Miasto, życie

Nasi ludzie w naszych miejscach na Ziemi

Mówią, że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski. Trzeba lat, żeby taką wioskę zbudować, ale gdy już jest, bardzo trudno się z nią rozstać. Nawet jeśli nie wychowuje nam żadnych dzieci.

Znacie pewnie takie narzekanie samozwańczych ekspertów od rynku pracy, że Polacy są mało mobilni. Wiecie, nie pojadą za chlebem na drugi koniec kraju, tylko psioczą, że w ich mieścinie jest bezrobocie i wegetują na zasiłku. Nie wiem jak się ma do tego fala emigracji ekonomicznej po roku 2004 i w ogóle, ale cóż. Za pozytywny przykład mobilności podają Amerykanów, którzy jeżdżą za pracą wszerz i wzdłuż mapy, zostawiając za sobą w miejscach poprzedniego zamieszkania porzucony dobytek w magazynach, o które potem toczą wojny magazynowe gwiazdy lombardu. Czy jakoś tak. Z mobilności robi się cnotę, bo każdy jest kowalem swojego losu, a to przecież zupełnie nie tak, gdy z domu wygania cię przymus. Nawet jeśli to tylko ekonomia, nie wojna.

Czasem jednak nie wygania cię nic, a jednak ruszasz w świat. Wyjeżdżasz. zostawiasz swoją wioskę. chociaż niczego nie musisz. Porywa cię chęć zmiany, nowe perspektywy, miłość, okazja, nieznane. Zawsze uważałam, że najprościej jest wyjechać daleko, gdy jest się jeszcze bardzo młodym. Mnie nigdy się to nie udało. Zawsze byłam blisko rodziny, czasem myślę, że zbyt blisko. A teraz, gdy zbudowałam już swoją wioskę, byłoby mi cholernie trudno porzucić to wszystko. I nie chodzi tu o miasto, które znam, o mieszkanie, które mam. Chodzi o ludzi, na których zawsze mogę liczyć. O tę ludzką wioskę, której budowa od nowa zajęłaby lata. A może nie zostałaby ukończona wcale. To jest straszna niepewność, którą można określić jako wrośnięte korzenie. To trochę jak wrośnięty paznokieć, ale tylko trochę.

Niedawno rozmawiałam o tym z kumplem, który planuje za jakiś czas wyprowadzkę do Czech. Kilka dni później spotkałam się z kolei z koleżanka z pracy, która dwa lata temu przeprowadziła się do innego miasta. Mówi, że wciąż nie ma tam wielu znajomych. Oczywiście tę nową wioskę da się w końcu sobie stworzyć. Prawdopodobnie dla większości ludzi łatwiejszym zadaniem jest zjednać sobie ludzi, niż ich do siebie zrazić.

Kilka lat temu mogłam przeprowadzić się do Warszawy, ale aż się popłakałam, tak bardzo nie chciałam. Dzisiaj byłoby mi chyba jeszcze trudniej, bo wrosłam w swoją wioskę dużo mocniej. Ale ja wciąż nie kocham się miłością szaloną ze stolicą. Chciałabym za to pomieszkać dłużej w Paryżu, w Pradze, na greckich wyspach albo w Gdańsku. W Gdańsku, w przeciwieństwie do mojego miasta nie ma smogu, za to jest morze i to już bardzo przemawia na jego korzyść. I tak sobie myślę, że może kiedyś jakiś impuls sprawi, że nadejdzie ten dzień zmiany. A może nie. Jedno i drugie będzie dobre. I myślę sobie wtedy też, że przecież ta moja wioska w rzeczywistości rozsiana jest po wielu miejscach. We Wrocławiu jest przecież tylko jej część. Tylko jakoś tak prowadzą do niego wszystkie drogi.
A potem myślę sobie jeszcze, że to jest jednak wielki luksus, tak to sobie na sucho rozważać. Luksus braku jakiegokolwiek przymusu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *