Jak Powieść, to 500+

opublikowane przez Ada w książki, kultura, tagged with , , ,

Żyjemy w czasach wydawniczej bulimii, w których dzieła literatury wypchane do granic wylewają się na boki i rzygają w czytelnika czasami zupełnie niestrawną treścią. Wyznacznikiem wielkości literatury jest bowiem jej objętość.

Mówią, że nie liczy się ilość, lecz jakość i wszyscy chcemy się tego trzymać, prawda? No chyba że chodzi o książki. Rynek wydawniczy przekonuje nas, że gruby może więcej. Czytelnik w to wierzy, pisarz się podporządkuje. Jasne, że spora objętość nie wyklucza jakości, ale nie jest też jej warunkiem sine qua non. A takie przekonanie zdaje się być powszechnie panującym. Szkoda, bo czasem krócej mogłoby być lepiej.

Marcin Wicha w książce “Rzeczy, których nie wyrzuciłem” pisze, że w latach 60. wydawcy nie wstydzili się jeszcze małych książek. Teraz się wstydzą. Swoją drogą, nowy Wicha to jedna z najlepszych rzeczy, jakie czytałam w tym roku. Ma tylko 180 stron. Zresztą, jedne z najlepszych książek, jakie przeczytałam w życiu, nie miały tych stron więcej niż 200. “Narodziny dnia” Collette, “Kongres Futurologiczny” Lema, “Witaj, Smutku” Sagan. Jasne, to też o niczym nie świadczy, ale podobnie o jakości nie świadczy duży rozmiar. Tymczasem z niewielkiej objętości czyni się zarzut. Taki został postawiony przez niektórych recenzentów Dorocie Masłowskiej, gdy opublikowała swoją bezczelnie krótką powieść “Kochanie, zabiłam nasze koty”. Bo powinna była napisać dłużej, w końcu tak długo pisała. Ale Masłowska i tak ma prawo bawić się w krótkie książki. Należy do mniejszości. Tego prawa raczej nie mają debiutanci. Wymagania dotyczące liczby znaków ze spacjami na stronach wydawnictw nie pozostawiają złudzeń.

“Współczesne książki też robią się coraz grubsze i lżejsze. Głównie dzięki technologii spulchniania papieru.” – pisze Wicha. Epidemia rozdymania dotyka zresztą nie tylko nowości wydawniczych. Taka ciekawostka: mój egzemplarz “Wichrowych Wzgórz” z 2015 roku ma ponad 400 stron. Stare wydanie – 220. Różnią się one co prawda tłumaczeniem, ale o spuchnięcie książki raczej trudno winić tłumacza. Książki, jeśli nie są grube, przynajmniej powinny na takie wyglądać.

Ale w czym problem, jeśli pisarze i tak piszą długie książki, a ludzie chcą je czytać? Niby w niczym, ale. No właśnie. Dyskryminujemy “literaturę cienką”, to raz. Dwa, książki są rozwlekane na siłę. Zwraca na to uwagę Łukasz Najder w recenzji najnowszej powieści Zadie Smith (opublikowanej w Dwutygodniku). Jego zdaniem Smith mogłaby wykroić ze “Swing Time” trzy mniejsze dzieła i wyszłoby to jej na zdrowie, a sposób w jaki skleiła swoją nową książkę wpisuje się w trend niepotrzebnie rozdętych fabuł. Nie skończyłam jeszcze czytać “Swing Time”, więc nie mogę odnieść się do samej oceny najnowszej powieści Smith, ale tego trendu nie mogę nie zauważyć.

Rynek wydawniczy nie ceni minimalizmu, bo duży rozmiar jest modny. Powieść, która chce aspirować do wielkiej współczesnej literatury, obowiązkowo musi być długa, wielowątkowa i epicka (“Wielki Gatsby” nie miałby w dzisiejszych czasach żadnych szans). W prozie gatunkowej nie da się z kolei już odejść od prawa serii (bez pomysłu na kontynuację nawet nie podchodź). Całkiem jak z hollywoodzkim kinem rozrywkowym, w którym rządzą sequele, prequele i rebooty. Gatunkiem, który zdominował masową wyobraźnię widza jest serial i w pewnym sensie ta serialoza dotyka całej kultury. Bo to nie jest wcale tak, że modę na grube powieści kreują wydawcy. Nie są tak całkiem bez winy, ale powiedzmy sobie szczerze: oni po prostu reagują. A prawda jest taka, że oczekujemy opowieści, które wciągną nas na dłużej. Równoległych światów literackich i filmowych, które będą nam ucieczką. Taki właśnie mamy czas. Czasami cierpi na tym opowieść, bo w tysiącu stron łatwiej ukryć hochsztaplerkę.
I w tym wszystkim tak naprawdę to tylko cienkich książek żal.