życie

Może lepiej nie robić nic?

Zawsze uważałam, że warto robić w życiu tylko to, w czym jest się najlepszą na świecie, albo przynajmniej w swoim województwie. Niestety życie weryfikuje takie ambitne poglądy. Czasem jednak sobie o nich przypominam i wtedy jest krucho.

Kiedy byłam bardzo młoda miałam dość irytującą skłonność do robienia wokół siebie szumu. Tzn. lubiłam chwalić się swoimi umiejętnościami, również takimi, które delikatnie mówiąc, nie zawsze posiadałam w stopniu nawet dostatecznym. Na przykład śpiewaniem. I paroma innymi rzeczami. Miałam w sobie jednak jeszcze mnóstwo szczeniackiej bezczelności i wiary w siebie. A potem dotarło do mnie, że to wstyd tak się reklamować. Prawdopodobnie dotarło to do mnie za pośrednictwem innych ludzi. Drobnymi krokami, nie bezpośrednio, bo nie pamiętam, kiedy to się stało, ale dotarło. I już byłam mniej bezczelna, za to bardzo zorientowana na to, żeby robić tylko to, w czym wymiatam. A wymiata się przecież wtedy, gdy ktoś cię doceni. Na przykład szóstką w dzienniku, oklaskami na spektaklu, lajkami na fejsbuku. Wszystko, co poniżej pewnego poziomu uznania w oczach innych jest automatycznie porażką. Przekonanie o własnej wartości umiera szybko tym w starciu. Ale o własnej zajebistości innych należy najpierw przekonać. Do tego potrzeba odrobiny genu chwalipięty, bo żyjemy w świecie reklamy. Ale przecież dziewczynki nie powinny się przechwalać. To jest jeden z elementów naszej tresury do życia w skromności i przepraszania za wszystko. Tego należy się wstydzić. Ja się przecież latami wstydziłam za reklamowanie własnej osoby w dziedzinach, w których nie byłam najlepsza na świecie. Bo samochwała to w kącie stała. A potem w pracy powiedzieli mi, że jeśli nie będę się chwalić swoją osobą i swoją robotą, to nikt tej mojej roboty nie zauważy, chociaż to była zajebista robota. I mieli rację, ale nie da się tak łatwo, w mgnieniu oka oduczyć przystosowania do wstydu, nawet jeśli gdzieś tak do 14 roku życia nie miało się go wcale.

Pewnie znacie efekt Matyldy – zjawisko pomijania pracy naukowej kobiet i przypisywania ich zasług mężczyznom.
Może zdarzyło się Wam osobiście, że ktoś udał, że nie usłyszał waszego pomysłu, a potem nagrodził uznaniem identyczny pomysł zaproponowany przez mężczyznę.

Nie uczy się nas rywalizacji (chyba że o księcia z bajki). Uczy się nas wstydu. Uczy się nas, że reklamowanie swoich zdolności i chwalenie się swoją pracą to coś złego. Bo przecież ta praca nie jest najlepsza na świecie. Szalenie trudno jest to wszystko przełamać, nie poddać się po drodze, gdy wciąż nie dostajemy natychmiastowej informacji zwrotnej, że jesteśmy zajebiste. A nawet wtedy, myślimy że to nic takiego i że może sobie na żaden poklask nie zasłużyłyśmy.

Ja przez lata myślałam, że po prostu nie umiem się zareklamować, ale pamiętam przecież siebie z wczesnych lat liceum i wiem, że umiem. Pamiętam też, że w pewnym momencie zaczęłam się tego wstydzić i to wcale nie dlatego, że zaczęło wychodzić na jaw, że czegoś tam nie potrafię. To narosło w zupełnie inny sposób, którego dziś nawet nie jestem w stanie zrelacjonować.

Potem przez lata wmawiałam sobie, że w tym co robię muszę być najlepsza na świecie, bo inaczej nie ma sensu się za cokolwiek zabierać, a już na pewno nie ma sensu tego kontynuować, gdy powinie się noga. Dlatego tak ciężko znoszę porażki i tak bardzo demotywuje mnie brak spektakularnych postępów. Wiem dobrze, że ta konstrukcja psychiczna to nie tylko ja, to też lata społecznej tresury. Ale to wie racjonalny umysł, a przecież nie jestem cała racjonalnym umysłem. Ta nieracjonalna część ma czasem pomysł, że może lepiej nie robić nic.