twórczość

Tyle Polski na jednej okładce

Mało brakowało, a nie zauważyłabym, że w końcu ukazał się polski Vogue. Na szczęście jest jego okładka.

Gdy ostatnio, to jest dobrych parę lat temu, śledziłam temat ewentualnego ukazania się polskiego wydania Vogue, aktualny był pogląd, że nasz kraj wciąż jest na ten magazyn zbyt biedny. Później straciłam zainteresowanie modą, więc moją pierwszą reakcją na ogólnonarodową dyskusję nad pierwszą okładką była myśl: to będzie polski Vogue? gdzie ja do cholery byłam? Po latach biadolenia, że Polska wciąż jest zbyt biedna, zbyt aspirująca na swojego Vogue’a, wreszcie go mamy, ale zamiast się nim cieszyć narzekamy na okładkę. Żartowałam, ta ogólnonarodowa dyskusja jest rozkoszna. I tak bardzo polska.

W wielkim skrócie spór wokół zdjęcia Anji Rubik i Małgosi Beli na tle Pałacu Kultury, czarnej wołgi, śniegu i smogu wygląda tak:

  • ludzie , którzy twierdzą, że okładka jest brzydka, krzywa, niemodowa, cebulasta i sami zrobiliby to lepiej
  • ludzie, którzy tłumaczą tym pierwszym, że dziś fotografia mody jest właśnie taka: wychodząca ze schematów, naśladująca zdjęcia z instagrama, udająca fotografię amatorską – co zresztą nie jest nowością, bo przecież takie rzeczy robi już od lat 90. Terry Richardson [konieczna dygresja: skądinąd paskudna postać molestująca modelki, z którą świat mody dawno powinien zerwać wszelkie kont(r)akty]
  • ludzie, którzy wyjaśniają używając języka pogardy, że ci, którzy narzekają to się nie znają na fotografii, a powinni się zachwycać, bo jak nie zachwyca skoro zachwyca, no i w ogóle to polaki-cebulaki

Tak naprawdę jednak nie jest to spór między znawcami i laikami. To jak zwykle jest dyskusja o tym, jaka ma być, albo raczej, jak powinna się prezentować Polska.

Co ja widzę na okładce polskiego Vogue’a?

Tyle Polski na jednym obrazku. Na tym obrazku Polska z pewnością nie wstaje z kolan. Ona tu się wyłania ze smogu, pełna marzeń o nowobogactwie jak ten miś na miarę naszych możliwości. Wygląda to trochę jak okładka magazynu Sukces z roku 1993. Magazynu niby dla ludzi sukcesu, a tak naprawdę dla tych, którzy naoglądali się zbyt dużo Dynastii. Demony transformacji ustrojowej. Pogoda, która nigdy nie nastrajała do spacerów. I czarna wołga, wołga, wołga. Może to wszystko jest zbyt dosłowne, może brakuje tylko Jezusa ze Świebodzina, albo Matki Boskiej w klapie by potargać trochę świętości. Może zasadne jest też pytanie, czy warto taką historię opowiadać w roku 2018. Według mnie warto, bo to jest historia bardziej aktualna niż się zdaje. Fakt, że ta okładka wzbudza tyle emocji jest wystarczającym dowodem. Czy magazyn o modzie to jest dobre miejsce dla takiego zdjęcia? A czemu niby ma nim nie być?

Jest nawet smog! Zobaczcie prawdopodobnie najlepszą przeróbkę okładki Vogue autorstwa twórców fanpage’a Polska w dużych dawkach:

Nawet dyskusja wokół tej okładki to czysta Polska w pigułce. Tę dyskusję przerabialiśmy zresztą już setki razy. To ten odwieczny spór o to, jak mamy się prezentować światu. Zderzenie pól pszenicy i bociana z nowoczesnością i innowacyjnością prosto z reklam programu Kapitał Ludzki. Będziemy o tym dyskutować do końca Polski.

Ta okładka i dyskusja wokół niej to opowieść o polskich aspiracjach, tak jak przez lata polską aspiracją był polski Vogue.

To są rzeczy, które przychodzą mi do głowy, gdy patrzę na tę okładkę. To jest to, co ja tam widzę, albo po prostu chcę tam widzieć. Być może moja interpretacja jest nadinterpretacją, może jest szersza od tego, co miał na myśli fotograf. Ten zresztą, Juergen Teller, jest Niemcem, więc całkiem prawdopodobnym jest, że nie przypisuje swojej pracy tych wszystkich hermetycznie polskich znaczeń. Możliwe też, że jest to po prostu brzydka okładka. Jest za to doskonale obliczona na kontrowersję i uderzająca w czułe polskie miejsca. Tak, żeby nawet ktoś, kto nie interesuje się modą nie mógł nie zauważyć, że ukazał się polski Vogue. I zdaje się, że o to właśnie chodziło.