Nasi, czyli ballada o Januszu

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , , , ,

Pisarz Janusz Rudnicki publicznie nazwał dziennikarkę kurwą. Niby taki żart. Niby nieszkodliwy, bo on ponoć tak zawsze, taki chamski dowcip i takie szorstkie obycie. Tak go bronią znajomi, wśród których są nawet znane feministki. A mogliby chociaż milczeć.

O upokarzającej sytuacji, jaka ją spotkała ze strony pisarza opowiedziała na łamach Wysokich Obcasów dziennikarka Anna Śmigulec:
“Rok temu miałam wywiad ze znanym pisarzem, którego podziwiam od dawna. W wywiadzie był błyskotliwy i ujmujący, cieszyłam się, że go wreszcie poznałam. Odprowadził mnie kawałek, okazało się, że lubimy tę samą kawiarnię nieopodal. Ja szłam do niej od razu, on rzucił, że może wpadnie tam potem, z kolegą. Rzeczywiście, z godzinę później, kiedy siedziałam już z koleżanką, reporterką, dołączył do naszego stolika. Rozmawiamy miło, kafejka pełna ludzi, aż tu nagle w drzwiach pojawia się ów kolega, a pisarz woła do niego: „Chodź, kurwy już są!”. Zamurowało mnie. Nie zrobiłam nic, choć na co dzień jestem asertywna i reaguję, gdy komuś dzieje się krzywda.”

Dzień po ukazaniu się artykułu, Rudnicki przesłał do redakcji przeprosiny, w których tłumaczy, że tylko żartował:
“Tak powiedziałem? Kurwy już są? To wszystko? Czegoś tam chyba brakuje. W sensie, to musiało być zaokrąglone, coś w rodzaju, człowiek ich szuka po burdelach, a one siedzą tu, we Wrzeniu Świata. Czyli jakaś mikroprzypowieść – pisze Rudnicki. – Anka, do mężczyzn też mówię czasami per kurwo lub pizdolino, a kobiety do mnie „cześć chuju”. To jest po prostu taka gra na słowa, tylko i wyłącznie na słowa, a nie na ich znaczenie. Taki rodzaj kodu między samymi swoimi, taka po prostu wolna amerykanka.”

No i mogłoby się na tym skończyć, bo zrobiło się wystarczająco żałośnie, ale nie. Po kolei różni znajomi pisarza zaczęli brać go pod swoją obronę, jeszcze bardziej żałosną. Że on już tak ma. Bo wiecie, chłopcy tak mają. Czasami są chamskimi seksistami. Ale im wolno. Pod warunkiem, że są nasi. Za Rudnickim wstawiły się m.in., co zakrawa o naprawdę ciężką ironię, Kazimiera Szczuka i Eliza Michalik. Gdzie ich feminizm? Ba, gdzie ich empatia? Bo ja, czytając słowa Śmigulec tak wczułam się w jej sytuację, że aż zrobiło mi się niedobrze.

I w tym momencie odejdźmy na chwilę od pisarza Janusza i wybierzmy się na Woodstock 2017, gdzie Jurek Owsiak poucza ze sceny nieobecną tam Krystynę Pawłowicz, żeby uprawiała więcej seksu. Seksem chce ją leczyć z jej chamstwa i buractwa. Lubimy Jurka, bo to spoko koleś. Nie lubimy Krystyny, bo jest chamska i buracka. Więc co? Więc wybaczamy Owsiakowi jego jawnie seksistowską wypowiedź, bo on jest nasz, a ona powinna jak najszybciej zniknąć ze sceny politycznej. Jak bardzo wypowiedź Owsiaka różni się od słynnego cytatu z profesor Urszuli Dudziak, “ekspertki” (cudzysłów własny) MEN od edukacji seksualnej, o tym, że kobieta pozbawiona męskiego nasienia choruje? Nie bardzo. A jednak z Dudziak się śmiejemy, Jurka bronimy. Bronią go nawet znane feministki, np. Sylwia Kubryńska. Taka sama wypowiedź w ustach jakiegoś prawicowego buca uznana byłaby za niedopuszczalną.

Ale czego nie wolno Ziemkiewiczowi, wolno naszym prawda? Liberalnym, lewicowym, artystycznym, inteligenckim tym fajnym, tak? Taki morał wynika z tych radosnych przypowieści. Dochodzimy do patologicznej sytuacji, w której nieważne jest, co się mówi, ważne kto mówi i do kogo mówi. Nasi mogą, bo są nasi. Wolno im to, czego nie wolno nie-naszym, za co nie-naszych potępiamy. Hipokryzja level hard, co nie? Prawie jak wielcy przeciwnicy aborcji wysyłający swoje córki na zabiegi do Czech, bo “to co innego”. Za mocne porównanie? Nie sądzę.

Wróćmy do obrońców nieszczęsnego Janusza. Nikt im nie kazał potępiać człowieka, ale wypadałoby przecież potępić jego zachowanie. Albo milczeć. Czasami milczeć jest przyzwoiciej. Jeśli naprawdę nikt z nich nie potrafił zdobyć się na przyznanie, że kolega potraktował kobietę w naprawdę karygodny sposób, to trzeba było chociaż siedzieć cicho.

I można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że mamy tu do czynienia z jakąś chorobą elit pewnego środowiska. Gdyby chodziło tylko o Rudnickiego, można by było powiedzieć, że chodzi tylko o to. Ale przypomnijmy sobie znów Owsiaka. Bo Owsiak jest bardziej nas wszystkich. Taki wspólny, lubiany, człowiek-instytucja łączący pokolenia, Matka Teresa zanim dowiedzieliśmy się, że żadna z niej święta, cool-ziomeczek. A Krystyna taka zakała ludzkości. I odpowiedzmy sobie szczerze, czy nie rozgrzeszamy trochę Jurka z seksizmu. Tak trochę, troszeczkę, bo nasz. No jak? Czy w ogóle nietolerancja dla seksizmu (ale również homofobii, rasizmu itd.) nie kończy się tam, gdzie zaczyna się sympatia? Nie wspominając już o przyjaźni. Bo może to jest tak, że jako społeczeństwo wciąż te zjawiska rozgrzeszamy. Przynajmniej gdy chodzi o naszych. Wciąż nie nauczyliśmy się, że nie powinno być dla nich przyzwolenia, bo zgoda na te zjawiska tkwi w nas zbyt głęboko, jesteśmy przyzwyczajeni do ich normalizacji. I tak, mówię tu o tej niby takiej bardziej światłej części społeczeństwa, niby jasnej stronie, po której wciąż jednak tyle jest „januszów”.

Czytaj również:

Jak Krystyna Krystynie, czyli znów o płci i języku