Pierwsza w życiu podróż z niemowlakiem i jak ją przeżyć

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , , ,

Czym podróż z dzieckiem różni się od podróży bez dziecka? Pewnie wielu rodziców, którzy mają ją jeszcze przed sobą zadaje sobie to pytanie i być może przychodzi im na myśl odpowiedź „wszystkim”. Śpieszę jednak uspokoić, że aż tak tragicznie nie jest, a podróż różni się głównie obecnością dodatkowego, małego pasażera. Może nie tak neutralnego jak dodatkowa sztuka bagażu, ale też nie niszczyciela i destruktora wakacji. No chyba, że trafi się komuś wyjątkowo złośliwa sztuka. Dziś opowiem Wam o naszej pierwszej podróży z Małą Luizą.

No dobra, nie do końca była to pierwsza podróż. Młoda jeździ z nami na dłuższe i krótsze wycieczki odkąd skończyła dwa czy trzy tygodnie (już nie pamiętam). Ma na swoim koncie m.in. sześciogodzinną wyprawę zakorkowaną A4 z Wrocławia do Bielska-Białej (trasa, którą normalnie pokonujemy w dwie i pół godziny, która to nas omal zupełnie nie zniszczyła psychicznie, tymczasem młoda ją zwyczajnie przespała). No ale wszystkie te większe i mniejsze podróże Lu spędziła bezpiecznie zapięta w swoim foteliku w naszej wiernej czarnej fieście znanej w rodzinie jako zapalniczka. Tymczasem czekała ją pierwsza w życiu podróż samolotem. I to aż 3-godzinna, bo na Cypr. Nie za długo, ale też nie jakimś expresem. Ja na swój pierwszy lot czekałam 24 lata, więc niech dziecko doceni, jakie ma szczęście, co nie!

Samolot

Serio, byłam przygotowana na najgorsze. Mój poziom empatii może nie jest najwyższy z możliwych, ale wszystkie loty w moim życiu, podczas których na pokładzie był płaczący niemowlak przeżywałam podwójnie. Tak bardzo współczułam tym malaczkom, które nie rozumiały, co się dzieje, gdy zatykało im uszy (locie z Shannon w 2012, nigdy cię nie zapomnę, giń ciemna mocy turbulencji, giń!). Okazało się, że Lulix lot samolotem znosi całkiem nieźle. Tak przynajmniej było w pierwszą stronę. Niemal całą drogę spędziła przyklejona do cyca i nie płakała prawie wcale. A potem ta jej ekscytacja, gdy wyszliśmy z samolotu i zobaczyła wielki terminal. Bezcenne! Z powrotem było trochę gorzej. Lecieliśmy wieczorem i była już bardzo zmęczona po całym dniu, więc odegrała swoje normalne wieczorne marudzenie. Ze zdwojoną siłą. Nasi przyjaciele, z którymi spędzaliśmy te wakacje patrzyli na nas (na męki nasze) z nieukrywaną satysfakcją (podczas pierwszego lotu to ich 1,5-roczna córka dawała czadu). Wredoty.

Krowa plażowa

Czas na weryfikację naszego stylu życia i podróży

Nie żebym była jakąś wybitną backpackerką. Ostatni obskurny hostel, taki młodzieżowy wiecie, zaliczyłam w 2011 roku. Był to hostel Graffiti w Barcelonie, ponoć bardzo znany, a nawet w pewnych kręgach kultowy. Nigdy więcej. Od tego czasu, nie licząc jednej wpadki w Paryżu (Paryż jest bardzo drogi, a byle norę nazywa hotelem) swój tyłek wożę wygodnie. Może nie zawsze all inclusive (byłam dwa razy, było fajnie, ale na dłuższą metę nuda, więc gardzę), ale zawsze jako tako. Więc nie, nie doszło tu do radykalnej zmiany stylu życia i podróżowania z rodzaju „kiedyś furmanką do lasu, teraz biznesklasą na luxus wczasy”. Ale trochę zmienić się musiało. Przy czym bardziej niż dziecko, na nasz styl podróżowania podczas wyjazdu na Cypr wpłynęła reszta towarzystwa. Otóż zabraliśmy się w tę podróż z naszymi przyjaciółmi, rodzicami dwóch córek. Przez kilka lat odrzucaliśmy ich propozycje wspólnego wyjazdu widząc w naszych stylach spędzania wakacji zbyt wiele różnic nie do pogodzenia. Tym razem jednak, będąc w posiadaniu dziecka sztuk jedna, jechaliśmy już na tym samym wózku, więc przystaliśmy na kompromis. Kompromis polegał na tym, że pojechaliśmy na Cypr, a nie do dziury nad Bałtykiem (jeśli Bałtyk, to tylko Trójmiasto i żadne dziecko tego w moim życiu nie zmieni!). To znaczy pojechaliśmy do małej dziury na Cyprze.

Porzuciliśmy tym samym nasz dotychczasowy, wypracowany lata temu i sprawdzający się doskonale styl spędzania wakacji: kilka dni intensywnego szwendania się po jednym dużym mieście, kilka dni w małej miejscowości na totalnym chilloucie, kilka intensywnych dni w kolejnym dużym mieście. Przez intensywne szwendanie nie mam na myśli biegania od zabytku do zabytku. Odpuściłam sobie to lata temu. Chodzi bardziej o gubienie się w uliczkach, wchodzenie do dziwnych sklepów, gastro-wczasy i, co tu kryć, trochę nocnych alko-swawoli. Z oczywistych przyczyn alko-swawole poszły w całkowitą odstawkę. Okazało się również, że intensywne szwendactwo póki co też musieliśmy ograniczyć. A wszystko to przez temperatury.

Szwendamy się. Więcej bobasa w podróży na instastories 😁 #cyprus #cypr #lula #bobas #baby #babyluiza

Post udostępniony przez Ada T. Kosterkiewicz (@rcvnk)

Niska tolerancja temperaturowa

Temperatury na Cyprze w sierpniu są wysokie. Ale to naprawdę wysokie. I pewnie sami jakoś byśmy je przeżyli i szwendali się intensywnie pomimo gorąca, ale nasza córka ewidentnie nie jest fanką ukropu. Zresztą wiem to nie od dziś, wrocławskie upały dawały jej w kość równie mocno. Tak więc naszą wyprawę do Nikozji, gdzie nie wieje nawet wiatr od morza, bo nie ma tam morza, wspominam naprawdę źle, bo wymęczyliśmy te nasze maluchy niemiłosiernie (na koniec jeszcze pomyliliśmy autobusy i wracaliśmy do domu godzinę dłużej). Pozostałe dni staraliśmy się więc spędzać jak najbliżej wody.

Straszne upały wiązały się też z większym zapotrzebowaniem na płyny. Ergo, dużo wiszenia na cycu. Oraz z ciągłym smarowaniem filtrem 50+. Ergo, codzienne kąpiele malucha, który normalnie myje się co dwa, trzy dni, żeby to z niej zmyć. Oraz z wielkim cierpieniem w ubraniu. Ergo, bobas śmiga w samym pampersie.

Po tym wszystkim podjęliśmy decyzję, że następnym razem jedziemy na Islandię.

A jednak przygoda!

Jeśli myślicie, że wraz z dzieckiem skończą się wam przygody (i przypały!) w podróży, to źle myślicie. Ja tak myślałam i źle myślałam. No, powiedzmy sobie szczerze, niektóre się pewnie skończą, ale pojawią się nowe, innego typu. Zamiast wspominać, w jakich to dziwnych miejscach uprawialiście seks (na przykład na plaży), będziecie być może wspominać dziwne miejsca, w których wasze dziecko zrobiło największą kupę świata (na plaży, w wózku, po pachy, doczyściliście je ostatecznie w morzu, wózek też jakoś przeżył) oraz najdziwniejsze miejsca, w których przyszło wam karmić piersią. Co do tego ostatniego, to myślałam, że kolejki do odprawy bagażowej, podczas której to młodzież dzielnie ssała w nosidełku robiąc mi wielką malinkę (nie widziałam, jak wyjmowałam) nic nie przebije, ale jednak śmietnik za meczetem (jednocześnie kocia miejscówka) dał radę. W tym czasie moja przyjaciółka była owijana przez jakiegoś gościa w wielką płachtę, by ten meczet zwiedzić, a mój mąż biegał dookoła, czatując, by nikt mnie nie przepędził za obnażanie (udało się, nikt nie przyszedł).

Ale największa przygoda była dopiero przed nami. I nie było to wcale pomylenie autobusów. Otóż mąż mój, przekraczając granicę dwóch Cyprów (greckiego i tureckiego) w Nikozji z wózkiem przed sobą, nie pokazał dowodu do kontroli (ani swojego, ani dziecka). I tak przeszli. Bez problemu. Problem był z powrotem. Bo nie było ich w systemie! Oczami wyobraźni widziałam już, jak zamykają go za kradzież dziecka, a dziecko umieszczają w cypryjskim bidulu. Tak to prawie zniszczyło nas rozpieszczenie przez unijne granice. Na szczęście skończyło się tylko na pytaniu:

– dlaczego nie pokazał pan paszportu?
– bo nikt mnie nie zawołał.

Wyprawka małej turystki, czyli co zabraliśmy, a czego nie

Pamiętam wyjazd do Hiszpanii sprzed sześciu lat, kiedy to na prawie dwa tygodnie zapakowaliśmy się w dwa malutkie (takie szkolne) plecaki. Teraz ubrania naszej dwójki zmieściły się w jednym, ale była jeszcze Lulix. Lecieliśmy Wizzairem, który pozwala zabrać tylko mały bagaż podręczny, więc razem z przyjaciółmi zdecydowaliśmy się dokupić też wielką, 32 kg walizę. Nie był to zły pomysł.

Pakowanie się w podróż z niemowlakiem może przypominać chowanie do walizek całego mieszkania. Na szczęście nie było z nami aż tak źle. Co prawda do końca żyłam w strachu, że nam nie przyjmą do samolotu naszej krowy (wielkiego wózka w dwóch częściach), moje obawy okazały się jednak nieuzasadnione. A krowa okazała się bardzo przydatna (upchałam tam na nielegalu buty, które nie zmieściły się w podręcznym, ani w walizce).

tak było 🙂

Co wzięłam*:

  • Ponton vel kokon niemowlęcy. I to tylko dlatego, że jeszcze się zmieścił do walizki. Co prawda Lulix trochę już z niego wyrasta, ale ponieważ w naszym apartamencie było tylko jedno dziecięce łóżeczko (które zajął drugi, straszy bobas, a poza tym ten nasz bobas to w łóżeczku śpi raczej niechętnie) na wszelki wypadek woleliśmy go mieć. Okazało się oczywiście, że Młoda cały wyjazd przespała między nami, rozwalając się w poprzek i spychając nas z łóżka.
  • Ciuszki, sztuk dużo. Dużo więcej niż sztuk ubrań dla dorosłych. Ostatecznie większości outfitów Lu nie miała okazji założyć, bo raz, że mieliśmy pralkę, dwa: okazały się zbyt ciepłe.
  • Zabawki, sztuk cztery w składzie: żyrafka, berło (grzechotka), kutażabka i lisek. Wszystkie się przydały, żadna nie zaginęła.
  • Szumiący miś. To znaczy też zabawka, ale wymieniam osobno ze względu na jego szumiąco-uspokajającą funkcję. Dzień przed powrotem nam się popsuł, na szczęście nie na amen (tylko bateria się wypięła).
  • Pampersy. Tyle ile zmieściłam, nie za wiele, dokupiłam na miejscu.
  • Krem z filtrem 50+. To must have, wiadomo.
  • Ręcznik z kapturem kaczką
  • Majtki do kąpieli z funkcją wielorazowej pieluchy do wody (zamiast jednorazowych pieluch do wody)
  • Bambusowy otulacz, czyli taki letni kocyk
  • Nosidełko (ale przydało się tylko raz na lotnisku, poza tym było na nie za gorąco)
  • Wózek wielką krowę
  • Kartę ekuz (na wszelki wypadek)

Czego nie wzięłam:

  • Wanienki. Nie było jak, nawet tej naszej turystycznej. Na szczęście opracowaliśmy genialny sposób kąpania młodej, tzn. ze mną w wannie. Podobało jej się chyba nawet bardziej niż morze.
  • Piłki do skakania, na której często usypiamy młodą. Po powrocie okazało się, że piłka dożyła swoich dni (prawdopodobnie zamordowana przez koty)
  • Torby od wózka (nie zmieściła się)
  • Przewijaka
  • Prawdopodobnie wielu innych rzeczy

Podsumowując

Czy wakacje z dzieckiem są lepsze od tych bez dziecka? No nie. Tak szczerze, to tęsknię za naszymi bezdzietnymi wakacjami i pewnie prędzej czy później (pewnie później, czytaj: gdy dziecko nie będzie już chciało wozić się ze starymi) znów na takie pojedziemy. Czy są gorsze? No nie. Są całkiem fajne. I nawet nie aż tak bardzo inne. Naprawdę da się przeżyć.

Gdzie byliśmy: Cypr, Pervolia, około pół godziny autobusem od Larnaki
Czym lecieliśmy: Wizzair, Katowice-Larnaka
Jak nocowaliśmy: AirBnb
Gdzie plażowaliśmy: Faros (Pervolia), plaża miejska w Larnace
Jak się przemieszczaliśmy po wyspie: autobusem podmiejskim (Larnaka i okolice), autobusem międzymiastowym (do Nikozji)
Najlepsze jedzenie i picie: Falafel Abu Dany w Larnace, bar Hoi Polloi w Nikozji (lemoniada!)

 

*daję linki gdybyście chcieli/chciały zobaczyć, co to