film jest świetny: piękne zdjęcia, wspaniałe aktorstwo, dobre aranżacje wciąż tego samego utworu itp. Ten film fantastycznie opowiada o muzyce i kulturze, ale co do pary głównych bohaterów… Dla mnie to nie była żadna opowieść o wielkiej miłości. Ci ludzie prawie ze sobą nie rozmawiają, nie troszczą się o siebie nawzajem, nie wnoszą do swojego życia niczego dobrego. Ten związek jest po prostu toksyczny i przykre jest patrzenie na to, jak powoli niszczy tę dwójkę. W dodatku trudno zrozumieć, co takiego w sobie widzą. Wygląda to tak, jakby łączyła ich jedynie namiętność, więc po co to wszystko? Zdecydowanie bardziej by mi się to podobało, gdyby akcent został przeniesiony właśnie na to, co dotyczy zespołu Mazurek i tych wszystkich przemian, które sprawiły, że ta sama piosenka najpierw brzmiała szorstko i może niezbyt pięknie, ale były w niej emocje, dusza i pewne dziedzictwo, a stopniowe szlifowanie sprawiło, że na koniec brzmiała znacznie lepiej i była przyjemniejsza dla ucha, ale stała się pusta i wyprana z emocji, jak wydmuszka.

    1. Ada T. Kosterkiewicz says:

      Dla mnie w ogóle cały ten film jest trochę taką piękną wydmuszką. A o ludziach, których łączy tylko namiętność też można opowiadać ciekawie i są z tego nawet dobre filmy. Tu jednak cały czas próbują nas przekonać, że chodzi o wielką miłość, tylko problem w tym, że słabo przekonują.

      1. O to, to. Właśnie o to mi chodziło: nie o to, że nie da się dobrze opowiedzieć o destrukcyjnej namiętności, ale o to, że tutaj ta namiętność ma uchodzić za prawdziwą, piękną miłość. Tyle że tak naprawdę nie ma w niej nic pięknego.

  2. Z jednej strony zachwyciłam się zdjęciami, muzyką i całą estetyką filmu, a z drugiej ten film mnie nie wzruszył. A ja jestem z osób, które płaczą na filmach na potęgę, ale tu tej iskry nie miałam. Pięknie podane cacko, ale scenariusz niedopracowany.
    Też brakował mi w filmie życia Zuli bez Wiktora. Co czuła po tym jak nie uciekła z nim? Co czuła gdy wychodziła za mąż? Co czułą gdy wróciła do Polski?

    1. Ada T. Kosterkiewicz says:

      no własnie! Ja się czuję w ogóle oszukana sposobem przedstawienia tych postaci. Bo Zula ma i historię i charakter i aż chciało by się, żeby nam pokazali, co ona czuje. Widzimy za to, co czuje Wiktor, ale jemu z kolei brakuje rys i charakteru.

  3. Oglądałam ten film. Najbardziej podobałam mi się gra Kulig i Kota, wątek Kuleszy jakby się nagle urwał, a początek filmu, to taki jakiś jakby dokręcony z czegoś innego.

    1. Ada T. Kosterkiewicz says:

      tak, w ogóle postaci drugoplanowe są traktowane bardzo po macoszemu, chociaż doceniam to, jak poprowadzona została postać grana przez Szyca: ma początek, rozwinięcie i koniec, ma też w sobie chyba najbardziej poruszający w tym filmie rodzaj smutku, i udało się to wszystko pokazać pomimo bardzo skrótowej formy i dość stereotypowego potraktowania. Widzieliśmy go na ekranie tylko kilka razy, ale ma się poczucie, że wie się o nim wystarczająco dużo i, że to jest żywy człowiek. I ja w tę postać uwierzyłam, w Zulę i Wiktora nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.