dom, przestrzenie, wnętrza, życie

Jak wygrać z minimalizmem w swoim domu w siedmiu prostych krokach

Ponad dwa lata temu wprowadziłam się do nowego mieszkania z silnym postanowieniem niezagracenia. W planach były białe meble, szare dodatki i minimum klamotów. Może nie minimalizm ekstremalny, o którym donosiły szokujące nagłówki magazynów lifestylowych: „sto rzeczy niezbędnych do życia na stu metrach kwadratowych”, ale chociażby maksimum umiaru na jaki mnie stać. Zwłaszcza, że z tych wspomnianych stu metrów nie miałam nawet połowy. Uhmm, tak. Łatwo powiedzieć. Dziś porozmawiamy o urządzaniu wnętrz w modelu długofalowym.

Wiecie jak to jest z modą. Wierzycie, że to, co jest aktualnie modne po prostu wam się podoba, no w duszy wam gra od zawsze i wcale nie jest tak, że podążacie za trendami. Taa, jasne. Oczywiście ja też wierzyłam w to, że kocham minimalizm. Ba, przy mojej niechęci do wydawania pieniędzy wydawał się on ścieżką łatwą do podążania. Ale nie samymi pieniędzmi człowiek żyje. W przypadku urządzania wnętrz są jeszcze:

  • prezenty parapetówkowe
  • tzw. wiano w postaci mebli od babci otrzymane w roku 1994
  • śmietniki (nie, nie przygotowujemy się do przyszłej roli żula kolekcjonera złomu, tylko jak prawdziwi hipsterzy rozglądamy się za porzuconym na pastwę wywozu gabarytów Chierowskim)
  • wszystkie wykradzione z domu rodzinnego książki (bo z oddawaniem woluminów do biblioteki zawsze byliśmy na bakier)
To stare zdjęcie. Mieliśmy tylko dwa koty i czysty dywan

Na początku jest łatwo. Przeprowadzka z 18 metrów kwadratowych pokoju w mieszkaniu zbyt długo studenckim do wciąż pustych 46 m/kwadrat skutkuje pozbyciem się znacznej części zgromadzonego przez lata mienia. I tak w przedbiegach rozdaję połowę szafy (czytam porady Slow Fashion Asi Glogazy i wierzę, że uda mi się stworzyć garderobę minimalistki, prawie mi się udaje). Kilka tygodni po wprowadzeniu się do nowego m2 pozbywamy się telewizora. Okazuje się bowiem, że przez ten czas włączyliśmy go tylko dwa razy, więc jego dalsza obecność w naszym życiu nie ma sensu. Dobry, poczciwy ekran CRT, R.I.P. Maluję stare biurko na biało nadając mu nowe życie (na chwilę, bo nie chce mi się użyć papieru ściernego i farba odchodzi). Mały sukces. Ale jak już wspomniałam, to tylko początki.

Dwa lata później już wiem, że przegrałam bitwę o minimalizm w moim domu. A może raczej wygrałam walkę z minimalizmem? W każdym razie, gdy co chwilę dochodzicie do wniosku, że brakuje wam miejsc do przechowywania, wiedzcie, że coś się dzieje. Jasne, można posprzątać. Można powalczyć ze zbędnymi rzeczami jeszcze raz. Bo oczywiście w większości są one zbędne. Pytanie tylko, czy są zbędne Wam. Czy naprawdę chcecie pozbywać się klamotów na siłę, skoro te klamoty to dla was ciepło i dobro. I czy naprawdę wciąż marzycie o prostocie, białych meblach i szarych dodatkach? Ale, ale. Jeśli polegliście w tej walce tak samo jak ja, mam dla was dobrą wiadomość.

Mój kuchenny mural, gdy jeszcze kreda była całkiem świeża. Pokój dzienny pod zarządem kotów.

It’s official. Skoro nawet nowy katalog Ikei  (lokowanie produktu następuje tu w celach jedynie poglądowych) porzucił czyste, białe wnętrza z ich prostymi mebelkami na rzecz późnego rokokoko, w którym to pasą się flamingi, to znak, że nadeszła wiekopomna chwila. Oczywiście są sto lat za smokami Targaryenów, bo wnętrzarska blogosfera ekscytuje się kolorowymi ścianami, monsterą i fikusem oraz klamotami nie od dziś. Ale jakby ktoś wcześniej jednak nie zauważył, to klasyczny skandynawski minimalizm nie jest już dominującym trendem nawet w swoim flagowym przybytku, więc czas przestać przejmować się tą modą. Najwyższy czas. To znaczy, to dobra wymówka, by przestać się wstydzić swojego zagracenia, co nie?

A jeśli wciąż nie wiecie, jak wygrać z minimalizmem w swoim domu i przerzucić się na Klamot Style, podążajcie ścieżką siedmiu kroków:

  1. Adoptuj kota, a najlepiej trzy. Kup im wszystkie te piękne drapaki i kocie budki, na jakie cię stać, a potem płacz, bo sierściuchy i tak wolą kartony. Ale przynajmniej twój dom zyskał nowe graty.
  2. Zrób sobie dziecko i czekaj, aż twoje stylowe mieszkanie zamieni się w składzik kiczowatych zabawek fisher price. Możesz oczywiście odmawiać przyjmowania kiczowatych prezentów dla dziecka, ale prędzej czy później klatwa dziecięcego kiczu i tak cię dopadnie (gdzieś tak w okolicach przedszkola, kiedy dzieci dostają syndromu zbiorowego mózgu).
  3. Bądź na bakier z oddawaniem książek do biblioteki, jednocześnie kochaj książki. Oczywiście możesz zainwestować w Kindle’a, ale kindlem nie umeblujesz mieszkania.
  4. Unikaj blogów o skandynawskim stylu. Oraz zamieszkaj na nowym osiedlu, którego nie ma jeszcze w bazie adresów, pod które dostarczają katalog Ikei (te przed 2017 rokiem, które mogły sprawić, że marzył ci się skandynawski minimalizm).
  5. Zamieszkaj na osiedlu bez śmietnika na szkło, jednocześnie będąc fanatykiem recyklingu. Zamień swoją kuchnię w przechowalnię zielonych butelek do czasu, gdy po dwóch latach wreszcie w twoim osiedlowym śmieciuchu pojawi się odpowiedni kontener (zawsze możesz też zrobić z nich żyrandol).
  6. Ulegnij modzie na rośliny doniczkowe. Tak, nie ulegasz modzie, po prostu inwestujesz w tlen w swoim domu.
  7. Kup kolorowy dywan. Wokół kolorowego dywanu wszystko zrobi się samo. Potem żałuj (patrz punkt pierwszy, pomyśl o dywanach w kontekście mieszkania z kotem).