twórczość

Miłość i śmierć w tym, co zostało z twego miasta

Dzisiaj mam dla Was coś czego dawno nie było i co bywa tu dość rzadko. Dziś mam dla Was opowiadanie! Jest trochę czytania, ale obiecuję też przy tym sporo radochy, więc rozsiądźcie się wygodnie.

– Rolnicy zapewniają żywność, lekarze pomoc w chorobie, prawnicy pomoc w tarapatach, dziennikarze dostarczają informacji, artyści rozrywki i refleksji. A ty co dostarczasz?
– Raporty.
– Które są?
– O niczym.
– Które służą?
– Do niczego.
Gdybym odpowiadał na pytania Margarety zaledwie przed dwoma dniami, udzieliłbym zupełnie innych odpowiedzi, zakodowanych mi przed laty, na samym początku ścieżki kariery. Odpowiedzi politycznie poprawnych i nie budzących wątpliwości, ani tym bardziej nie wywołujących kolejnych pytań. Pytań o sens istnienia i funkcjonowania w systemie, w którym wszyscy funkcjonujemy. Odpowiadałbym optymistycznie, pewnie i z uśmiechem na twarzy, kłamiąc jak z nut. Tak byłoby jeszcze dwa dni temu, gdy wyznawałem bez zastrzeżeń kod, którym od lat byłem programowany. Z tym, że od dwóch dni wyznawałem już tylko Margaretę.

Przyglądałem się jej od miesiąca, zanim udało mi się poznać jej imię. Z reguły nie parzyłem zbyt uważnie na kobiety na naszym open spejsie. W moim dziale, Kopiuj-Wklej – kod wywoławczy KWCP207 – nie mogłem zresztą robić tego zbyt ostentacyjnie. Kontakty płciowe wśród zatrudnionych w jednym departamencie były bowiem surowo zakazane, jako wprowadzające zamęt w team spirycie, który miał pozostać płaskim i równym, istnym monolitem, w którym nie powinno się nikogo lubić ani bardziej ani mniej od pozostałych. Na stosunki międzydziałowe istniało za to pełne przyzwolenie. Jeśli już ktoś zdobył się oczywiście na odwagę i przełamanie panującego w biurze zwyczaju nie rozmawiania z osobami zatrudnionymi przy innych czynnościach niż działowe, gdy nie wymagały tego obowiązki. Pech chciał, że dział Kopiuj-Wklej składał się z ponad 80 teamów i szansa na dokooptowanie do naszego open spejsa osób z innych departamentów była niewielka. Od kilkunastu więc miesięcy żyłem na seksualnym pustkowiu. Pamięć podpowiadała mi co prawda, że kiedyś, w dawnych czasach zanim zostałem szczęśliwie zatrudniony w korporacji JS, zdarzało mi się bywać na tak zwanym mieście. Zdarzało mi się tam również poznawać kobiety. Od lat jednak moim całym miastem był dystrykt 6, w całości zarządzany i zamieszkany przez moją korporację. I pewnie gdybym był mniej zapracowanym człowiekiem, a mój dział nie składałby się z 80 zespołów, zdarzałoby mi się wyjść po pracy na piwo z kimś spoza Kopiuj-Wklej. Może nawet wpadłbym na pomysł udania się do innego dystryktu. Być może. Ale nigdy nie przyszło mi to na myśl.

Miasto podzielono między korporacje już tak dawno, że nie potrafiłem dokładnie przypomnieć sobie, jak to było, gdy było inaczej. Istniała jeszcze enklawa zamieszkana przez ludzi pracujących poza korporacjami, gdzie indziej i inaczej, istniały też ponadkorporacyjne władze miasta, ale nie spełniały one zbyt wielkiej roli w jego ogólnym funkcjonowaniu. Oprócz mojej firmy – JS – miasto, które wciąż jeszcze oficjalnie nosiło nazwę Wrocław, ale już coraz częściej w naszej potocznej nazywane było kodem W11, dzieliło się na dzielnice należące do korporacji: GP, MC, VV, IZN. Nikt nie używał już pełnych nazw tych firm, prawdopodobnie dlatego, że nikt nie potrafił ich już rozszyfrować. Wydaje mi się, że jeszcze przed dwoma laty wiedziałem, jak w pełni nazywa się moja firma, nie mogłem sobie jednak teraz już tego przypomnieć. Zresztą doszedłem do wniosku, że ta wiedza jest mi zupełnie niepotrzebna. Tak, jak za zupełnie nieprzydatną uznałem wiedzę o tym, czym zajmują się inne, istniejące w naszym mieście, korporacje. Właściwie nikt z moich kolegów również nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. Wystarczyło nam, że wiemy, czym zajmuje się JS. Przyszedł jednak w końcu taki czas, że i to stało się dla nas niejasne.
– Chyba jesteśmy bankiem – stwierdziła bez żadnej pewności Klaudia, wydłubując ołówkiem brud spod paznokcia.
– Niby od kiedy? – zdziwił się Max. – Do tej pory byłem pewien, że produkujemy oprogramowanie do robotów.
– Pierwsze słyszę – wtrąciła się Christina, ruda wiewióra z wydatnym nosem. – To my nie sprzedajemy żywności?
– Ja już nic nie wiem – zmartwiła się Klaudia. – Może spytajmy team leadera? Kris? Kris B.!
Wywołany do tablicy znad swojego raportu, miałem gotową odpowiedź na każde pytanie, łącznie z tymi, których niedosłyszałem. To jednak, dość zasadnicze, zdradzające dodatkowo, że moi podwładni wciąż zachowali w głowach pewne części mózgu, okazało się dla mnie nie lada wyzwaniem. Widzieli moje zakłopotanie i, co gorsza, nie było sposobu by je przed nimi ukryć. Wszystkie te szkolenia z soft skilli i mowy ciała poszły na marne.
– Zajmujemy się wszystkimi rzeczami, które wymieniliście, po trochu – odpowiedziałem się w końcu wzbijając się na wyżyny dyplomacji i kreatywności, niezwykle dumny z tego, że wpadłem na to sam, nie wspomagając się wodą ze źródła pomysłów.
Co jednak z tego, że byłem z siebie dumny, gdy oni zupełnie tego nie łyknęli. Co gorsza, nie łyknąłem tego nawet ja sam. Doszedłem jednak do wniosku, że nie jest to wiedza niezbędna nam do pracy. W końcu najważniejszym było wiedzieć czym sam się zajmujesz, czyż nie?

Przyglądałem się więc Margarecie od miesiąca zanim poznałem jej imię. Fart chciał, że korporacja przejęła właśnie nowy budynek i połowa działu Kopiuj-Wklej zgłosiła chęć przeprowadzki, czy raczej nie miała nic przeciwko decyzji o przeniesieniu. W ten sposób któregoś dnia na naszym open spejsie pojawił się obcy, zupełnie nowy element. Nie znaliśmy ich kodu, ani tym bardziej nie wiedzieliśmy czym się zajmują, ale szczerze mówiąc ta wiedza nie była nam do niczego niezbędna. Były jednak i wśród nas osoby lepiej poinformowane. Tak, jak liderka grupy KWCP201, która słyszała skądś, że jedna z dziewczyn siedząca po prawej stronie w drugim rzędzie od okna może sprawiać kłopoty i prawdopodobnie podpadła kontaktami seksualnymi wewnątrz działu. Nie uważałem jednak, by była to dla mnie przydatna informacja. Dziewczyna zaś, o twarzy zupełnie bez wyrazu, od pierwszego spojrzenia była mi zupełnie obojętna. Moje drugie spojrzenie przypadkiem spoczęło na jej koleżance z biurka obok. I zostało tam na dłużej.
Z biegiem dni zauważyłem u siebie spadek koncentracji i mniejszą produktywność. O ile jednak chętniej wstawałem rano do pracy, wiedząc, że spotkam tam ją i będę się mógł jej przyglądać. Wyróżniała się, och jakże wyróżniała się na tle open spejsu. Podczas gdy większość kobiet w biurze stosowała się w swoisty sposób do korporacyjnego dress kodu hołdując zasadzie ścisk-garsonki, zwykle pozwalając swoim fałdom tłuszczu wylewać się przez przestrzenie między guzikami koszuli, na co nie mógłbym patrzeć bez obrzydzenia nawet nie będąc przesadnym estetą, ona dzień w dzień chodziła w za dużych szarych swetrach, opatulających jej drobne ciało niczym koc. Nosiła stanowczo za duże okulary i za długie włosy. Mówiła sama do siebie podczas pracy. Śmiała się stanowczo za głośno. I co prawdopodobnie najdziwniejsze i najgorsze, konsekwentnie unikała wspólnych wyjść na luncze do korporacyjnego baru i łączącego się z tym korzystania ze znajdującego się tamże kranu z wodą kreatywności. Byłem pewien, że zachowując się w ten sposób, długo tu nie popracuje. Tym bardziej pragnąłem ją jak najszybciej poznać osobiście, bo czas zdawał się naglić. Tymczasem mijał miesiąc, a ja nawet nie znałem jej imienia.

– Margareta! Margareta P.! – przysadzista blondyna w zbyt obcisłych spodniach w kant zaskrzeczała na cały open spejs, niemal dzieląc na pół bębenki moich uszu, jednocześnie zdradzając mi imię mojej wyśnionej kochanki. – To jest zupełnie nieakceptowalne!
– Ale co? – obruszyła się Margareta.
– Twoja prezentacja, kochanie. Bez poszanowania dla guidelines, w dodatku zero creativity, zero proaktywności i ogólnie do… – zatrzymała się wydając z siebie pisk zgniatanej butem żaby, by nie wypuścić z siebie zakazanego w przestrzeni biurowej słowa.
– Pozwolę sobie się z tobą nie zgodzić – spokojnie odpowiedziała dziewczyna. – Czy ty to w ogóle czytałaś?
Gruba blondyna zatkała się jak zakorkowany kłakami otwór w wannie i przyjęła minę, którą i ja zapewne miałem na twarzy, gdy moi ludzie usiłowali dowiedzieć się ode mnie, czym też zajmuje się nasza korporacja.
– Natychmiast marsz do źródełka creativity! Masz czas do jutra, by pokazać mi tę prezentację jeszcze raz. W tej formie nikt nie da nam na nią aprówala. Rozumiesz? Nikt! Źródełko. I robisz od nowa.
Margareta patrzyła na nią z mocno zaciśniętymi ustami, jak gdyby siłą powstrzymywała gromki śmiech. Gdy tylko blondyna, będąca prawdopodobnie jej bezpośrednią szefową, odeszła do swojego biurka, dziewczyna chwyciła telefon i wybiegła z open spejsa. Nie skierowała się jednak wcale w stronę baru ze źródłem, lecz do kibla. Tego jednak grubaska nie mogła widzieć znad swoich monitorów.
Margareta. Więc ma na imię Margareta. Z każdą sekundą pożądałem jej bardziej. Pragnąłem wtulić się w jej schowane pod wielkim swetrem piersi i wąchać jej szyję. Pragnąłem zerwać jej z twarzy te wielkie okulary i całować jej niewielkie usta zatopione w małej twarzy.
Urodę Margareta miała nieco ptasią. Nigdy nie byłem wielbicielem tego typu. Twarz Anny S. z teamu KWCP103 z tym ogromnym sępim nosem, dodatkowo ptasio ściągnięta przez zaczesane wysoko włosy, wydawała mi się wręcz obrzydliwa. Margareta była jednak ptakiem zupełnie innego typu. Małym wróblem szukającym okruchów przygód, delikatnym kolibrem, szczebiotliwym słowikiem. Nie podłym sępem, ani nie głupią kurą. Nie mogłem ani na chwilę przestać się nią zachwycać. Gdy wróciła do swojego biurka i prawdopodobnie nie wypełniła nawet połowy rozkazu swojej przełożonej, nie oderwałem już od niej wzroku do końca dnia, pracę wykonując jeszcze bardziej mechanicznie niż zazwyczaj. Postanowiłem, że albo do jutra osobiście się z nią zapoznam, albo oficjalnie oszaleję. Z moim mózgiem, którego przecież dawna już nie miałem, działo się coś, czego nie potrafiłem pojąć i nie potrafiłem się temu przeciwstawić.

By nie podążyć wraz z całym departamentem Kopiuj-Wklej na obowiązkowy luncz i porcję wody kreatywności, udałem ból brzucha. Przyczaiłem się za moimi czterema monitorami i wyglądałem chwili, gdy Margareta P. odejdzie od swojego biurka i podąży ze swoim domowym prowiantem do małej kuchni na piętrze, o tej porze zupełnie wyludnionej. Chwyciłem kubek pełen wczorajszej herbaty i po cichu udałem się jej śladem. Postanowiłem zagadać do niej choćby nie wiem co, mimo że czułem się bardzo nieswojo i niepewnie nie przyjmując dziś jeszcze ani kropli ze źródła. Źródło stało się dla nas, pracowników JS, obowiązkowym punktem każdego dnia. Bez niego nie potrafiliśmy wyobrazić sobie naszej pracy. W praktyce nie mogliśmy bez niego funkcjonować. Podstawowe zasady przyświecające naszej polityce i kulturze brzmiały: be proactive, be creative. O ile proaktywność w jej najbardziej nadgorliwej formie łatwo było wydobyć z nas szkoleniami, programami przystosowawczymi i zwykłymi materialnymi zachętami, tyle kreatywność, taką jaką potrzebowała od nas firma, trudno było wyprodukować przy pomocy naszych wciąż zanikających mózgów. Dlatego chodziło się po nią do źródła. Czerpana z niego woda pełna była elektrolitów z niezliczonymi kreacjami komputera. Po jej wypiciu sypało się pomysłami jak z rękawa. Co prawda, wszystkie były wtórne i w istocie niewiele miały wspólnego z prawdziwą kreatywnością, ale ponieważ nikt tak naprawdę nie miał już w firmie prawdziwego mózgu, nikomu to nie przeszkadzało. Poza tym wszystkie te idee nie były do niczego potrzebne, a już na pewno nie w departamencie Kopiuj-Wklej. Należało jednak przynajmniej raz dziennie je mieć.

– Nie przeszkadza ci jedzenie w samotności? – spytałem Margaretę, gdy w końcu moje szare komórki wykombinowały, o co można by ją niezobowiązująco zagaić.
– Jeśli pytasz to to, dlaczego nie jadam z całą resztą w kantynie, to przyznam ci otwarcie, że owszem, jestem aspołeczna, nie wstydzę się tego i nie mam zamiaru nikomu się z tego tłumaczyć – odpowiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy, po czym ugryzła swoją wielką kanapkę.
Nie wiedziałem, w jaki sposób nawiązać do jej odpowiedzi, postanowiłem więc kontynuować z zupełnie innej strony.
– Już w porządku z twoją szefową? Wczoraj za ostro na ciebie naskoczyła. Nie powinno się tak robić na open spejsie.
– Widziałeś to?
– Widziałem i słyszałem.
– Głupia suka, co nie? – zaśmiała się.
– Nie mnie oceniać – nie potrafiłem wyzbyć się nabytej poprawności, chociaż w głębi czułem, że by zaskarbić sobie względy tej dziewczyny, powinienem zachowywać się inaczej.
– Aż boli, tak głupia. Nie zmieniłam w mojej prezentacji ani przecinka, ani spacji. Wystarczyło, że myślała, że poprawiłam ją po wypiciu wody ze źródła i już było okej. Czy w twoim dziale panują równie chore zasady?
Znów nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Narzekanie na pracę było dozwolone tylko w ramach działu. Nadawanie pracownikom innych departamentów na swoją robotę uchodziło za okrutne pogwałcenie compliance. Czułem jednak, że każde zamienione z Margaretą zdanie przywraca mi więcej szarych komórek niż cały litr wody ze źródła creativity. Było mi, co prawda, nieco nieswojo, gdy słuchałem jej opowieści, ale jednocześnie każde jej słowo coraz mocniej mnie ośmielało.
– Masz na imię Margareta, tak? – kontynuowałem.
– Małgorzata. Ale, jak pewnie się domyślasz, nikt z zagranicznych nie jest w stanie tego imienia wymówić, więc szefowa każe przedstawiać się zangielszczoną wersją. Margareta brzmi świetnie, prawda? Na początku Podlaska przedstawiała mnie wszystkim jako Megi, ale to imię dobre dla psa. Nie chciałabym być Megi nawet przez te osiem godzin dziennie.
– Osiem? – zdziwiłem się. Nikt ze znanych mi pracowników JS nie wychodził z pracy wcześniej niż po jedenastu. Uchodziło to za dobry zwyczaj, nawet jeśli już po siódmej godzinie wszystko było zrobione i twoja obecność polegała głównie na tępym gapieniu się w monitor, na którym absolutnie nic się nie działo.
– Mam swoje życie poza pracą, jeśli o to pytasz – odrzekła.
Nie do końca zrozumiałem.
– A ty jesteś?
– Kris. Kris B.
– Krisie B., miło się z tobą rozmawiało – zeskoczyła z krzesła i skierowała w stronę ekspresu do kawy. Patrzyła na mnie badawczym wzrokiem, jakby czytając w moich nielicznych myślach.
– Jeśli chcesz się umówić ze mną na mieście, to ja bardzo chętnie. Chcesz, prawda?
– Na mieście?
– Na mieście. Nie w dystrykcie 6, nie w korpo-barze. Na prawdziwym mieście. Założę się, że dawno cię tam nie było.
– To prawda.
– Więc randka?
– Tak. Dziś. Dwudziesta trzydzieści. Spotkamy się na mieście – odpowiedziałem tak szybko i pewnie, że sam nie mogłem uwierzyć we własne słowa.

Spotkaliśmy się więc na mieście. W tym małym, nie należącym do żadnej korporacji dystrykcie, który z niego został. Spotkałem się tam z nią również następnego dnia. I następnego. Poznałem jej przyjaciół. Odkryłem, że mimo pracy w JS ona wciąż mieszka w tej części miasta i nie planuje przeprowadzki do dystryktu 6. wyraziłem swoje zdziwienie i troskę o to, że jeśli tego nie zmieni, może być to w pracy źle widziane. Odpowiedziała kpiącym spojrzeniem.
Im więcej czasu spędzałem w towarzystwie Margarety, tym silniej dostrzegałem swoje braki. Miała inteligentną i zabawną odpowiedź na każde pytanie. Ja coraz częściej odwoływałem się do milczenia, by nie ulegać pokusie posługiwania się wyuczonymi, korporacyjnymi sloganami, które zawsze zbywała swoim pełnym kpiny uśmiechem. Długo zastanawiałem się, dlaczego Margareta taka jest. Dlaczego nie ceni kultury i wartości, którymi kieruje się nasza firma i po cóż też w naszej firmie pracuje, jeśli ich nie ceni.
– Dla pieniędzy na czynsz i jedzenie – odpowiadała. – A ty?
Nie potrafiłem udzielić jej na to pytanie odpowiedzi, a już na pewno nie takiej, której nie skomentowałaby swoim potwornym uśmiechem.
Z każdym spotkaniem, z każdą rozmową pragnąłem jej bardziej. Teraz jednak było to już nie tylko pragnienie jej ciała. Pragnąłem jej duszy. Z pewną zgrozą, acz również z podnieceniem, odkryłem, że jej niepokorna natura nie tylko nie budzi już mojego strachu, jak było na samym początku, ale wzbudza mój podziw, a nawet zazdrość. Zauważyłem też jednak, że im nasza znajomość przybierała na sile i intensywności, tym mniej pewnie się czułem. Nie tylko w stosunku do Margarety – od początku zdawałem sobie sprawę z jej intelektualnej przewagi – ale w stosunku do mojego życia i całej mojej, dotychczas tak pewnej i stabilnej tożsamości. Margareta wywołała we mnie ogromny niepokój, którego nie potrafiłem pokonać. Było to o tyle trudniejsze, że coraz ciężej było mi się oddawać bez żadnych wątpliwości codziennej pracy. Nigdy w ciągu tych wszystkich lat w firmie tak się nie czułem. Zawsze widziałem w swoim życiu i swojej karierze jakiś sens. Margareta każdym słowem na temat naszego zawodowego położenia przekonywała mnie, że wszystko jest bardziej bez sensu niż mogło się wydawać. Wciąż nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje. Czy mój stosunek do firmy na samym początku, zanim jeszcze zacząłem się z nią identyfikować dzięki latom doświadczeń, był równie lekceważący? Nie potrafiłem sobie przypomnieć.
Mimo dość drwiącego stosunku, jaki do mnie miała, w niedługim czasie Margareta coraz bardziej się do mnie przywiązywała. Staliśmy się prawdziwą, regularną parą z pocałunkami, seksem i ze wszystkim. Posiadłem jej ciało i miałem coraz silniejsze przekonanie, że zaczynam rozumieć jej duszę. Nie przyniosło mi to jednak, o dziwo, szczęścia. Liczyłem, że zdobywając w niej wszystko, o czym marzyłem, będę najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Im mocniej się jednak kochaliśmy i im dłużej byliśmy ze sobą, tym czułem się bardziej nienasycony i coraz bardziej pełny niepokoju.

W tym czasie odwiedzałem już źródło creativity dwa razy dziennie. Nie tylko w poszukiwaniu pomysłów do pracy, ale również po inspirację do rozmów z Margaretą. Liczyłem, że wspomagając swój mózg, będę czuł się przy niej pewniej. Minęły już trzy miesiące odkąd Margareta zatrudniła się w naszej korporacji, ale ani razu nie skorzystała z wody ze źródła. Doskonale jednak ukrywała ten fakt przed szefostwem i bez problemu dostała przedłużenie umowy, o co w istocie bardzo się obawiałem. Sam również miałem ogromne wątpliwości, czy nie kopie tym samym pod sobą ogromnego dołka. Wciąż byłem bowiem przekonany, że bez źródła tak naprawdę nie da się funkcjonować. Ale czy mogłem myśleć inaczej, nie mając w istocie mózgu?

Nie przyszło mi nawet na myśl, że to moje nadużywanie źródła i Margarety wielka do niego niechęć doprowadzą do tego, że sprawy w tak szybkim tempie przyjmą tak nieoczekiwany obrót. Od czasu do czasu, po nocach na mieście, zdarzało mi się nocować w mieszkaniu Margarety, która uparcie nie miała najmniejszego zamiaru przeprowadzać się do dystryktu korporacji. Mając świadomość dużej odległości od biura, zawsze zabierałem ze sobą zapas wody creativity, bez której picia co najmniej cztery razy dziennie nie potrafiłem już w tym momencie funkcjonować. Margareta początkowo przymykała na to oko, widząc jednak moje zachowanie bez wspomagania i to, jak często sięgałem po butelkę, dawała mi coraz mocniej do zrozumienia, że zupełnie jej się to nie podoba.

– Jeśli mamy być razem, ty i ja, musisz przestać chlać to świństwo. Mówię poważnie – powiedziała któregoś razu.
– Nie rozumiem – skłamałem. Rozumiałem doskonale jej niechęć. Przynajmniej tak mi się zdawało.
– Ty naprawdę nie wiesz po co to jest?
– Żeby wspomagać kreatywność – odpowiedziałem pewny tego, jak niczego innego na świecie.
– Bzdura! – prychnęła. – To jest po to, żeby ją zabijać.
Nie uwierzyłem w ani jedno jej słowo. Zbyłem ją śmiechem, ale dla świętego spokoju przestałem wynosić wodę z pracy w butelkach, by jej nie drażnić. Stwierdziłem, że temat jest skończony i nie warto go drążyć, jednak słowa Margarety wciąż brzmiały mi w głowie i nie dawały spokoju. Wzbudziła moją wątpliwość. Po raz pierwszy od lat zacząłem zastanawiać się nad sprawami, które wydawały mi się do tej pory przejrzyste.
– Ty coś wiesz? – spytałem jej kilka dni później. – Podejrzewasz, że w korporacji dzieje się coś dziwnego?
Sam nie wierzyłem w to, co mówiłem.
Margareta wyglądała na zdziwioną moim pytaniem, ale jednocześnie bardzo zadowoloną.
– Gdybyś od lat nie myślał tak, jak cię programują, szybko sam doszedłbyś do wniosku, że owszem, dzieje się coś dziwnego – zaczęła.
Przez chwilę patrzyła na mnie jakby zastanawiała się, czy ma dalej mówić, po czym poprosiła mnie, bym usiadł i kontynuowała.
– Prawdopodobnie gdybym podążyła za całą resztą do źródełka creativity od pierwszego dnia pracy, też nie widziałabym już niczego niepokojącego. Bo jakże widzieć coś takiego, gdy praktycznie ma się już gąbkę wypełnioną chemikaliami zamiast mózgu. Ale na swoje szczęście lub nieszczęście, co kto woli, stwierdziłam, że moja praca jest tak łatwa i odtwórcza, że nawet moja wrodzona kreatywność to dla niej za wiele. Ponieważ przyszłam tu pracować tylko dla pieniędzy, stwierdziłam, że mogę mieć ich tu przyzwoitą ilość bez robienia sobie krzywdy. Już w ciągu kilku dni zauważyłam, jak monotonną, wtórną i bezcelową pracę się tu wykonuje, w szczególności w waszym dziale, i jak chętnie, bez zmęczenia i znudzenia jest ona wykonywana. Widziałam, co prawda, otępienie n wielu twarzach, ale nie miało ono nic wspólnego z poczuciem bezsensu, jakie normalnie powinno pojawić się u ludzi przez lata wykonujących tak bezcelowe czynności. Nie trzeba być geniuszem, by połączyć fakty. Wasza wspaniała woda kreatywności, której nikt nie odmawia, bo to nie compliant i w ogóle źle widziane i można podpaść, to zwyczajne, otumaniające dragi trzymające wszystkich w ryzach, rysujące w oczach pracowników nowy, wspaniały, pełen sensu świat. Nic nie zostało z naszego miasta. Nic nie zostało z waszych mózgów, skoro nawet nie wiecie, czym dokładnie zajmują się wszystkie te, ciągnące miasto finansowo, korporacje. Ja, co gorsza, też nie wiem. Poza tym, że wygląda to wszystko na wielkie pralnie brudnych pieniędzy.

Gdy zakończyła swoją przemowę, nie poczułem przerażenia. Nie poczułem też oczyszczenia i oświecenia, że oto poznałem prawdę o swoim życiu. Z każdą minutą docierało do mnie coś zupełnie innego. Uświadomiłem sobie bowiem, że tak naprawdę nigdy nie pragnąłem ciała Margarety. Nie pożądałem też jej duszy. Jedyną rzeczą, której chciałem w niej posiąść, był jej mózg.
Dotarło do mnie, że niczego w życiu nie pragnąłem tak bardzo, jak odzyskania własnego mózgu, odzyskania umiejętności samodzielnego myślenia. Teraz, by wykombinować, jak to zrobić, jak odebrać wspaniały mózg Margarecie, musiałem się napić. Jeszcze tego samego wieczora poszedłem do biura i napełniłem butelkę. Napełniłem wszystkie butelki, jakie znalazłem w domu. Piłem i myślałem całą noc. O świcie pojechałem do Margarety.

Nie spodziewałem się, że woda ze źródła w takich ilościach będzie w stanie do tego stopnia mnie upoić i otępić zmysły. W dalszym ciągu nie potrafię sobie przypomnieć wydarzeń tego poranka. Co jednak mogę powiedzieć na pewno, to to, że o szóstej rano, 14 sierpnia 2060 roku odzyskałem mózg i nigdy więcej nie tknąłem już źródlanej wody.

*

„Porucznik Stanisław Starski. Notatka służbowa z dnia 15 sierpnia 2060 roku.
‚Młoda kobieta, lat około 25. Znaleziona martwa prawdopodobnie od 24 godzin. Cztery rany kłute w skroni. Rurka, zapchana jakimś glutem, wystająca z nosa. Na podłodze coś co wygląda na resztki móżdżku. Brak śladów walki. Na razie trudno zresztą stwierdzić, czy w chwili masakry była jeszcze przytomna. Przyczynę śmierci określi sekcja, ale na moje oko ktoś, lub coś, wyssał jej cały mózg.’”

– Na moje oko też, poruczniku – wtrącił Kowal, gdy tylko Starski wyłączył dyktafon. – Trzeba zacząć od przesłuchania sąsiadów. Wygląda na to, że mamy tu wampira w okolicy.
– Bardzo dobrze, zacznij od sąsiadów, Sherlocku – zakpił porucznik. Ale tę okolicę bym wykluczył. Tu nikt nie potrzebuje kraść cudzych mózgów.

Wrocław, sierpień 2014 podczas czterech dni paskudnej choroby

Komentarze (2)

  1. Przerażająca wizja świata! Świetnie napisane 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *