Co nam zostało po Ally McBeal?

opublikowane przez Ada w kultura, twórczość, tagged with , , ,

W czasach nieograniczonej konsumpcji seriali dostępnych na wyciągnięcie ręki, gdy jesteśmy w stanie ekscytować się daną produkcją tak naprawdę tylko w czasie emisji (oraz krótko przed i krótko po), bo za chwilę ekscytujemy się już czymś innym, fakt że kochałam kiedyś serial telewizyjny tak mocno, że (tak, to wstydliwe wyznanie) trochę pod jego wpływem wybrałam kierunek studiów, wydaje się dziś jakimś kosmosem. Tak było właśnie z „Ally McBeal”. Wydawało się wtedy, że to jeden z tych seriali, który na pewno wejdzie do kanonu kultowych produkcji przełomu wieków, a jednak, dziś jest wcale tak dobrze o nim nie pamiętamy. 20 lat po premierze i 15 po zakończeniu emisji, zastanawiam się, co nam zostało po „Ally McBeal”.

Kiedy, młodym dziewczęciem będąc, jarałam się każdą życiową rozterką bostońskiej prawniczki, do głowy mi nie przyszło, że przegra ona bój o długotrwałą pamięć widza z Carrie Bradshaw i spółką. Ally miała przecież wszystko, co trzeba, by przetrwać swój czas! Przede wszystkim ekscentryczne postaci, które telewizja zawsze (a w latach 90. to już w ogóle) kochała. Główną bohaterkę, która (dosłownie!) chodziła z głową w chmurach, jej cynicznego szefa Fisha, Johna Cage’a z nerwicą natręctw (ach, to spuszczanie wody w toalecie!), klientkę z zespołem Turreta; chyba każdy miał tu jakiegoś bzika. A jednak, to „Seks w wielkim mieście” (SATC) lepiej zapadł nam w pamięć i dziś uważany jest za kultowy. 18-letnia ja z pewnością by w taki rozwój wypadków nie uwierzyła. Pod wpływem Carrie Bradshaw można było co najwyżej marzyć o butach od Manolo Blahnika, a ja przez Ally McBeal poszłam na prawo (trochę fuck you Ally!).

Ally McBeal i postfeminizm

Dlaczego zapomnieliśmy o McBeal? Może dlatego, że nie trafiamy na jej powtórki w porze obiadowej w każdą sobotę, tak jak to od lat zdarza się nam w przypadku „Przyjaciół”. Może dlatego, że skończyła się i została zapomniana zanim naprawdę zaczął się internet? Może po prostu dlatego, że nie do końca udało jej się trzymać poziom. Dwie ostatnie serie pomińmy milczeniem. Nie pamiętam nawet, czy obejrzałam ostatni odcinek. A jednak, „Ally McBeal” była serialem ważnym dla kobiet tamtej epoki. Na tyle ważnym, że Agnieszka Graff w 2001 roku poświęciła jej cały rozdział swojej książki „Świat bez kobiet” (to jedna z najważniejszych książek o polskim feminizmie).

Zarówno „Ally McBeal” jak i bohaterki „Seksu w wielkim mieście” były uznawane na przełomie wieków za telewizyjne ikony feminizmu. Były kobietami sukcesu, były kobietami wyzwolonymi (wyzwolonymi seksualnie, ale już niekoniecznie wyzwolonymi od społecznych oczekiwań) i to wystarczyło. Zarówno Ally, jak i Carrie Bradshaw reprezentowały nie feminizm, a postfeminizm. Ideę, czy może raczej raczej stosunek do świata, wyrosły po feminizmie, czerpiący z jego zdobyczy, lecz jednocześnie odrzucający walkę i idealizm, odrzucający również fakt istnienia nierówności. Postfeminizm, tak jak neoliberalizm, jest jednostkowy i narcystyczny, źródeł problemów jednostki nigdy nie szuka w szerszym kontekście społecznym, lecz jedynie w samej jednostce.

Nierówność została pokonana, można robić karierę i bujać w obłokach, a marzenia o księciu z bajki to świadomy wybór, a nie spadek po patriarchacie. No nie do końca.

Dzisiaj to wiemy (no niby wiemy), ale w epoce Clintona – z dzisiejszej perspektywy tak trochę amerykańskim wieku niewinności – gdy wciąż kwitła prosperity, neoliberalizm i postfeminizm, bliźniacze potworki, miały się dobrze. I dobrze żyło się marzeniami.

„Feminizm pozwala kobietom dostrzec, że ich indywidualne problemy często stanowią fragment pewnej społecznej plagi, że są funkcją niesprawiedliwego układu sił, a ich rozwiązanie wymaga głębokich przemian kulturowych, kobiecej rewolucji. Natomiast w postfeminizmie rzadko dochodzi do refleksji nad kulturą: wszystko daje się sprowadzić do indywidualnej psychiki.”
– pisze Agnieszka Graff w roku 2001.

Po drodze światu przydarzył się kryzys gospodarczy, kilka wojen na wschodzie, drastyczny skręt na prawo, odrodzenie nacjonalizmów. Kobiety? Posłużmy się dwiema kategoriami, które na przełomie wieków wystarczyły, by zostać telewizyjną ikoną feminizmu. Sukces zawodowy wciąż w generalnym rozrachunku kosztuje nas więcej, musimy na niego ciężej pracować i statystycznie wciąż zabarabiamy mniej. Wyzwolenie seksualne? Czy możemy mówić o wolności seksualnej, gdy ciągle kobieta mająca wielu partnerów nazywana jest puszczalską (a jej męski odpowiednik ogierem)? Czy wolność seksualna istnieje, gdy próbuje się ograniczać prawa reprodukcyjne? Ciężki orzech do zgryzienia, co nie?

Zastanawiam się, gdzie byłaby dziś Ally McBeal. Czy dalej żyłaby w swojej krainie fantazji, czy poszłaby w Marszu na Waszyngton?

Idee przełomu wieków brzmią dziś trochę jak bajki. Oczywiście jeśli nie nosimy wciąż okularów z filtrem lat 90. A trochę nosimy. Ally McBeal żyje w nas, w części z nas, właśnie jako postfeministka. Takiej Ally mówię nie. W dalszym ciągu mówię jednak tak Ally neurotycznej, dziwacznej, introwertycznej. Mimo wszystko wciąż potrafię się w niej odnaleźć.

„Co też takiego wy widzicie w tej rzeczywistości? – to centralne pytanie filozofii życiowej zwanej mcbealizmem. Jako postfeministka, Ally McBeal jest na rzeczywistość nieco obrażona. Uważa, że realny świat jest miejscem ponurym, niesprawiedliwym i nie dającym się zmienić: dlatego należy go zastępować marzeniami, najlepiej o miłości.”
– Agnieszka Graff, Świat bez kobiet

Ally ciałem się stała

Dzisiejsze seriale (piszę tu o popularnych anglosaskich produkcjach) są inne od tych z lat 90. Nie wstydzą się już feminizmu, potrafią coraz lepiej bez żenady i uprzedzeń pokazywać osoby LGBTQ (przypomnijcie sobie te niewybredne żarty w „Friends”!), usiłują (bo różnie wychodzi) zachowywać różnorodność rasową. Serialowy mainstream zrobił krok do przodu, chociaż czasy mamy dzisiaj jakieś takie coraz bardziej do tyłu.
Zmienia się też serialowa kobieta. Postfeministka odchodzi do lamusa. Zaangażowanie polityczne nie jest już niczym wstydliwym, nie jest passe. Nawet komediowa Jess z New Girl czynnie angażuje się w kampanię prezydencką Hillary Clinton! Dzięki Lenie Dunham i jej „Girls” zmienia się też ciało serialowej bohaterki. Jeśli Ally McBeal i Carrie Bradshaw były kobiecymi ikonami telewizji przełomu wieków, to tę rolę w drugiej dekadzie XXI w. spokojnie możemy powierzyć Hannie Horvath. „Girls”, mimo że niepozbawione wad, to chyba najważniejszy serial o młodych kobietach tego dziesięciolecia (a na pewno najgłośniejszy). W pewnym sensie też przełomowy. Porównanie z bohaterkami seriali przełomu wieków nie jest tu bezcelowe.

Zacznijmy od ciała.
Lena Dunham wręcz je fetyszyzuje, pokazując przy tym w ujęciach i sytuacjach zgoła odbiegających od pojęcia „sexy” (huehuehue, zapachniało starym dobrym Cosmo). Ciało nie ma być seksowne, ciało ma być ciałem, jego pokazywanie to wyraz wolności jednostki, ale też manifest społeczny. Ciało Leny Dunham, jak dobrze wiemy, nie jest ciałem z okładki Vogue’a. I co z tego? Takie ciało też ma prawo do obcisłych szortów i jego właścicielka w dupie ma, że ktoś uzna ten widok za obleśny. Nie do pomyślenia w świecie Ally i Carrie. W tamtym świecie ciała kobiet były wyciosane na jedną modłę. Otóż miały być doskonałe. Bohaterka z cellulitem była nie do pomyślenia!
Ciało Ally okazało się jednak zbyt doskonałe, zbyt ciasno odciśnięte od formy. Body shaming dotyczył go z tej drugiej strony. Według mediów aktorka Calista Flockhart była za chuda! Chyba tylko Keirę Knightley częściej posądzano o anoreksję.

To promo zdjęcie zawsze wydawało mi się dziełem jakiegoś „miszcza photoshopa”

I skończmy znów na feminizmie.
„Dziewczyny” nie chodzą na manifestacje (pewnie dlatego, że produkcję zakończono przed wyborem Trumpa na prezydenta, sama Lena Dunham brała udział w Marszu Kobiet na Waszyngton), ale są feministkami. Nawet, gdy nie mówią o tym otwarcie, nigdy się od feminizmu nie odżegnują. Nawet jeśli feminizm „Girls” to głównie selfiefeminizm, jest on solidarnościowy. Gdy Hannah śmiga w tych swoich niestosownych szortach, to jest to manifest, przesłanie dla innych kobiet: ty też możesz, w każdym rozmiarze, nikt nie powinien cię oceniać. Gdy bohaterki podejmują decyzję o aborcji (albo o urodzeniu dziecka), to nie jest tylko ich indywidualna decyzja, to wyraźny komunikat dotyczący wszystkich, że „moje ciało, mój wybór”.

Jasne, „Dziewczyny” tak samo jak Ally McBeal są uprzywilejowanymi przedstawicielkami amerykańskiej klasy średniej (mimo że wciąż bez pomysłu na życie i najczęściej spłukane), ale wciąż jednak bliższe są rzeczywistości. Rzeczywistość Ally była zaś bajkowa nie tylko w jej głowie. Ten serial, podobnie jak SATC*, zestarzał się, bo nie ma już tamtej niewinnej, bajkowej epoki. Chociaż niewinna i bajkowa była głównie w telewizji. A my teraz z bajek to najbardziej lubimy „Grę o tron”, która pomijając smoki, wcale taka bajkowa nie jest. Może szkoda. Ally mi szkoda, ale tylko trochę.

*Ale trudno uwierzyć, by ktokolwiek kiedykolwiek traktował SATC inaczej niż bajkę. No hello? Co tydzień nowe manole za pensję felietonistki miejskiej gazety?