Ojcowie XXI wieku

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , , , ,

Podobno w latach 70. ojcowie spędzali na zabawie ze swoimi dziećmi zaledwie pięć minut dziennie. Nawet jeśli jest w tym pewna przesada, model ojcostwa sprzed kilku dekad, utrwalony przez popkulturę (Czterdziestolatek!) i ludzką pamięć, kojarzy się zdecydowanie bardziej z zarządzaniem dziećmi niż z opieką nad nimi. Ta w patriarchalnej rodzinie jest przecież domeną matek. Ojcowie XXI wieku powoli wyzwalają się z tego modelu. Nikogo (no może poza autorami dziwnych testów z wiedzy o społeczeństwie) nie dziwią tatusiowie pchający wózki i okupujący ławki na placach zabaw. Znamy ojców, którzy poszli na tacierzyński itd. Można powiedzieć, że idzie ku dobremu. Ale w tym dobrym jest pewna rysa. Jest pewien zgrzyt w atmosferze, która tworzy się wokół zaangażowanego ojcostwa. To rysa bohatera.

Sposób w jaki mówi się o zaangażowanych ojcach w mediach i reklamie, to jak przedstawiani są przez popkulturę, wreszcie jak w dużym stopniu postrzegamy ich same – to wszystko dalekie jest od normalności. A właściwie od tzw. „przejścia nad tym tematem do normalności”. Zaangażowany (czytaj: opiekujący się dzieckiem) ojciec jest zauważalny. Jest widoczny zawsze. Jak wyjątkowo ładny pies. Wybija się z tłumu. Tak, ja też się na tym łapię! Ja też ich wszystkich zauważam i myślę sobie „fajny tata”. Może dlatego, że wciąż jest ich, tych ojców spacerujących, tych wózkowych ojców, relatywnie mało. Ale to jeszcze nie jest powód, by traktować ich jak bohaterów. Matki są przecież niewidzialne. Są niewidzialne robiąc dokładnie to samo, co ojcowie bohaterowie, nad którymi rozpływa się cała rodzina.

Ojcowie z reguły radzą sobie z dziećmi całkiem nieźle (tak jak z reguły radzą sobie z nimi matki). Nie mogą tylko urodzić (mówimy tu o cismężczyznach) i karmić piersią, cała reszta stoi przed nimi otworem. Opieka nad dziećmi nie czyni z nich bohaterów. Aura bohatera nie pomaga lepiej zmieniać pampersów.

Nie trzeba być superbohaterem, żeby wyjść z dzieckiem na spacer. Nie wymaga tego również ubieranie córki z różowe tutu i plecenie jej warkoczy. Jasne, to takie wstydliwe dla chłopaków i wiele trzeba, by się przemóc. Oczywiście. Tak przynajmniej próbuje nas przekonać przekaz medialny, nawet ten z dobrymi intencjami (czytaj: nawet niektóre kampanie społeczne). Jakby facet potrzebował szczególnej zachęty do bardziej zaangażowanego ojcostwa. Czegoś w rodzaju czarnego opakowania jogurtu i napisu 7zbóżMEN. W tym wypadku takiej peleryny niewidki superbohatera. Ach tak, i jeszcze wózka w neutralnym kolorze i nosidła o sportowym charakterze, bo z innym wyjść to już wstyd. Czasem czytam takie rzeczy na blogach. Piszą to kobiety. Bo niestety, ale my same też w ojcach zaangażowanych widzimy bohaterów, chcemy im to rodzicielstwo ułatwiać, jakby było czymś wstydliwym w formie kojarzącej się z kobietą.

Zaangażowany ojciec jest hot. Znakomicie oddaje to popkultura. Pamiętacie film „Był sobie chłopiec” i postać Willa, granego przez Hugh Granta, który udawał samotnego tatę by wyrywać na to laseczki? To wiecie o co mi chodzi. Matki wyrywające kolesi na dziecko? Już prędzej próbujące na dziecko złowić frajera! Tak sobie myśli przeciętny Kowalski. To nie jest hot. To dla ludzi jest not.

Nie chodzi mi tu o to, by w jaki sposób dyskredytować zaangażowane ojcostwo. Wręcz przeciwnie. Potrzebujemy go jak mało czego. Ale potrzebujemy jego normalizacji. Nie wiedzie ona przez aurę superbohaterstwa.