Moich 7 pierwszych prac. Tak, jak się to robi w Polsce

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , ,

Pamiętacie, jak w tamtym roku blogerzy tłumnie pisali teksty w łańcuszku pod tytułem „Siedem Pierwszych Prac”? Nie napisałam wtedy tego wpisu – zanim się do tego zabrałam, temat ucichł i o nim zapomniałam. Robię to teraz. Przypomniał mi się nad ranem, gdy rozbudzona po ostatnim karmieniu córki, nie mogłam już zasnąć i myślałam o książce Kamila Fejfera „Zawód”, której recenzję możecie przeczytać w tym wpisie. Pomyślałam o tym, że warto ten tekst napisać właśnie tak. Nie po to, żeby narzekać, bo ostatecznie moja historia kończy się całkiem niezłymi pieniędzmi i raczej nie powinnam uważać się za przegrywa. Po to, by podejść do tematu możliwie najszczerzej i przyjrzeć się sobie samej w paszczy rynku, który wcale nie dla wszystkich jest rynkiem pracownika. Przed Wami więc moich siedem pierwszych prac w wersji zupełnie bez lukru.

Zanim przejdę do punktu „doświadczenie” w moim CV, tradycyjnie rozpocznę od wykształcenia. Jest rok 2003 i studiuję prawo. Na zajęciach z prawa pracy uczę się o umowach o pracę. Na zajęciach z cywila zakuwam umowy o dzieło i umowy zlecenia. Jeszcze nie znam słowa śmieciówka. W mojej kształconej w prawie wyobraźni nie pojawia się nawet najmniejsza myśl, by dzieła i zlecenia stosować w przypadku normalnej, etatowej pracy. Ale co się odwlecze. Jeszcze się tego dowiem.

1. Aniołek
Jest rok 2004, zbliża się Wigilia. Ubrana w absurdalny atłasowy kostium sprzedaję opłatek i sianko za 5 złotych polskich. Daleko mi do anioła, wyglądam w tej nieco wyciągniętej sukience komunijnej bardziej jak topielica. Część środków ze sprzedaży idzie podobno na domy dziecka, ale średnio w to wierzę. Naszą pracę nadzoruje szczyl w moim wieku, ciągnie ten interes wspólnie z ojcem. Dziś wyobrażam sobie tatusia jak typowego Janusza Biznesu, pewnie nim był. Chłopaczek za to jest niezłym cwaniaczkiem, robi na mnie jak najgorsze wrażenie.
Gdy widzę kątem oka koleżankę z roku, szybko przechodzę na drugą stronę galerii. Bo trochę mi wstyd, bo jednak wciskam kit, a taki sam opłatek to za darmo dostaje się od księdza, jeśli się go przyjmuje, ja nigdy nie przyjmuję. Pamiętam, że zarobiłam wtedy w sumie 82 złote. Pracowałam dwa, albo trzy dni. Nie był to taki najgorszy zarobek.

2. Dziecko wojny
To prawdopodobnie jedyna moja praca, o której nie mogę powiedzieć nic złego, no może poza tym, że głównie się w niej czeka i płacą grosze. Przez dwa dni statystuję w niemieckim filmie o wypędzeniach udając dziecko wojny. Do dziś nie widziałam tego filmu.

3. Windykacja
Jest rok 2006, skończyłam studia i muszę zmierzyć się z rzeczywistością. A rzeczywistość jest taka, że jestem w czarnej dupie. Nie myślę nawet o aplikacji (może za rok, tak sobie myślę, może jak się odbiję finansowo i może jak się dobrze do niej wykuję), bo zwyczajnie mnie na nią nie stać. Kiedy jesteś na aplikacji, nie masz zbyt wiele czasu na pracę (czy raczej dorabianie), gdy jesteś na aplikacji adwokackiej czy radcowskiej, to ty musisz w dodatku za nią płacić. Mnie zwyczajnie na to nie stać, więc muszę poszukać sobie pracy. W mieszkaniu hula co prawda od dawna szybkie łącze, ale w tamtym czasie roboty szuka się jeszcze głównie z dodatkiem Praca do poniedziałkowej Wyborczej, a CV-ki drukuje i roznosi osobiście. Mój list motywacyjny wygląda zaiste imponująco: nie mam doświadczenia, ale szybko się uczę – w jakichś 2500 tysiącu znakach, bo umiem też lać wodę. Szukam tak prawie dwa miesiące, prawie ląduję w KFC, gdy nagle los się do mnie uśmiecha i zostaję zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną do firmy windykacyjnej. Nie brzmi fajnie, co nie? Ja jeszcze w pamięci mam film Dług i źle mi się egzekwowanie należności kojarzy. Ale praca w call center rąk nie brudzi. Brudzi tylko trochę duszę. Szkolenie trwa dwa tygodnie, płacą nam za ten czas, co jest naprawdę spoko, bo mogliby nie. Za trzy dni ośmiogodzinnej rekrutacji jednak nie dostaje się nic. Umowa jest o pracę, czas śmieciówek jeszcze nie zaczął się na dobre, to też jest spoko. Mniej spoko jest dwuzmianowy tryb pracy, opierdol za dwie minuty spóźnienia (a poranna zmiana na 7.30, chodzę do tyry piechotą by oszczędzić na komunikacji miejskiej, zajmuje mi to godzinę) i wypłata: szalone 900 złotych, po które w dniu matki boskiej pieniężnej ustawiamy się w kolejce do bankomatu bzwbk koło Plusa (jeszcze nieprzejętego przez Biedronkę). 900 złotych za wyżywanie się na ludziach. Nie potrafię się wyżywać, nie jestem skuteczna, nie dostaję premii. Nigdy nie palę tylu papierosów, co wtedy. Rzucam tę robotę, gdy tylko nadarza sie okazja. Na szczęście nadarza się szybko.

4. Biuro podróży
A nadarza się w ten sposób, że chłopak mojego kumpla jest kierownikiem w biurze podróży i proponuje mi pracę. To nie te czasy, gdy program poleceń w firmach jest czymś normalnym i sformalizowanym. Praca po znajomości wydaje się rzeczą wstydliwą (kojarzy się wyłącznie z nepotyzmem), trochę się więc sramy z kolegą i nie przyznajemy przed resztą ekipy, że znaliśmy się wcześniej. W biurze podróży zarabiam szalone 1800 złotych, w porównaniu z zarobkami w windykacji mały majątek, i utykam tam na dwa lata. W ciągu tych dwóch lat poznam wszystkie słabości tej branży, do dziś ręka mi drży, gdy bookuję bilety lotnicze. Przewałki księgowości, noszenie grubego hajsu w plecaku, by wpłacić je na konto firmy (zupełnie bez obstawy), uwięzienie w biurze późnym i ciemnym wieczorem przez klienta, któremu firma wystawiła fałszywe bilety, szalone wypady samolotem do Warszawy, noclegi w Mariotcie, podczas gdy płynność finansowa kwiczy, niemal upadek biura podróży, któremu zapobiega wyłącznie przejęcie przez inną firmę, dzięki czemu nie lądujemy wszyscy na bezrobociu. Jedno, czego o tej pracy powiedzieć nie mogę, to to żeby było w niej nudno. Biuro ostatecznie przestaje istnieć, chociaż dowiedziałam się niedawno od policjanta (po dziesięciu latach przyszło mi zeznawać w sprawie klienta, który miał robić naszą firmę w balona, atrakcje nie mają końca), że firma wciąż figuruje w KRS, taka ciekawostka.

5. Portal miejski
A nie ma mnie tam, bo w międzyczasie stwierdzam, że jednak zawsze chciałam pracować w mediach i idę na podyplomówkę z dziennikarstwa. Kończę ją i po cichu zaczynam rozglądać się za nową pracą, bo pomimo niewątpliwych atrakcji, jakie zapewnia mi biuro podróży, nie chcę sprzedawać biletów lotniczych do końca życia. Na Goldenline odzywa się do mnie chłopak prowadzący we Wrocławiu redakcję portalu miejskiego mmwrocław i tak d słowa do słowa zaczynam przychodzić do redakcji co rano przed pracą (robota w BP zaczyna się o 10). Za darmo. Wkręcam się i dostaję obietnicę rychłego zatrudnienia, jeśli będę przychodzić do redakcji na osiem godzin. Robię więc coś, czego nie powinno się robić we wrześniu 2008 roku. Odchodzę z pracy, nie mając podpisanej umowy w innej firmie. Na świecie zaczyna się kryzys finansowy, a w moim życiu de facto zaczyna się bezrobocie, chociaż roboty mam w chuj. Oczywiście mogę sobie pluć w brodę, że zrobiłam głupotę, ale to prawie tak, jakbym się obwiniała za to, że ktoś mnie zgwałcił, bo założyłam krótką spódniczkę. Umowę w MM dostaję dopiero w grudniu, więc przez trzy miesiące zużywam wszystkie swoje oszczędności. Oczywiście umowa jest „na dzieło”, a wypłata wynosi 600 złotych. I chociaż praca jest fajna, biegam po konferencjach prasowych, biegam po mieście i wreszcie coś piszę, po kilku miesiącach i kilku niespełnionych obietnicach etatu mówimy sobie pa pa.

6. Portal dla seniorów
Po odejściu z Mmki zaczyna się w moim życiu etap realnego, chociaż nie oficjalnego bezrobocia. Pracuję zdalnie, pisząc krótkie artykuły dla lifestylowych portali money.pl (10 zł za news na dwa tysiąc znaków, to naprawdę nie jest źle, ale trzeba naprawdę dużo tych newsów natrzaskać, czasem trwa to wieki), więc nie mogę zarejestrować się w urzędzie (no lepszy jakiś pieniądz niż żaden). Szukam pracy długo. To jest czas kryzysu, więc ofert za bardzo nie ma. Nie jest to jeszcze kryzys realny, to bardziej czas nakręcania strachu przed kryzysem i wykorzystywania słowa „kryzys” do usprawiedliwienia śmieciówek, zamrożenia płac i tego nieszczęsnego braku ofert na rynku. Generalnie dramat. Dopiero po roku udaje mi się znaleźć robotę. Przez trzy miesiące prowadzę portal dla seniorów. Czy ja coś wiem o seniorach, poza tym, że jeszcze kilka lat wcześniej miałam babcie? Oczywiście nie. Ale nie o to chodzi w takich portalach, robionych na boku przez małe firmy zajmujące się czymś innym. Chodzi o ilość, a nie jakość. Oczywiście umowa zlecenie. Przebąkują co prawda, że potem może być etat, ale gdy po wyznaczonym czasie dopytuję o niego, zaczyna się ą ę, no nie.Na szczęście, gdy chcę zrezygnować ze zdalnego pisania dla money.pl, bo nie wyrabiam z czasem, Emilka z Money odpowiada na mojego maila z rezygnacją: A może przyjdziesz do nas. Kasa ta sama, umowa co prawda o dzieło, ale robota trzy dni w tygodniu. Oczywiście, że do nich idę.

7. Money
Ląduję więc w money.pl i czuję się, jakbym złapała pana boga za nogi. Kiedy studiowałam na podyplomowym dziennikarstwie, praca w redakcji moneya wydawała mi się spełnieniem marzeń, założyłam sobie wtedy nawet, że docelowo tam wyląduję i oto moje marzenie się spełnia. Na początku jest naprawdę super. To znaczy w pewnym sensie super jest do końca, bo redakcja moneya to prawie jak rodzina, mija już pięć lat odkąd tam nie pracuję, a wciąż chodzę na imprezy pożegnalne zwalniających się kolegów i koleżanek. A z moich ludzi zwolnili się już prawie wszyscy, portal kilka lat temu został wykupiony prze wp i to już nie to samo miejsce.
Umowę o pracę dostaję szybko, bo po pół roku, i wskakuję na pełen etat. Ponad dwa lata, które spędzę w redakcji, to szkoła dziennikarstwa, ale też frustracji. Zarabiam co prawda nieźle (chociaż z dzisiejszej perspektywy widzę to jednak marnie, ale wtedy nie mam jeszcze nawet 30 lat), ale nadzieje na podwyżki są raczej iluzoryczne. Dość powiedzieć, że jeden z kolegów, który pracuje tam już bardzo długo i jest naprawdę dobry w tym co robi, podwyżki nie widział od sześciu lat, inna koleżanka boi się nawet o podwyżkę zapytać. Ale pieniądze to nie wszystko. Frustruje robienie dziennikarstwa przez telefon, to że mówią ci, że portal ma być premium, a na napisanie porządnego reportażu dają… cztery dni, że o czytelniku mówi się, że to ćwierćinteligent (kiedy czytasz komentarze, to zaczynasz w to wierzyć – do dziś nie przeczytałam komentarzy pod moimi kilkoma felietonami politycznymi, które tam uczyniłam, bo trochę się boję), więc trzeba do nich pisać jak do debili (chociaż z drugiej strony ma być premium). Nie zrozumcie mnie źle, kochałam tę pracę, ale psychicznie wymęczyła mnie do tego stopnia, że postanowiłam sobie, że nie będę dziennikarką dłużej niż do trzydziestki. I tak w Sylwestra 2012 roku, trzy tygodnie po trzydziestych urodzinach, odeszłam z pracy.

To była praca siódma. Teraz jest ósma, w wielkim korpo. To też nie są rurki z kremem. Bo jest outsourcing i całe gówno spod znaku korpo-biurokracji, robienia rzeczy bez sensu, które później trafiają do kosza. Ale to już materiał na inną opowieść, bo jak siedem pierwszych prac, to trzymamy się tego, że siedem.