Kobieca solidarność. To jak to z nią jest, dziewczyny?

kobieca solidarnosc - Kobieca solidarność. To jak to z nią jest, dziewczyny?

Stereotypy płciowe mają to do siebie, że czasami lubią śmiesznie sobie przeczyć. Są na przykład dwa sposoby, by dopiec kobietom: zarzucić im, że kierują się solidarnością jajników, albo …że brak im solidarności. Wszystko zależy od kontekstu. To jak to w końcu jest z tą naszą solidarnością?

Zacznijmy od tego, że solidarność jest ważna. Tak po ludzku ważna, nawet jeśli to słowo zostało zdewaluowane przez ludzi, którzy zrobili z niego wyświechtany slogan. Solidarność powinna być jak odruch, ale to wcale nie jest łatwe. Czynienie komuś zarzutów z powodu solidarności innymi, jeśli nie dotyczy przypadków ukrywania, tuszowania czy zaprzeczania jakimś niecnym czynom (czyli nie solidarności, tylko patologii), jest po prostu słabe.

Solidarność macic

Gadanie o solidarności macic, czy też jajników to głupie gadanie. Swoją drogą, bardzo nie lubię tych określeń, bo poza tym, że mają zabarwienie jednoznacznie pejoratywne, są też wykluczające. Sprowadzają kobiety do genitaliów, podczas gdy kobiecość to nie tylko cipka z przyległościami. Nie musisz być biologiczną kobietą, żeby być kobietą. Żeby nie było, tak samo nie podoba mi się określenie solidarność penisów. Ale to taka dygresja. Zarzucanie kobietom, że są zbyt solidarne (i w dodatku solidarne bezpodstawnie!) ma na celu ni mniej ni więcej jak deprecjonowanie ich zdania i działań.

Te zarzuty brzmią najśmieszniej zestawione z zarzutami o brak solidarności. I czasem padają z ust tych samych ludzi.

Tymczasem my dziewczyny powinnyśmy się trzymać razem. Powinnyśmy się wspierać. Bardziej niż chłopaki. Chłopakom trudniej to zrozumieć. Nie kumają na przykład po co nam specjalne organizacje np. dla kobiet programistek. Przecież oni nie mają podobnych klubów dla facetów programistów. Do dziś pamiętam to pytanie zadane przez Pawła Tkaczyka na spotkaniu Geek Girls Carrots. A odpowiedź jest prosta. Nie mają, bo nie muszą. Nie rozumieją tego, bo domyślnie to jest tak, że z facetami trzymają i mężczyźni i kobiety. Oni muszą się rozpychać łokciami trochę mniej. I często jest tak, że kobiety rezygnują z solidarności, by przypadkiem nikt je o nią nie posądził. Bo „solidarność jajników” to wrogość w stosunku do mężczyzn? Jak w starej dobrej „Seksmisji”? No nie.

IMG 4556 - Kobieca solidarność. To jak to z nią jest, dziewczyny?

 

Solidarność to ideał. Ideały mają to do siebie, że się do nich dąży, ale trudno je osiągnąć

Posiadanie ideałów jest też utożsamiane z naiwnością. To cyniczne myślenie, które prowadzi donikąd.

Niestety zarzuty o brak kobiecej solidarności nie są całkiem bezzasadne. Gdybyśmy były ze sobą tak całkiem solidarne, nie byłoby osób takich jak Kaja Godek i w ogóle całego zjawiska strażniczek patriarchatu. Nie byłoby slut-shamingu (wyzywania od suk) i matek matkom wilkami. I to wcale nie jest tak, że kobiety nie potrafią się ze sobą dogadać ze względu na całych zestaw stereotypowych kobiecych cech, które najłatwiej nam wypomnieć przy okazji wypominając rzeczony brak solidarności.

Raz na jakiś czas, zwykle w sytuacjach zagrożenia, solidarność się w nas budzi i to jest dobre i ważne. Pięknie byłoby mieć jej więcej na co dzień. Ale to nie jest łatwe. A powody tego stanu rzeczy są złożone.

100 procent solidarności? Czy to realne?

Nie twierdzę, że nie powinnyśmy do tego dążyć, ale nie ma co się dziwić, gdy czasami coś na tym kanale nie styka. Zacznijmy od tego, że patriarchat wychowuje nas na rywalki. Od małego. A czasem nawet na swoje strażniczki.

Ale to nie wszystko.

Bo oprócz tego, że jesteśmy kobietami, jesteśmy też ludźmi i jesteśmy uwikłane w o wiele więcej rzeczy niż kwestie płci.

Ludzie mają różne interesy, często sprzeczne. A kobiety to ludzie. Jasne, są sprawy w których powinnyśmy trzymać wspólny front, powinnyśmy się uczyć solidarności i powinnyśmy się uczyć zrozumienia. Uczyć to jest słowo klucz, bo to nie są rzeczy, które mamy zakodowane w DNA. I znów powtórzę: nie jako kobiety, jako ludzie.

Oczywiście, że więcej nas łączy niż dzieli, ale różnie patrzymy na świat, wywodzimy się z różnych środowisk, różne czynniki wpływają na nasz światopogląd. I to ma znaczenie. Dotyczy to też feminizmu. Ma on różne oblicza i nigdy nie będzie monolitem, bo być nim nie może. Byłoby super działać ponad podziałami, żeby w końcu przegonić patriarchat, ale jeśli jesteś realistką i sprawną obserwatorką wiesz, że czasami to nie jest łatwe.

Trzeba się się uczyć, próbować zrozumieć, próbować myśleć ponad uprzedzeniami. A czasem też przyznać do błędu.

Najbliżej mi do teorii zakładających, że największe różnice biorą się głównie z podziałów klasowych. W USA główną osią podziałów między feministkami jest rasa: pojawia się wiele zarzutów wobec białych feministek, dotyczących tego, że nie rozumieją punktu widzenia i problemów (są ślepe na nie) kobiet o innych kolorach skóry. W dużym stopniu pokrywa się to też z podziałami klasowymi, bo te białe amerykańskie feministki utożsamiane są z klasą średnią. W Polsce, ze względu na niewielką reprezentację osób o innym niż biały kolor skóry, kwestia klasy wydaje się najistotniejsza. W polskim feminizmie widać to na przykładzie sporów, które raz na jakiś czas wypływają między Kongresem Kobiet a środowiskami okołomanifowymi. Nie jest to do końca taki prosty podział na biedne i bogate, często wiąże się on z utożsamianiem się z daną klasą, być może aspiracjami, również poglądami na ekonomię i poglądami politycznymi, więc sformułowania „różnice klasowe” w odniesieniu do konkretnych środowisk feministycznych używam w pewnym uproszczeniu. Gdy myślę po prostu o kobietach, to uproszczenie jest jednak mniejsze.

Na tym polu najczęściej widać wzajemne pretensje i zarzuty. Z ich powodu padają zarzuty o brak solidarności. Ale to nie jest tekst o konkretnych sporach między Kongresem a Manifą.

wys - Kobieca solidarność. To jak to z nią jest, dziewczyny?

Klasy to nie wszystko.

Różni nas wiek.

Doświadczenia życiowe.

Wychowanie.

Poglądy polityczne.

Poglądy religijne.

Różnimy się też wrażliwością i poziomem empatii.

Punktem siedzenia i tym, co mamy w głowach.

Mnóstwem rzeczy.

Osobie heteronormatywnej nie jest łatwo wczuć się w sytuację osoby LGBT+.

Osobie pełnosprawnej nie jest łatwo zrozumieć sytuację osoby z niepełnosprawnością.

Osobie bezdzietnej nie jest łatwo wyobrazić sobie bycie matką.

Wymieniać można długo.

Różnimy się.

Często mamy w głowach zakodowane mylne wyobrażenia i uprzedzenia. Często dokonujemy projekcji własnych doświadczeń na innych ludzi. I to też utrudnia nam bycie solidarnymi z innymi kobietami i z innymi ludźmi.

Ale to wcale nie jest tak, że różnice wykluczają solidarność. Właśnie ze względu na to, że się różnimy, solidarność – taka, która dotyka spraw naprawdę podstawowych – jest tak ważna, bo solidaryzując się z ludźmi w różny sposób innymi niż my, robimy coś ważnego dla równości. Ale to nie jest łatwe. Do tego trzeba odrobiny wysiłku. Odrzucenia uprzedzeń i często wyjścia poza sposób myślenia, który czasami mamy wryty w głowy jak gotowy szablon. Otwarcia na ludzi i słuchania ludzi. Uczenia się od nich. A potem działania, które nie sprawi, że solidarność w naszych ustach to będzie tylko wyświechtany slogan.

Zobacz także

2 Comments

  1. Dobrze, że zwracasz uwagę na problem, aczkolwiek trudno mi go sobie osobiście uświadomić, bo ani nie angażuję się w feminizm, ani w żadne akcje polityczno-społeczne, jestem raczej outsiderem, nie poczuwam się do bycia członkiem żadnej grupy, frakcji… Ale masz rację, że kobiety bardzo dzieli klasa społeczna i styl życia. Ja się nie umiem solidaryzować np. z młodymi matkami, bo nie znoszę dzieci i nie mam żądnych ciągot do macierzyństwa. O wiele bliżej mi do facetów studiujących ze mną na roku. Sama mówię o sobie „student” a nie „studentka”, nie mam potrzebny podkreślania swojej płci. Dlatego z solidaryzowaniem się z kobietami mi jakoś nie po drodze, nie angażuję się też w feminizm ani manify. Aczkolwiek poglądy feministyczne uważam za jedyne słuszne – bo są ludzkie.

    1. Ada T. Kosterkiewicz

      Mów o sobie jak tylko Ci się podoba! Ale wiesz, z tymi żeńskimi końcówkami to nie chodzi o to, żeby podkreślać płeć, tylko o to, żeby jej nie ukrywać (a ukrywa się tylko płeć żeńska, bo rodzaj męski jest domyślny), bo język polski się odmienia. A ponieważ my tę płeć żeńską w mowie tak ukrywamy, jesteśmy niewidzialne. Jak bardzo absurdalna jest ta sutuacja chyba najfajniej pokazuje satyryczny fanpage Mężczyzna Spełniony.

      A co do solidarności, to ja na przykład nie lubię studentów (czasami, jak są korki w mieście, bo jest 1 października i studenci autami zjechali, kto im te auta kupił? ;D to wtedy nie lubię studentów), co nie przeszkadza mi wcale solidaryzować się z nimi, gdy walczą o wolne uniwersytety. O to chodzi w solidarności, że wcale nie trzeba się lubić, żeby się solidaryzować w ważnych sprawach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj