życie

Paznokcie

Podobno w czasie wojny, kobiety, by odreagować trudy życia pod okupacją malowały usta na czerwono. Tak to przynajmniej wyglądało w cukierkowych materiałach promocyjnych serialu “Czas Honoru”. Na jaki inny kolor zresztą miałyby malować? Nikt mi nie wmówi, że w tamtych czasach produkowali szminki w innych barwach niż Russian Red. Usta oporu, to brzmi dumnie. Gdyby patrzeć na sytuację geopolityczną z tej strony, znaczy się przez pryzmat kobiecej kosmetyczki, o kryzysowości naszych czasów z pewnością można by opowiadać przy pomocy paznokci. Gdyby dziś wybuchła wojna, stawiałybyśmy bierny opór naszymi hybrydami. Bo popatrzcie tylko na te wyrastające jak grzyby po deszczu salony manicure.

W Krakowie na przykład średnio spotkać można dwa na kwadrat. Czasem znajdą się nawet dwa w jednym szeregu przeszklonego budynku. Kraków jawi mi się po ostatniej wizycie jako polska stolica paznokci. Popyt rodzi podaż. Coś musi być na rzeczy, krakowskie dziewczyny. U mnie w mieście szału nie ma, wciąż salon hybrydy wlecze się w ogonie za fryzjerami, ale być może za jego mniejszą widoczność odpowiadają ciche umowy z tymi ostatnimi, którzy wciąż chętnie udzielają lakierom supertrwałym kąta w swoich zakładach. Daleko im do krakowskiego rozmachu, ale coś czuję, że i na Wrocław przyjdzie czas.

Bo dziewczyny całkowicie z tymi paznokciami powariowały. Są takie, co potrafią odwołać dentystę, by wbić się na hybrydy we właściwy czas. Paznokcie to priorytet. Z punktu widzenia moich wiecznie niepomalowanych, przykrótkich paznokci to totalny kosmos. I pewnie bym się śmiała po cichu z tego nowego uzależnienia XXI wieku, które tak gładko wyparło niemodne i tandetne tipsy, gdybym nie padła ofiarą innej obsesji dekady, a mianowicie brwi. Namaluj sobie brwi i bądź jak Cara Delevigne (nawet jeśli zanim dojdziesz do perfekcji będą wołać za tobą per Breżniew).

Ponoć w kryzysach mocny makijaż zawsze sprzedawał się najlepiej. Gdzieś tak czytałam. Zabijcie, nie pamiętam gdzie. Jeśli by wierzyć w istnienie związku kobiecych barw wojennych z kryzysami na świecie, to przyszło nam żyć w ciekawych czasach. A wszyscy się chyba zgadzamy, że przyszło.

Idąc tym tropem, gdyby dziś wybuchła wojna, stawiałybyśmy bierny opór naszymi hybrydami. Potem zbierałybyśmy je z ziemi po wybuchu bomby. Na pewno byłoby co zbierać, bo są supertrwałe. To jest myśl z gatunku tych tandetnych, które przychodzą do głowy, gdy scrollując tablicę na facebooku widzisz zdjęcia z Syrii przeplatane reklamami salonów manikiur. I wiesz, że nic nie wiesz, ale przyznajesz po cichu, że taki jest świat.