dom, życie

7 błędów, które popełniłam przy urządzaniu mieszkania

Dzisiaj opowiem Wam o prawdziwych problemach pierwszego świata, czyli będzie o urządzaniu wnętrz.

Marzyło mi się, by ten tekst rozpoczął się tak: mieszkanie Adriany, jak większość polskich mieszkań składało się w warstw, a wszystko trzymało się w nim najmocniejszym z praw fizyki – prawem prowizorki. Ale aż tak spektakularnie nie będzie, ten wstęp zachowam sobie więc na inną okazję. Trzy lata temu odebraliśmy nasze mieszkanie w stanie zupełnie surowym. Gołe ściany i to dosłownie, bo gołe do samego mięcha budynku, czyli do cegły. To trochę tak jak wprowadzać się do obwoźnego spektaklu preparowanych ciał dra von Hagensa, ale tylko trochę. Dla mnie super.

Mój mózg eksplodował od liczby obejrzanych inspiracji z homebook.pl, więc ufałam, że nie da się nic spieprzyć. Ano okazuje się, że wyobrażenia i rzeczywistość lubią się mijać, a i wyobraźnia czasem płata figle. Nie twierdzę bynajmniej, że w naszym mieszkaniu mieszka się źle, no ale mogłoby się mieszkać lepiej. Przed Wami siedem rzeczy, jakie dziś zrobiłabym inaczej urządzając mieszkanie.

Zdjęcia będą w miarę ładne, bo przecież nie pokażę Wam brzydkich zdjęć 😉

1. Zatrudniłabym architekta wnętrz

Co prawda przy planowaniu rozkładu korzystaliśmy z pomocy architektki zatrudnionej przez dewelopera, ale to było zdecydowanie za mało. Fakt, że się obejrzało całego Pinteresta i potrafi się całkiem nieźle projektować ulotki i plakaty nie czyni niestety ze mnie projektantki wnętrz i dziś już bym się nie porwała na samodzielne urządzanie, zwłaszcza że moje projekty istniały tylko w mojej głowie. Jasne, że architekt to dodatkowy, niemały koszt, ale jeśli kiedyś będę urządzać kolejne mieszkanie, raczej go zatrudnię, chociażbym miała przez kolejne pół roku jeść suchy makaron. Nie twierdzę, że jest to jakaś życiowa konieczność, można bez, ale następnym razem chciałabym jednak z.

2. Nie urządzałabym w ciemno, to znaczy bez projektu

Ten punkt wiąże się trochę z pierwszym, ale nie do końca. Projekt to jest absolutna podstawa. Nie musi być wykonany przez architekta, ale wykonany być musi! Największym błędem w naszym mieszkaniu okazała się kuchnia. Co prawda wielu naszym gościom się podoba, ale my wiemy, że nie tak wyglądała w naszych głowach i nie tak się umawialiśmy z ekipą. Miała być witryna. Nie ma. Miały być otwarte szafki jak na zdjęciu, które wysłaliśmy. Są otwarte szafki, ale zupełnie inne (wyglądają jakby ktoś zapomniał wstawić w nie frontów). Zresztą inne miejsca w mieszkaniu (łazienka, antresola) też powstały bez projektu, ale robił je bardzo kumaty pan remonter, któremu ufaliśmy wystarczająco, by sobie na ten brak projektu rozrysowanego na kartce pozwolić. Poza tym konsultował z nami niemal każdy krok i podpowiedział nam wiele fajnych rozwiązań, na które sami byśmy nie wpadli. Ale ekipa od kuchni to niestety było coś innego.

Niby spoko, ale to nie tak wyglądało w mojej głowie

3. Nie brałabym ekipy z polecenia

To znaczy super jest mieć polecaną ekipę, ale jeśli bierzesz fachowców, bo koleżance siostry męża dobrze zrobili, a ty nie znasz tej koleżanki, nie wiesz, co dla niej oznacza dobrze i nie widziałaś efektów tych prac, to nie ma co ufać takiej rekomendacji. Już lepiej poczytać opinie w necie. Jeśli polecenie, to jednak z pierwszej ręki.

Wbrew pozorom przystosowanie domu do potrzeb kota nie jest wcale łatwiejsze od przystosowania go dla dziecka

4. Inaczej podeszłabym do kwestii antresoli, czyli rzeczy o których się nie myśli

Nie twierdzę, że nie byłoby antresoli, bo to super sprawa, jak się ma to mieszkanie wysokie na 3,70 m. Nasza miała być pierwotnie szafą-składzikiem na graty, ale dzięki pomysłowi pana remontera, została łóżkiem. Zbudowaliśmy ją nad łazienką. Tak, dobrze czytacie – śpimy nad kiblem. I jest super. Jest jednak z nią jeden mały kłopot, którego nie przewidzieliśmy. Schody, które na nią prowadzą kończą się zwężeniem, przez co szerokość wejścia na górę wynosi zaledwie 50 cm. To nie był żaden problem, dopóki nie pojawiło się dziecko, które lada dzień zacznie chodzić i trzeba to wejście na antresolę jakoś zabezpieczyć. Bo śpimy z dzieckiem. Nie da się kupić tak wąskiej bramki rozporowej. Sprawdziliśmy już wszystkie możliwości. Tymczasowo więc zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę z łóżkiem pod schody (będziemy jak Harry Potter), a antresolę zagospodarujemy w inny sposób, być może jako skład szafek, być może jako biuro.

Oczywiście trzy lata temu, gdy budowaliśmy sobie tę antresolę, plany na dziecko były bardzo mgliste, a jeśli już były, to takie, że miało spać w łóżeczku. No i spało. Trzy dni. Dłużej nie chciało mi się w nocy po nią schodzić. Wyobrażenia kontra rzeczywistość – który to już raz?

To są schody na antresolę w czasach, gdy pokój był całkiem pusty

5. Nie byłoby dywanu

Właściwie to nie miało być dywanu tam, gdzie teraz jest, czyli w salonie. Kupiliśmy go z myślą o antresoli, ale okazało się, że łóżko niemal w całości go przykrywa, a dywan jest zbyt ładny, żeby się tak marnować. Więc co? Więc znieśliśmy go na dół, a na górze położyłam mały jutowy dywanik z Biedry. Wtedy jeszcze nie mieliśmy kotów.

Kotów co prawda nie planuje się tak jak dziecka, przynajmniej nie zawsze. Nasze planowane nie były, ale co to za dom bez kota! W każdym razie dywany i koty to nie jest coś, co powinno chodzić parami. Raz, że sierć (chociaż przyznam, że mój świętej pamięci pies kłaczył dużo bardziej), dwa: żwirek roznoszony z kuwety (głównie na naszych kapciach, koty nie są aż tak winne). Odkurzacz już nie wyrabia i w końcu będziemy musieli ten dywan oddać do prania. Można byłoby się też go pozbyć, ale po trzech latach z dywanem trochę jednak mogłoby być łyso.

Ten dywan był kiedyś zdecydowanie czystszy

6. Położyłabym podłogę z prawdziwych desek i na pewno nie byłyby białe

Strasznie zazdroszczę wszystkim, którzy mają w domach prawdziwe drewniane podłogi. Niestety to musi kosztować. Bardzo nie chciałam mieć w mieszkaniu paneli, bo szczerze ich nie cierpię, staram się jednak być oszczędną i niezbyt rozrzutną (to z jednej strony fajne, z drugiej to moje przekleństwo), więc nawet nie śniłam o prawdziwych deskach. Stanęło na desce barlineckiej, czyli takim kompromisowym, rozsądnym rozwiązaniu. Po trzech latach już wiem, że jest co prawda dużo lepsza od paneli, ale nie jest to podłoga na długie lata. No i ten kolor. Jasna podłoga zestawiona z surową cegłą daje niekoniecznie dobry efekt. W tamtym czasie oglądałam zdecydowanie zbyt dużo zdjęć białych wnętrz na Pintereście. A my nie mamy białych wnętrz.

Tak że marzy mi się, że kiedyś kupię mieszkanie na rynku wtórnym w jakiejś starej kamienicy i tam będzie piękny parkiet, który wystarczy odnowić. Teraz już się nie robi takich parkietów, więc to jedyne wyjście.

Więcej szafek!

7. Więcej szafek i miejsc do przechowywania. Dużo więcej!

W ogóle to mieliśmy mieć garderobę. Architektka od dewelopera nawet narysowała nam projekt, ale w ostatniej chwili się rozmyśliliśmy. Z jednej strony dobrze, bo dość mocno ograniczyłaby nam przestrzeń życiową na 46 metrach kwadratowych. Z drugiej, trochę rzeczy, które teraz stoją na przykład na szafie PAX z Ikei, moglibyśmy tam jednak upchnąć. Ale pal licho garderobę. I to, że książki spadają mi z parapetu. Największy problem to znowu ta nieszczęsna kuchnia. To tam najbardziej brakuje nam miejsca, bo zwyczajnie mamy za mało szafek, przy czym kuchnia jest duża i sporo jeszcze by ich pomieściła. Tu znów wychodzi nasz brak projektu, ale też kolejne zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością. Mieliśmy być minimalistami. Byliśmy nawet. Przeprowadzaliśmy się do naszego mieszkania z jednego pokoju, który zajmowaliśmy przez osiem poprzednich lat w wynajmowanym mieszkaniu. Posiadaliśmy jakieś piętnaście talerzy, częściowo popsuty blender, stary mikser, trochę sztućców powyciąganych z różnych domowych zestawów i garnki, które zostawiliśmy, bo nie były na indukcję. A później dostaliśmy trochę prezentów, kupiliśmy magiczne roboty kuchenne i zaczęłam produkować ocet oraz nałogowo kupować przyprawy. Książki blogerek kulinarnych też zajmują swoje. Życie znów pokonało wyobraźnię. Teraz więc myślimy jakby tu sobie sensownie tych szafek dorobić. Myślimy, jak poprzestawiać meble. I że w końcu trzeba zawieźć dywan do prania.

  1. Jutka says:

    A ja nie dałabym się już przekonać, że zamiast 4 osobnych punktów świetlnych w łazience wystarczy dać jedną lampę z 3 kloszami. Nie zdecydowałabym się na zatrudnienie kuzyna w formie ekipy budowlanej, bo jednak ze „swoim” czasami ciężko się debatuje. Zamiast paneli też dałabym deskę. No i najważniejsze – pomimo wszystko sama wybierałabym podłogę i drzwi do domu. Mąż stwierdził, że jeśli o wszystkim decyduję sama, to in wybierze chociaż te dwa elementy. Teraz twierdzi, że mój wybór byłby lepszy…

  2. Czemu deska barlinecka nie nadaje się do podłogi na lata?

    1. Na lata to może i jeszcze będzie, ale na dekady to już na pewno nie. Nam po trzech latach strasznie zżółkła, widać mocno różnicę między tym co pod dywanem (białe), a tym poza dywanem. (pożółkły blond). Plus czarne ślady od przesuwania nóg kanapy. Oczywiście da się ją odnawiać, ale strasznie jestem zawiedziona, że niszczeje tak szybko.

  3. Też mamy deskę barlinecką – kompromis między wyglądem (jest olejowana) a łatwością kładzenia, czasem i kosztami (mieliśmy 2 miesiące na generalny remont całości). Lubię tę podłogę. Ale fakt, nie mamy cegły na ścianie, żeby się z nią gryzła. No i zżółkła.

    Braku architekta nie żałuję. Ale na pewno następnym razem weźmiemy do konsultacji. Bo te błędy, które popełniliśmy, były do uniknięcia, gdybyśmy mieli większe doświadczenie.

    Dzięki, że się dzielisz!

  4. Miejsca do przechowywania – coś, czego u nas niemal kompletnie nie ma i na co zupełnie nie zwróciłam uwagi, jak wybieraliśmy nasze mieszkanie. Drugi raz nie popełniłabym tego błędu 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *