Czytelnia Rzeczovnika #2

opublikowane przez Ada w kultura, twórczość, tagged with

Czytelnia, odcinek drugi. Dziś w kilku zdaniach o książkach, które przeczytałam przez ostatnie dwa miesiące.

Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu – Dorota Masłowska

Masłowska felietonowa to moja ulubiona Masłowska. Pisze jak karabin maszynowy, chociaż podobno jest mistrzynią prokrastynacji, i karabinowo się ją czyta, bo – nie zapominajmy – jest również mistrzynią słowa. Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu to zbiór felietonów pisanych przez nią dla Dwutygodnika od 2013 roku. Zbiór jest naprawdę smakowity, a do tego posiada genialną szatę graficzną. Te litery z kalkomanii, te naklejki z Dynastii! Przyznaję, że tym razem, mimo całej mojej miłości do autorki, książkę kupiłam dla okładki.

Masłowska dobra jak zawsze, ale patrzcie na to!

Sekrety urody Koreanek – Charlotte Cho

To jest dopiero miłe zaskoczenie. W mojej osobistej biblioteczce istnieje pewna kategoria książek, powiedzmy że z gatunku guilty pleasure. Nazywam je „książkami w różowych okładkach” i są naprawdę moją wielką słabością. To różnego rodzaju poradniki kobiet sukcesu związane z modą i urodą. Na przykład Love, Style, Life Garance Doré (która akurat jest bardzo fajna), czy Girlboss Sophii Amoruso (też jest niezła). No dobra, słabość słabością, ale nie trafiam jednak na zupełne gnioty. W przypadku Sekretów urody Koreanek, szczerze mówiąc, byłam przygotowana na gniota. Kupiłam ją zresztą trochę dla beki z kosza w biedrze.

Okazało się, że trafiłam na całkiem przyjemną lekturę. Raz, że poznałam trochę fajnych metod pielęgnacji skóry (które w mniejszym lub większym stopniu wprowadziłam do swojej łazienki), dwa – dostałam szybki wgląd w koreańską kulturę piękna, interesującą, ale też nieco przerażającą. O zgrozo, jakże opresyjna jest to kultura! Autorka (Amerykanka koreańskiego pochodzenia) tak jej nie traktuje, widzi w niej głównie pozytywy. Pisze jednak:
„Moi współpracownicy rzucali uwagi typu „Twoje podkrążone oczy widać z drugiego końca biura albo „Co ci tam wyrosło na twarzy?”.
Cho wyjaśnia, że uwagi takie biorą się z troski, ale to troska podszyta obsesją na punkcie dobrego wyglądu. I chociaż autorka zaznacza, że ten aspekt kultury Korei Południowej w równym stopniu dotyczy kobiet co mężczyzn, to wiedząc, że mamy do czynienia z krajem mocno patriarchalnym, czytając o tym, można poczuć się naprawdę nieswojo.

Odstawieni – Jennifer Grayson

Siedzę teraz mocno w tym temacie, więc Odstawionych zamówiłam od razu po premierze. Książka amerykańskiej dziennikarki to reporterskie śledztwo rozciągające się na kilka stuleci i prawie wszystkie kontynenty. Co takiego się stało, że czynność najnormalniejsza pod słońcem stała się w naszej kulturze (kulturach!) czymś nienormalnym, wręcz wstydliwym. Co ma z tym wspólnego rewolucja przemysłowa w XIX wieku, a co lobby producentów mleka i kukurydzy? Jak wygląda naprawdę, pomimo obostrzeń i zakazów, agresywny marketing mleka modyfikowanego (obecny również w szpitalach) i dlaczego jego największym odbiorcą na terenie USA jest… amerykański rząd. Dlaczego wciąż tak mało wiemy o składzie kobiecego mleka i ile godzin (dosłownie, godzin) o laktacji uczy się na studiach przyszłych lekarzy. Grayson pisze o tym, jak karmi się (i nie karmi) piersią w Stanach i Europie, w Mongolii, Tajwanie, Chinach kontynentalnych, Wietnamie, Indiach. Nie zapomina też oczywiście o seksualnej fetyszyzacji kobiecych piersi.

Reportaż Grayson jest wielowarstwowy, pełno w nim niuansów i czyta się go jak wciągający kryminał. Pozwala też zrozumieć, że kwestia karmienia lub niekarmienia piersią to nie jest do końca sprawa indywidualnego wyboru konkretnej kobiety. Pokazuje, że za każdą matką, karmiącą lub nie, stoi historia, nastawienie otoczenia, poziom zabezpieczenia socjalnego (np. to jak wygląda w danym kraju sprawa urlopów macierzyńskich, w samych Stanach Zjednoczonych coś takiego jak płatny urlop macierzyński nie istnieje, co autorka podkreśla w swoim reportażu aż trzy razy) itd. Mnóstwo, naprawdę mnóstwo czynników, które wpływają na powodzenie bądź niepowodzenie laktacji, również na to, czy próby karmienia piersią w ogóle zostaną podjęte.

Rzeczy, których nie wyrzuciłem – Marcin Wicha

Poprzednią książkę Marcina Wichy, „Jak przestałem kochać design”, przeczytałam w kilka godzin w pociągu ponad rok temu. Kiedy tylko usłyszałam, że wydał kolejną, wiedziałam, że znajdzie się na mojej półce. Tym razem Wicha pisze o swojej zmarłej niedawno matce. Pisze o niej za pomocą rzeczy. Rzeczy, które mu po niej zostały, które przyszło mu uporządkować, sprzedać, oddać lub zachować. Ta niezręczna chwila, gdy wchodzi się do opuszczonego na zawsze przez ostatniego lokatora mieszkania i trzeba (podobno trzeba) podjąć decyzję, co się bierze. Całe życie człowieka opowiedziane przy pomocy gratów, które po śmierci właściciela tracą swoje znaczenia. Książki, które czytała, długopis, którym pisała. Oczywiście rzeczy to tylko pretekst. Takie „wszystko o mojej matce” w wersji o umieraniu. Bez ani jednej nuty nostalgii. A można by przecież popaść w sentymentalizm, bo rzeczy po zmarłych, te pamiątki, kuszą taką tanią opcją. Ale nie. Śmierć nie ma tu tragicznego wymiaru. Ma wymiar czysto ludzki.

Wicha jest grafikiem, który pisarzem bywa. Mam nadzieję, że jeszcze parę razy nim będzie, bo jego książki są znakomite.

W roli tła do zdjęć okładek wystąpił Mój Pieniek 🙂