feminizm

Catcalling to nie komplement. Chamski podryw to nie flirt

Świat po akcji #metoo podzielił się z grubsza na dwa obozy. Jeden, który z nadzieją przyjął fakt, że wreszcie nazywamy rzeczy po imieniu, a kobiety mają głos, oraz drugi załamujący ręce nad końcem epoki flirtu.

Już nigdy nie będzie można powiedzieć kobiecie komplementu bez ryzyka posądzenia o molestowanie seksualne, już nigdy nie będzie można flirtować. Oto upadają filary cywilizacji, nad czym boleją nie tylko randomowi ludzie z internetu, ale też legendy kina Catherine Deneuve i Brigitte Bardot. Tak, kobiety, które z molestowaniem w świecie filmu z dużą dozą prawdopodobieństwa kiedyś się spotkały i to w czasach, gdy molestowania nie nazywano jeszcze po imieniu, za to sama czynność była w branży filmowej całkiem powszechna.

Może to jest kwestia pokoleniowa, to niezrozumienie #metoo. W Polsce na przykład starsze i średnie pokolenie feministek (m.in. prof. Płatek czy Agnieszka Graff) krytycznie odniosło się do sprawy oskarżeń o molestowanie i gwałt wobec dwóch dziennikarzy, które opublikował “Codziennik Feministyczny” w artykule “Papierowi feminiści”. W ich polemice chodziło jednak o kwestie praworządności i domniemania winy. Jestem w stanie zrozumieć ich argumentację, przyjąć nawet za słuszną w teorii i dalej nie zgadzać się z nią na gruncie praktycznym. Z teorią flirtu nie da się dyskutować na poważnie. Dlatego, że jest zwyczajnie niepoważna. Niestety nie wyjaśnię tego francuskim aktorkom, za słabo mówię po francusku.

Chamski letni podryw

Znacie te tanie teksty w stylu “bolało jak spadałaś z nieba?”. Takie prosto z poradnika podrywu autorstwa samozwańczych internetowych guru i to tak circa 2005. W teorii masz się zarumienić od tych komplementów i być gotową na rychły seks. Jak nie, to jesteś podła suka niczym Izabela Łęcka (pozdrawiam maturzystów). W praktyce, w najlepszym razie jesteś zażenowana. W gorszym, czujesz się osaczona. Droga od zażenowania chamskim podrywem do poczucia osaczenia i strachu nie jest bynajmniej daleka. Do tego drugiego przybliża nachalność, determinacja i kompletny brak zrozumienia dla twoich granic. Część mężczyzn nie potrafi wyczuć, kiedy te granice przekracza. Co gorsza, wielu uważa, że ich nie przekracza, nawet jeśli informujesz ich o tym zupełnie wprost. Rebecca Solnit, autorka “Mężczyźni objaśniają mi świat”, pisze w swoich esejach o “prawie do seksu” – przekonaniu niektórych mężczyzn, że mają prawo uprawiać seks z kobietą bez względu na to, czy ona sobie tego życzy, czy nie. To poczucie, że seks jest czymś, co jednym się należy, a inni (inne) mają obowiązek go świadczyć. Od tego pojęcia wyprowadziłabym inne, bardziej ogólne: prawo posiadania. Posiadania kobiecego ciała niejako z automatu. Są mężczyźni, którzy uważają, że kobiece ciała po prostu im się należą – nie tylko po to, by uprawiać z nimi seks, ale również po to, by bez skrępowania je komentować albo o nich decydować – nie respektują twoich granic, mają gdzieś to, co myślisz i czujesz.

Kiedyś myślałam, że faceci, którzy grają w ten nieudolny, żenujący podryw to smutne jednostki, którym zwyczajnie brakuje pewności siebie. Wiecie, te stereotypowe wymoczki podpierające ściany, męskie wersje kopciuszka. Kolesie, którym nie wychodzi z kobietami, którzy nie wiedzą jak z nimi rozmawiać. Mężczyźni desperaci, na których naiwności żerują coache letniego, chamskiego podrywu. W pewnym stopniu to prawda. Ale gdy kończy się żenada, a zaczyna osaczenie, kiedy twoje granice zostają naruszone, to przestaje być smutno, robi się niebezpiecznie. I fakt, czy zachowanie to podszyte jest niepewnością, czy nadmierną pewnością siebie, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Znaczenie ma fakt, że ktoś tu wyrósł w przekonaniu, że po prostu mu się należysz. Należysz się mu, bo powiedział ci coś, w jego mniemaniu miłego. Jeśli ty nie uważasz tego za komplement, to coś z tobą nie tak. Należysz się mu, bo postawił ci piwo. Bo z nim tańczyłaś. Bo uśmiechnęłaś się, kiedy powiedział, że masz się uśmiechnąć, nawet jeśli zrobiłaś to tylko dlatego, że wyrosłaś w przekonaniu, że musisz to zrobić. Kiedy byłam dużo młodsza, uśmiechałam się, zagryzając zęby, bo przecież nienawidzę uśmiechać się na zamówienie. Dziś już tego nie robię.

Nie wiem, czy kultura gwałtu to najlepsze pojęcie, do którego można zaklasyfikować te zjawiska. Może lepiej oddałoby je określenie kultury powinności. Powinności kobiety ma się rozumieć. Znacie to pewnie doskonale.

Gwizdanie to nie komplement. Catcalling to molestowanie. Nie zawsze znaczy nie.

Cara Corrigan, 21-letnia studentka z Filadelfii, uruchomiła w swoim mieście gorącą linię dla catcallerów, czyli facetów, którzy w chamski sposób komentują na ulicy wygląd kobiet. Przygotowała też wzory karteczek do druku z numerem telefonu. Kobieta, która poczuje się niekomfortowo przez słowne zaczepki, może wręczyć taką kartkę (z tekstem Hey! Give me a call 267-603-1172) facetowi, który ją słownie napastował, a ten po wybraniu numeru usłyszy następujące nagranie:

“You received this number because you made someone feel unsafe by catcalling them or harassing them”

Według urban dictionary, catcalling to chamskie odzywki rzucane przez mężczyzn do kobiet mijanych na ulicy, zwykle dotyczące ich ciał jako takich, lub ich poszczególnych części. Znacie to? Prawdopodobnie znacie. Ile z Was (nas!) miało odwagę powiedzieć takim kolesiom wprost, żeby dali Wam spokój. Ile z nas zwróciło uwagę gwiżdżącym za nami facetom, że nie życzymy sobie tego rodzaju uwagi, że nie czujemy się przez to piękne. Czujemy się osaczone? Pewnie paru z nich zabiłybyśmy ćwieka. Ale nie wiemy przecież, czy nie trafiłyśmy właśnie na kogoś, z kim może zrobić się mało przyjemnie, a nawet niebezpiecznie. Pomysł Cary Corrigan brzmi jak niezły sposób nie tylko na utarcie nosa catcallerom, ale też na ich (re)edukację. Jeśli chociaż jeden facet krzyczący za dziewczynami na ulicy zastanowi się nad sobą, to już jest sukces.

Oczywiście wszyscy zgadzają się, że catcalling jest zwyczajnie niekulturalny, ale to w niczym nie zmienia faktu, że jesteśmy wychowywane w kulturze, która nakazuje nam traktować go jak komplement. No wiecie, skoro gwiżdżą, to znaczy, że jesteś w grze. Jesteś atrakcyjna. Jeśli nie podoba ci się takie zachowanie, to prawdopodobnie coś z tobą nie tak. Jeśli je krytykujesz, to pewnie dlatego, że jesteś pasztetem i zwyczajnie zazdrościsz. Albo nie umiesz przyjąć komplementu.

Otóż to. Komplementy. O gorącej linii z Filadelfii dowiedziałam się z fanpage’a Amandy Waliszewskiej i tam też już w jednym z pierwszych komentarzy znalazłam znaną dobrze śpiewkę o rychłym zmierzchu cywilizacji, bo to już nawet nie można kobiety skomplementować. W wielu umysłach zamieszkuje znak równości między uwłaczającym godności komentarzem na temat wyglądu a komplementem. A tuż za nim czai się nieśmiertelne wołanie o więcej dystansu.

Catcalling to nie komplement. Komentowanie wyglądu nieznajomej osoby, w sposób, który sprawia, że ta osoba czuje się uprzedmiotowiona, to nie komplement. Żeby to odróżnić trzeba wyczucia. Naprawdę minimum wyczucia. Nie jest o nie łatwo, jeśli przyznaje się sobie prawo do posiadania każdej kobiety. Choćby przez chwilę. Choćby po to, by krzyknąć za nią na ulicy, że ma niezłą dupę. Może mieć fantastyczną dupę i doskonale o tym wiedzieć. Może też mieć z powodu swojego tyłka straszne kompleksy. Ale w ani jednym ani drugim przypadku nie poczuje się od tego krzyku lepiej.

Koniec z flirtem? Wyjaśnijmy sobie najpierw czym jest flirt

A teraz przejdźmy do tego, od czego zaczął się ten tekst, czyli do flirtu, który w świecie po #metoo ponoć jest zagrożony. Jeśli każde, nawet niewinne zachowanie o podtekście seksualnym może zostać uznane za napaść, flirtowanie robi się niebezpieczne, po prostu strach flirtować – martwią się ludzie. Tylko czy martwią się słusznie? Czy naprawdę boją się o radosne tête-à-tête, czy strzegą starego porządku, w którym kobieta nie ma prawa powiedzieć stop, gdy jej granice zostaną przekroczone, a gdy chce powiedzieć o tym głośno, jej głos jest uciszany. Być może strzegą go dlatego, że tak bardzo w niego wrośli (i wrosły!), że uznają go za normalny porządek rzeczy.

W celu wyjaśnienia pokuszę się o stworzenie definicji flirtu. Bo ja bardzo lubię flirtowanie. Flirtowanie jest okej.

To jest flirt tak, jak ja go rozumiem i jak chciałabym go widzieć, skoro uważam go za rzecz miłą i pozytywną:

Flirt to sytuacja towarzyska, zwykle w formie rozmowy, o z reguły mniej lub bardziej erotycznym zabarwieniu, której podstawą, nawet jeśli ktoś zrobił pierwszy krok, jest obopólna zgoda. Jeśli któraś z osób powie coś, co sprawi, że druga osoba poczuje się uprzedmiotowiona, zażenowana czy osaczona i nie będzie chciała kontynuować rozmowy, a ta pierwsza osoba mimo to nie będzie chciała przerwać, to już nie jest flirt. Flirt kończy się tam, gdzie ktoś ignoruje czyjś znak stopu. W każdym momencie możesz powiedzieć “stop”.

To tak jak z seksem i gwałtem.

Możemy sobie flirtować na zdrowie respektując nasze granice. To nie jest żaden upadek cywilizacji. Jeśli ktoś ma z tym problem, to z nim jest coś nie tak.

 

 

 

[1] Deneuve i Bardot krytykują #metoo
https://www.theguardian.com/film/2018/jan/10/catherine-deneuve-claim-metoo-witch-hunt-backlash
https://www.vanityfair.com/hollywood/2018/01/brigitte-bardot-me-too-comments

[2] Cara Corrigan, Fed up with catcalls, Philly woman sets up a hotline – for street harassers

[3] Catcalling wg urban dictionary
https://www.urbandictionary.com/define.php?term=Cat%20Calling

[4] Rebecca Solnit o „prawie do seksu”, Mężczyźni objaśniają mi świat, strona 147

Komentarze (2)

  1. Asia Argento, na temat krytyki ze strony Deneve na akcję #metoo, powiedziała że nie ma jej tego za złe, ale tłumaczy sobie to tym, że sama pewnie była w życiu molestowana tak wiele razy, że dopuszczenie tej myśli do głowy byłoby już za duże. I woli zaprzeczyć, krytykować i tłumaczyć sobie że to był tylko flirt.

    Raz w życiu krzyknęłam do faceta „spie…” na ulicy. Fakt, byłam po alkoholu, przyjaciele byli blisko, a jego komentowanie moich nóg, a raczej tego gdzie będę je miała, tak mnie wkurzyło, że wszelkie zahamowania poszły w niepamięć. Nigdy tego nie żałowałam, za to wielu niewypowiedzianych ripost już tak.

    1. Ada T. Kosterkiewicz says:

      Asia Argento prawdopodobnie ma dużo racji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *