kultura, twórczość

10 myśli o serialu Altered Carbon

Zmarnowałam 10 godzin życia na obejrzenie nowej produkcji Netflixa. Nikt nie zwróci mi tego czasu, więc chociaż napiszę sobie ten tekst w ramach rekompensaty. Przed Wami krótka recenzja w dziesięciu punktach, w której dość mocno narzekam, ale znajduję też kilka jasnych punktów.

1. Tracenie czasu na złe seriale jest o wiele gorsze niż tracenie go na złe filmy, bo zwyczajnie traci się tego czasu więcej. Altered Carbon, serial zrealizowany na podstawie cyberpunkowej powieści Richarda K. Morgana, ma świetną kampanię reklamową: wyskakuje nie tylko z internetowych lodówek i obiecuje, że będzie czymś wybitnym. I rzeczywiście początek ma naprawdę dobry, potem jednak ostro pikuje w dół i mimo paru niezłych momentów, gdy wydaje się, że od tego dna odbija, w ostatecznym rozrachunku niestety nie jest dobry serial. Mimo wszystkich wad, okrutnie wciąga.

2. Świat przedstawiony w Altered Carbon, w którym to ludzie odkryli sposób na transfer świadomości do innego ciała i życie wieczne jest naprawdę ciekawy. Ale to za mało, gdy fabuła razi wręcz sztampowością, a postaci są tak płasko napisane, że nie za bardzo chce ci się drżeć o ich los. Zresztą trochę trudno o niego drżeć, skoro bohaterowie w większości przypadków nie mogą umrzeć.

3. Takeshi Kovacs, uczestnik buntu sprzed 250 lat, zostaje przywrócony do świata żywych w zupełnie nowym ciele (powłoce), by dowiedzieć się kto próbował zabić nieśmiertelnego bogacza Laurensa Bancrofta. Altered Carbon zaczyna się jak rasowy kryminał w stylu noir, po drodze zamienia się w mroczny komiks pełen mordobicia, by ostatecznie skończyć jako brazylijska telenowela w kostiumie science-fiction.

4. Pierwsze odcinki ogląda się trochę tak, jakby się czytało książkę. To dziwne, ale jednocześnie fajne uczucie. I od razu ma się wrażenie, że inaczej się sobie ten świat wyobrażało, nawet jeśli, jak ja, wcale nie czytało się powieści, na której podstawie Altered Carbon powstał.

5. Jednym z największych grzechów serialu są postaci, których ani się specjalnie nie lubi, ani specjalnie nie nienawidzi. Dotyczy to przede wszystkim pierwszego planu. Prawdziwi bohaterowie mieszkają tu bowiem na planie drugim. Znakomity jest hotel (Edgar Allan) Poe, czyli sztuczna inteligencja, świetna jest przywrócona do życia z okazji meksykańskiego święta zmarłych Babcia Ortega, doskonały bandyta Dymi Kadmin, grany co najmniej przez trzech (albo czterech) aktorów. Zresztą jeden z tych aktorów gra również babcię (i jeszcze jedną postać) i śmiem twierdzić, że jest to najlepszy występ w serialu.

6. Poza tym aktorsko w Altered Carbon nie jest niestety najlepiej. Jasne, że James Purefoy dobrze gra zblazowanego milionera, bo to coś, co on zawsze potrafi grać, ale zdecydowanie zbyt wiele w tym serialu ról zwyczajnie kiepskich i to wśród głównych bohaterów. Najwięcej zarzutów mam do pary Quell-Takeshi. Jako kochankowie są tak mało wiarygodni, że w ogóle nie jestem w stanie pojąć, dlaczego Takeshi wciąż myśli o straconej miłości, zwłaszcza że między jego drugim wcieleniem i Ortegą naprawdę jest chemia. I chyba nie mogę winić scenariusza, muszę winić aktorów. Quell zresztą równie drętwo co w scenach romantycznych (jeśli nie bardziej) wypada w przemowach przywódczyni emisariuszy. Naprawdę ciężko się to ogląda nie wybuchając śmiechem (lub nie zasypiając). Gorszy jest chyba tylko przeszarżowany że aż niemiło występ powłoki pierwszego Takeshiego w roli Dymiego Kadmina (przed chwilą tak doskonale sportretowanego przez Babcię Ortegę).

7. Między dwoma wcieleniami Takeshiego jest widoczna przepaść charakterologiczna. Kompletnie nie czuję, że to ta sama osoba.

8. Altered Carbon próbuje przekonać nas, że jest całkiem feministycznym serialem. W przedstawionym świecie kobiety pełnią wysokie funkcje, są przywódczyniami i ludzkość wiele im zawdzięcza (łącznie z technologią nieśmiertelności). Postaci kobiece są silne i wojownicze. Mamy też wątek zemsty za gwałt. Ale to wszystko jakoś tak schodzi w cień, gdy sobie uświadamiamy, że wszystkie te postaci wciąż są bardzo pretekstowe, krążąc jak satelity wokół głównego męskiego bohatera. Są po to, by opowiadać o nim. No może poza Lizzie.

9. Reileen Kawahara to chyba najbardziej wkurzający czarny charakter w historii science-fiction. Nie licząc parodii gatunku. Reileen jest tak karykaturalną postacią, że momentami zastanawiam się, czy nie reżyseruje jej Mel Brooks. Nie dość, że jest niezniszczalna, to jeszcze nie do końca wie o co jej w życiu chodzi (czy chce się na bracie odegrać, czy chce, żeby ją kochał).

10. Ostateczny wniosek płynący z serialu o nieśmiertelnych jest taki, że nieśmiertelność demoralizuje. Szczególnie gdy jest się bogatym i nieśmiertelnym, bo wtedy chce się w wymyślny sposób zabijać dziwki. Serio, na to czekamy dziesięć odcinków? Po serialu z ambicjami spodziewałabym się jednak czegoś głębszego.