życie

Dorośli późnego kapitalizmu

W roku osiemnastej rocznicy mojej osiemnastki, powinnam już naprawdę dawno zakończyć rozważania na temat “co to znaczy być dorosłym”. Należę jednak do pokolenia, które z pytania o istotę dorosłości uczyniło sport wyczynowy i ciągle goni tego króliczka, przy czym czasem strzela do niego z wiatrówki. Takie wrażenie można przynajmniej odnieść, czytając wszystkie te narzekania na okropnych millenialsów.

Powiedzieli nam, że dorosłość to kredyt hipoteczny, dzieci i papier legalizacyjny z urzędu (albo jak ktoś woli to błogosławieństwo od księdza). Przede wszystkim ten kredyt, bo mieszkanie trzeba mieć własne. Inaczej jesteś przegrywem. Biednym możesz być na studiach, chociaż teraz podobno i to się zmieniło, dorośli ludzie mają pieniądze. Albo przynajmniej zdolność kredytową. To drugie w sumie jest ważniejsze.

Dziecięce choroby dorosłości w rzeczywistości kredytowej

Dorośli ludzie nie mieszkają kątem. Nie mieszkają w wynajętych mieszkaniach. A z całą pewnością nie mieszkają u rodziców. I na pewno nie mieszkają u rodziców z własnymi dziećmi. Kiedyś to się nazywało rodziną wielopokoleniową, chociaż powiedzmy sobie szczerze, był to po prostu społecznie akceptowalny sposób na problemy lokalowe. Dziś ludzie załamują ręce nad zmierzchem mieszkających wspólnie wielopokoleniowych familii, jednocześnie szydząc z tych, które mają pod nosem. Taki paradoks.

Niby już wiemy, że miarą naszej wartości jako ludzi nie jest zdolność kredytowa. W końcu “13 pięter” dawno zostało opublikowane i czytujemy Magazyn Porażka. Wiemy, że dorosłość mierzona wskaźnikami ekonomicznymi to blaga, ale nie da się tak łatwo wypisać z tej gry. Wiadomo, można wyjechać w Bieszczady, ale w tych Bieszczadach to jednak wypadałoby zacząć hodować alpaki. Ale nie chodzi wcale o to, żeby się wypisać. Chodzi o to, żeby przestać w końcu zrównywać sukces (albo raczej brak porażki) ekonomiczny z dorosłością. Bo to nie jest to samo.

Dorosłość ekonomicznie jest ciężka, bo nie dość, że samodzielnie musimy zapewnić sobie byt, to w dodatku nie wszystko od nas zależy. Nie żyjemy w próżni. Uzmysłowienie sobie, że nie do końca jesteśmy kowalami własnego losu, to w pewnym sensie oznaka dorosłości, jeśli spojrzeć na takie myślenie jak na dziecięcą chorobę. Dorosli ludzie nie powinni pracować na śmieciówkach. A jednak to robią. Nie zawsze dlatego, że chcą żyć bez zobowiązań. Zwykle nie dlatego. Zresztą życie bez zobowiązań nie ma nic wspólnego z tzw. “elastycznymi” formami zatrudnienia.

Chcesz mieć dzieci czy chcesz być dzieckiem?

Zatrzymajmy się jeszcze chwilę przy dzieciach. Dzieci nie robią z ludzi dorosłych i wcale nie chodzi o to, że czasami dzieci mają dzieci. Panuje społeczne przeświadczenie, że decydując się na dzieci powinniśmy być emocjonalnie dojrzali i trudno się z tym nie zgodzić. Panuje też przeświadczenie, że na dziecko można się zdecydować, kiedy nas na nie stać. I niby słusznie, bo przecież nie chcemy, by naszym dzieciom czegoś brakowało, ale mamy tutaj kolejny paradoks. Bo z jednej strony społeczeństwo mówi nam, że dzieci świadczą o naszej dorosłości, dzieci robią z nas dorosłych. Z drugiej, żeby je mieć, zgodnie z oczekiwaniami społecznymi, musimy być dorośli (ekonomicznie).

Oczywiście trochę kłóci się to z oczekiwaniami wobec kobiet, które dzieci powinny mieć jak najwcześniej, bo ponoć to najzdrowiej, a później to już ciało nie te, chociaż gdy wsiadasz z brzuchem do tramwaju, wyglądając zbyt młodo”, nie ustąpią ci miejsca i zrugają jeszcze, że “trzeba było nóg nie rozkładać”. Ot, kolejny paradoks.

Strachy, totemy, fetysze

Wśród potworów, którymi straszy się ludzi z ambicjami dotyczącymi dorosłości, obok figury pasożyta toczącego rezydencję rodziców, na pierwszym planie znajduje się również postać kidulta. Kidult to dorosły dzieciak, który ucieka przed odpowiedzialnością, jaką reprezentują dzieci, stałe związki i inne zobowiązania, w krainę wiecznego dzieciństwa. Kidult ma co prawda hajsy, ale kupuje za nie słodycze i zabawki (dragi i drony). Typowym wcieleniem kidulta w popkulturze jest na przykład Kamper z filmu “Kamper”. To okropna postać, która nie chce brać odpowiedzialności za swoje czyny i zwyczajnie rani inne osoby, chociaż twórcy opowiadają o nim z wielką sympatią i zdaje się, że próbują przekonać widzów, że nie jest złym człowiekiem, ale w tym przekazie coś zgrzyta. Ucieczka przed dorosłością w bycie dupkiem to nie jest rozwiązanie.

Dorosłość to nie muszą być stałe związki i dzieci. Stałe związki i dzieci to są wybory życiowe. Dorosłość polega na podejmowaniu wyborów. Samodzielnie i odpowiedzialnie. Tylko tyle i aż tyle, bo tak po prawdzie to przeraża bardziej niż odhaczanie punktów na liście dorosłych must have. A my tę dorosłość fetyszyzujemy strasznie i tańczymy wokół całego lasu totemów dorosłości: tych wszystkich rzeczy typu: dzieci, praca, mieszkanie, zapominając o najważniejszym.

Fetyszyzujemy dorosłość, bo przez pragnienie dorosłości łatwiej wmówić nam potrzebę posiadania innych pragnień, przede wszystkim tych ekonomicznych. Na pewnym etapie życia, gdy wciąż jedna nogą jesteśmy w piaskownicy, bardzo chcemy byc dorośli. Wtedy kształtują się totemy. To dotyczy prawdopodobnie wszystkich pokoleń, ale z naszym zadziało się coś szczególnego. Podczas naszej edukacji, dorosłość została w dużym skrócie zrównana z posiadaniem. W szkole nie uczyli nas odpowiedzialnych zachowań seksualnych, za to na przedmiocie “przedsiębiorczość” nauczyliśmy się, że wartością jest bycie przedsiębiorczym. Przedsiębiorczy człowiek jest człowiekiem dorosłym, nie ma dla niego alternatywy, nie ma innych wartości, reszta jest przegrywem. A nieodpowiedzialny kidult, który miał zacząć nas straszyć w przyszłości, okazuje się nie być taki zły, dopóki ma hajsy.

A to wcale nie jest tak, że albo masz dzieci, albo jesteś dzieckiem. To nie jest tak, że żyjąc bez kredytu i papierka, jesteś kidultem. Jesteś po prostu człowiekiem bez tych wszystkich totemów dorosłości, tak samo dorosłych jak inni ludzie z twoją metryką.

Ostatecznie dorosłość sprowadza się do poczucia odpowiedzialności za swoje czyny. Do tego, że potrafisz przyznawać się do błędów i nie udajesz, że nic się nie stało, jeśli coś się stało. Tylko tyle i aż tyle.

No i oczywiście nie zapominajmy, że dorosły tym różni się od dzieciaka, że plakaty na ścianach zawsze wiesza oprawione w ramki.

Komentarze (3)

  1. Bardzo dobry tekst. Czasem wątpię w swoją dorosłość, bo nie mam dzieci, papierka (czy też błogosławieństwa) ani mieszkania – i co ważniejsze, nie chcę tego wszystkiego mieć. Mieszkania to akurat po lekturze wspomnianych przez Ciebie „13 pięter”, bardzo mocna książka.
    A więc nie chcę mieć tych wyznaczników dorosłości i czuję się nieco zagubiona. Bo przecież żyję na własny rachunek, utrzymuję się sama, sama podejmuję decyzje (lepsze i gorsze, wiadomo). Mam jednak wrażenie – może tak mówi mi świat? – że to moje 3 główne decyzje bywają odbierane jako ucieczka od odpowiedzialności. A przecież ja je podjęłam właśnie dlatego, że jestem odpowiedzialna i wiem, czego od życia chcę.

    1. Ada T. Kosterkiewicz says:

      Ja mam dziecko, kredyt i papierek, ale nie dlatego, że czułam presję, by je mieć. I chyba dlatego tak bardzo czuję się w obowiązku, żeby pisać, że to nie są żadne wyznaczniki dorosłości.

      1. Najważniejsze, by to wynikało z prawdziwej potrzeby, a nie presji społecznej, że „tak trzeba”, „tak robią wszyscy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *