publicystyka, życie

Rolnik, Ukrainka i buce z internetu. Czyli co praca na czarno ma wspólnego z gwałtem

Pewnie słyszeliście o rolniku, który nie wezwał karetki pogotowia do pracownicy z wylewem. Dopiero po dwóch godzinach zapakował pracującą w jego gospodarstwie Ukrainkę do samochodu, nie zawiózł jej jednak do szpitala, tylko zostawił na ławce. O sprawie zrobiło się tym głośniej, że rolnik jest dostawcą Lidla i występuje w jego nowej kampanii reklamowej. Wśród masy komentarzy potępiających zachowanie rolnika, który nie wezwał natychmiastowej pomocy, znalazły się niestety i takie, które nie tylko próbują go usprawiedliwiać, ale Ukrainkę uznają za współwinną, bo pracowała na czarno. Tych komentarzy nie ma może zbyt wiele, ale sam fakt, że są każe mi zadać pytanie: co z Wami nie tak, ludzie? I po części nawet potrafię sobie na nie odpowiedzieć.

Znacie pewnie tych głupiomądrych komcionautów, którzy pod każdym artykułem związanym z rynkiem pracy, gdzie rynek ten spotyka się z krytyką muszą napisać “zausz firmę”. Oraz państwo mnie okrada z moim pieniędzy. To ci sami, którzy teraz próbują tłumaczyć rolnika, bo bał się urzędników, którzy mogliby mu dowalić kary za zatrudnianie ludzi bez umów. Hmm. Porady spod znaku “załóż firmę, to sam zobaczysz” są co najwyżej zabawne. Stwierdzenie, że Ukrainka po wylewie powinna zostać ukarana za pracę na czarno i jest po części odpowiedzialna za to co się stało, bo przecież sama sobie tę formę pracy wybrała, są po prostu obrzydliwie. A taki właśnie komentarz przeczytałam na jednym z portali finansowych (tak, tym w którym kiedyś pracowałam) i była to najokropniejsza rzecz, jaką przeczytałam tego dnia. Wiecie, kiedy mam ochotę popsuć sobie humor czytam komentarze czytelników tego portalu, bo wiem, że na pewno znajdę tam buca, który napisze coś w ten deseń. Ale czegoś takiego, przyznam szczerze, to się nie spodziewałam. Buców było kilku. Później znalazłam ich też na innych portalach.

Są dwie propagandy, które ukształtowały wrażliwość, czy też niewrażliwość całego pokolenia po 1989 roku. Pierwsza to ta katolicka, bynajmniej nie spod znaku Tygodnika Powszechnego. Druga to twardy neoliberalizm, który obiecywał, że każdy z nas jest kowalem własnego losu i że jedyna etyka jakiej nam trzeba to ekonomia. Mocno to przeżarło ludziom mózgi. Niektórym zbyt mocno, bo wszystko im się kojarzy z pieniądzem i to czasem w bardzo brzydki sposób. Jeśli miałabym wskazać winnego tej przerażającego wręcz rodzaju braku wrażliwości przykrytego dziwnym poczuciem sprawiedliwości, to byłaby to właśnie edukacja w neoliberalnym duchu, którą przeszło bardziej lub mniej całe pokolenie. To jest takie dziwne skrzywienie w mózgu, które nie pozwala zauważać oczywistych faktów. Jak na przykład tego, że na ostateczny sukces zawodowy człowieka wpływa coś więcej niż jego zdolności, bo istnieje na świecie coś, co się nazywa nierówny start. Oraz to, że istnieje też coś takiego jak przemoc ekonomiczna. I bardzo chętnie tłukłabym to tym wszystkim bucom do głów, chociaż już bardzo dobrze robi to Magazyn Porażka.

Pani Oksana, Ukrainka zatrudniona na czarno jest ofiarą przemocy ekonomicznej.
Nie wybrała sobie takiej formy zatrudnienia, bo chciała zarabiać więcej.
Prawdopodobnie nie miała żadnej alternatywy.
Nie jest cwanym Cześkiem, który robi na czarno u cwanego Janusza, bo na pohybel skarbówce i chuj z emeryturą.
Nie.
To biedna kobieta z Ukrainy, kraju który nie jest w Unii Europejskiej, więc się nie dostaje pozwolenia na pracę z marszu.
To osoba ekonomicznie dużo słabsza.
Tu nie ma absolutnie mowy o równości stron umowy. Umowy, której nomen omen nie było.
Stwierdzenie, że jest współwinna tego, co się stało, bo pozwoliła się zatrudnić na czarno brzmi trochę (a nawet nie trochę!) jak współobwinianie kobiety o gwałt.
Zasada jest podobna, bo przemoc ekonomiczna to też przemoc.

Tu dodatkowo oprócz kwestii ekonomicznej mamy jeszcze do czynienia z kwestią narodowości. Przypomniał mi się esej Rebecci Solnit “Zde­rze­nie świa­tów w luk­su­so­wym apar­ta­men­cie” z książki “Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat”. To tekst o gwałcie dokonanym przez Dominika Strauss-Khana na czarnoskórej pokojówce z hotelu na Manhattanie. Solnit porównuje w nim byłego szefa MFW do Francji, pokojówkę-emigrantkę do afrykańskiej kolonii, zderzając wykorzystywanie seksualne i kwestię posiadania słabszej ekonomicznie kobiety z eksploatacją terytoriów zamorskich. Wiele trafności jest w tym porównaniu. To różne barwy i różne konteksty wykorzystywania i posiadania. Różne, ale podobne. Polska nigdy nie miała kolonii, przynajmniej w teorii, bo w praktyce Ukraina w czasach I Rzeczypospolitej była czymś na jej kształt. I tu znów na scenę wkracza nasz rolnik. Nie gwałci, nie wykorzystuje seksualnie, ale wykorzystuje ekonomicznie zatrudniając na czarno. A później nie wzywa karetki do wylewu, chociaż przecież musi wiedzieć, że w takich przypadkach nic nie liczy się bardziej niż czas. Czy nie mamy tu więc kolejnego odcinka tej samej historii?

I jeszcze na koniec: nawet gdyby ta kobieta była cwanym Cześkiem, w dalszym ciągu nie byłaby współwinna tego, co się stało. Rolnik obiecał przekazać jej 100 tysięcy złotych na leczenie. Lidl obiecał zerwać z nim umowę. To oczywiście niczego nie załatwia, a sprawa zdecydowanie powinna mieć swój dalszy ciąg w sądzie.