Przekleństwa technologii

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , ,

Nie jest łatwo być mną. Jestem panią czarnych scenariuszy, mistrzynią w zakładaniu najgorszych opcji. Dość powiedzieć, że nieodebrane telefony przyprawiają mnie o ataki paniki. Świat technologii i szybkiego obiegu informacji to dla mnie zdecydowanie koszmarny świat. Szczególnie, gdy zawodzi.

Mojej matce popsuł się smartfon. Stary rzęch. Nie pomógł ani reset, ani wyjęcie baterii, więc tak na amen. Matka pojechała nad morze, tam jej się popsuł. Kontaktu więc zero. Bo ani ona nie ma żadnego notesu z naszymi telefonami, ani ja nie znam numeru do przyjaciółki, z którą pojechała. I tak przez trzy dni próbowaliśmy się z bratem dodzwonić na ten popsuty telefon. W grę wchodziła przecież jeszcze opcja, że zapomniała naładować, że go położyła w jakimś miejscu bez zasięgu, albo włączyła przypadkiem tryb samolotowy i może za którymś razem jednak zadziała. Ale nie zadziałał. Więc w grę wchodziło również: morderstwo, amnezja lub porwanie dla okupu/przez kosmitów. Oczami wyobraźni widziałam już twarz mojej matki w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, którego, co prawda, już nie emitują, ale rozumiecie ideę. Widziałam jak zgłaszam zaginięcie na policji, jak zastanawiam się, czy miała wrogów, komu w klubie emeryta mogła podpaść. Tu naprawdę nie ma nic śmiesznego.

W końcu mój brat przeszedł się do sąsiadów i uzyskał numer koleżanki naszej matki. Matka bawi się dobrze. Nad morzem nie spadła ani kropla deszczu. Nie to co we Wrocławiu.

Żeby mi się to jeszcze zdarzyło po raz pierwszy. Jasne, tym razem groza sytuacji większa. Trzy dni z komunikatem automatycznej sekretarki to nie przelewki. Ale ja tak na co dzień. Wystarczy, że mąż pójdzie wieczorem na imprezę firmową i nie odbiera komórki. Ja już widzę ten jego rower pod kołami nocnego tramwaju (we Wrocławiu nie ma nocnych tramwajów, więc powiedzmy, że autobusu albo tramwaju pierwszego w rozkładzie nad ranem), chociaż ostatnio raczej nie jeździ już na imprezy rowerem (więc widzę go, bez tramwaju).

Nie jest więc łatwo być mną. A jest jeszcze trudniej odkąd jesteśmy telefonicznie uwiązani. Odkąd brak odpowiedzi na wiadomość na fejsie równa się podejrzeniu o focha, a kilka dni bez meldunku na social media zakrawa o prawdopodobieństwo nagłej śmierci. Nie przypominam sobie swoich ataków paniki w czasach telefonów stacjonarnych i kartek pocztowych, ale prawdopodobnie byłabym jedną wielką paniką, gdybym znów miała w nich żyć.
Coś za coś.