Matka jest jedna, ale cycki ma dwa

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , , ,

Czy wiecie, że właśnie trwa Międzynarodowy Tydzień Karmienia Piersią? Z tej to okazji mam dla Was nowy matkofelek o początkach mojej „drogi mlecznej”*.

W ciągu dwóch dni w szpitalu urosły mi cycki. O więcej rozmiarów niż przez całe życie. A ja wcześniej przecież nawet nie do końca byłam pewna, czy będę karmić piersią. Tak, jak nie byłam przekonana, czy podołam porodowi siłami natury. A tu niespodzianka. Okazałam się najzwyklejszym zwierzęciem, a moje ciało dobre jest, łaskawe jest. Moje sutki pancernymi są. A potem wyszło na to, że świat jest średnio łaskawy dla zwierząt.

Przez trzy dni w szpitalu myślałam, że wygrałam los na loterii. Gdy współlokatorki z sali walczyły o każdą kroplę, moje dziecko ssało jak złoto. A potem przyszła położna z wagą, powiedziała, że młode spadło na niej zbyt wiele i zarządziła sztucznie dokarmić. Dokarmiłam więc raz jeden 20 mililitrami i nie wiem nawet, czy to zrobiło różnicę czy nie. Potem przyszła do nas doradczyni laktacyjna i powiedziała, że moje dziecko, urodzone w porodzie wywoływanym sztuczną oksytocyną, miało prawo spaść na wadze więcej niż książkowe 10 procent. Szach mat. Dzięki ci o Pani za tę kobietę, ale czemu tak późno!

Potem zabrałam dziecko do domu i myślałam, że będziemy sobie teraz spokojnie żyć w krainie mlekiem płynącej. Ale nie mieszkałyśmy w próżni.

Dlaczego to dziecko tak często je? Dlaczego ono tak długo je?
Dlaczego ono tak płacze, może jest głodne, może twojego mleka jest za mało, może twoje mleko jest jałowe (!), przecież ty nie jesz mięsa, może ono jest niepełnowartościowe?

Tak kobiety z plemienia mego, starszyzna plemienna, zaczęły szkalować moje mleko. I pewnie nie uległabym im, gdyby nie mąż, który uległ. Jeszcze nie wiem, czy kiedyś mu to wybaczę. Padłam pod naporem antylaktacyjnego terroru ciotek. Tym oto sposobem przez trzy tygodnie jeden posiłek dziennie, ten zaraz przed snem, składał się ze sztucznej mieszanki. Dla świętego spokoju, chociaż zgodziłam się niby po to, by chociaż trochę odzyskać życie. Albo przynajmniej odzyskać noc. Nie powiem, żeby to pomogło mi odzyskać je jakoś szczególnie.

Sztuczne mleko jest oczywiście bardziej demokratyczne. Równouprawnienie w nim jest, to fakt. Karmić nim każdy może. Ale nie o takie równouprawnienie walczyłam. No i mnóstwo z nim zachodu (znaczy w chuj jebania). A za każdym razem, gdy trzymałam tę butelkę w dłoni, było mi tak bardzo smutno i źle. Tak wewnętrznie smutno i źle, że aż płakać mi się chciało. I nie przez laktoterrorystki, które mogłyby mnie nazwać złą matką, tylko tak po ludzku zwierzęco.

A cycki pęczniały i pęczniały, aż pewnego dnia strzeliły jakby ktoś rozbił bank w mlekomacie. I najpierw cichaczem, a potem już otwarcie rzuciłam dokarmianie mlekiem modyfikowanym w cholerę. Okazało się, że jestem jedną z tych szczęściar, dla których karmienie piersią to najłatwiejsza rzecz pod słońcem. Chociaż przecież i ja i dziecko musiałyśmy się go nauczyć. Dobrze byłoby, gdyby nauczyło się go też otoczenie matek karmiących. Niech ono tym matkom nie przeszkadza. Tym, dla których to wcale nie jest najłatwiejsza rzecz pod słońcem, to już szczególnie.

*Szczerze mówiąc to ostatnie określenie brzmi w moich uszach strasznie pretensjonalnie, więc w naszym domu mówi się „matka jest jedna, ale cycki ma dwa”. Yyyy… tak.

Aha, żeby nie było nieporozumień – ten tekst w żadnym wypadku nie ma na celu szkalowania matek karmiących sztucznie. Szanuję każdy wybór. Każda z nas ma prawo wyboru. Ten tekst jest po prostu o mnie. W sumie bez sensu jest się tłumaczyć, no ale żeby nie było.