Rodzić po polsku

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , , , ,

Z pewnością czytaliście/łyście już wpis Asi Pachli, w którym opisała swój traumatyczny poród. Tekst rozniósł się po mediach z szybkością błyskawicy. I bardzo dobrze. Śmiem twierdzić, że ten jeden wpis Aśki zrobił więcej niż niejedna kampania społeczna. A jeśli jeszcze nie zrobił, to może zrobić. Wiele kobiet w komentarzach do niego opowiedziało swoje, równie dramatyczne historie. Na chwilę w pewnym, całkiem sporym zakątku internetu zawrzało.Przypomniano nam, że w Polsce wciąż nie rodzi się po ludzku. Tylko co zrobimy z tym dalej?

Nie, mój poród nie był dla mnie traumą. Mój poród był całkiem piękny. Rodziłam w szpitalu przy ulicy Kamieńskiego we Wrocławiu z umówioną wcześniej położną (wpłaca się cegiełkę na ich fundację i wybrana przez ciebie położna będzie z tobą przy porodzie, choćby twój telefon wyrwał ją ze snu) i wszystkim dziewczynom z Wrocławia będę polecać tę opcję. Nie do końca podoba mi się pomysł dopłacania do opieki medycznej, ale w tym konkretnym przypadku zdecydowałam się na to, bo bardzo potrzebne było mi takie poczucie bezpieczeństwa, możliwość spotkania się wcześniej z moją położną, omówienia z nią planu porodu i to, że mogłam do niej dzwonić w każdej chwili. Jak się później okazało, zanim w końcu trafiłam do szpitala, przyszło mi do niej dzwonić nie raz. Podejrzewam, że gdybym jej nie „wynajęła” też było by dobrze. Jeśli chodzi o położne z tej porodówki, praktycznie wszystkie są super, za dopłatą czy bez. To, co w moim porodzie nie było piękne, to poprzedzające go pięć dni, w ciągu których dwa razy odesłano mnie ze szpitala z kwitkiem. Byłam już tydzień po terminie, gdy zaczęły się ze mnie lać wody. Lekarz badający mnie na izbie przyjęć (na której tego dnia spędziłam bite pięć godzin) stwierdził jednak, że to nie wody tylko śluz, a ja nie mam żadnej akcji skurczowej, więc mam wracać do domu. Wróciłam więc, a wody lały się ze mnie jeszcze trzy dni zanim urodziłam. Kiedy w końcu przyjęli mnie do szpitala (moja lekarka powiedziała mi, że kategorycznie mam się upierać, żeby mnie przyjęli, miałam już wypisane zresztą chyba ze trzy skierowania na patologię ciąży), ledwo w to wierzyłam. Mój mąż był pewien, że znowu nas odeślą, więc nawet nie wyciągaliśmy walizki z bagażnika. Następnego dnia podłączyli mnie do kroplówki z oksytocyną, bo akcja wciąż się nie zaczynała, a byłam już dziesięć dni po terminie. Sześć i pół godziny później urodziłam Luizę. Podczas całego porodu czułam się zaopiekowana przez pomocny i empatyczny personel. Czułam się bezpiecznie. Chciałabym, żeby wszystkie kobiety mogły tak powiedzieć o swoim porodzie. Tak niestety nie jest.

Teraz opowiem wam nieco inne historie.

Pierwsza z nich rozgrywa się ponad pięć lat wcześniej w tym samym szpitalu. Bo to nie jest tak, że ten sam szpital zawsze oznacza podobną opiekę. Zresztą sama mogłam się o tym przekonać porównując naprawdę koszmarne przyjęcie z doświadczeniami z porodówki. Jesteśmy więc przy Kamieńskiego w 2011 roku. Moja przyjaciółka rodzi już od dwóch dni. Przyjechała do szpitala z krwawieniem. Została przyjęta, ale lekarze wciąż powtarzają jej, że jeszcze nie rodzi, chociaż ona co kilka minut ma regularne bóle. Kiedy wrzucają ją na krzesło porodowe, krzyczą jej, że nie rodzi. Kiedy chlusta zielonymi wodami, lekarka w dalszym ciągu drze się na nią: „pani nie rodzi!”. Zwlekają z cesarskim cięciem, chociaż ona męczy się już wiele godzin. Jej dziecko waży prawie cztery kilo i ma 56 cm długości, a ona ma niewiele ponad metr pięćdziesiąt. Dopiero później dowie się, że tak mała różnica wzrostu między matką a dzieckiem to jest wskazanie do cięcia. Ostatecznie po tych dwóch dniach męki lekarze z łaską przeprowadzają cesarkę. Po operacji od razu zabierają jej dziecko, chociaż nic nie stoi na przeszkodzie, by również po cesarskim cięciu podać matce noworodka skóra do skóry. Moja przyjaciółka przez długi czas żałowała, że nie udało jej się urodzić naturalnie, ale dziś przyznaje, że ten zabieg uratował życie jej i córce. Szkoda tylko, że przeprowadzono go po tylu godzinach męczarni i traktowania, które z ludzkim ma niewiele wspólnego.

Tak, moi drodzy, moje drogie. Cesarka ratuje życie. Kilka dni temu inna moja znajoma opowiada mi o tym, jak sama przyszła na świat. Jej mama jest w ciąży z bliźniętami. Ciąża bliźniacza to też wskazanie do cięcia. Lekarze pozwalają jednak kobiecie męczyć się godzinami, zanim podejmą decyzję. Dziewczynka rodzi się pierwsza. Jej brat przychodzi na świat niedotleniony, dostaje zero punktów w skali Apgar i natychmiast rozpoczyna się reanimacja. Na szczęście dziecko udaje się uratować. Dziś moja znajoma mówi, że chciałaby mieć dzieci, ale gdy słyszy, że w polskich szpitalach nic się nie zmieniło przed te wszystkie lata, zwyczajnie się boi.

A teraz cofnijmy się do roku 1982. Szpital w małym mieście na Opolszczyźnie. Ja też przychodzę na świat przez cesarskie cięcie. Jestem ułożona pośladkowo. Moja mama leży w szpitalu już od dziesięciu dni zanim w końcu robią jej cesarkę. Dziesięć dni! Wcześniej próbują podawać jej oksytocynę, ale na nią to nie działa. Na szczęście, bo wolę nie myśleć jakby mnie tymi nogami do przodu wyciągali, do tego ważącą równe cztery kilogramy. Na dzień dobry dostaję za to skalpelem po nosie, gdy bliżej się mi przyjrzeć, wciąż mam maleńką bliznę. Ale i tak mam sporo szczęścia. Mogli trafić w oko.

Dziewięć miesięcy wcześniej w tym samym szpitalu rodzi moja dużo starsza kuzynka. Jej cesarki nie robią. Jej dziecko siłą z brzucha wyciskają. W rezultacie jej córka ma uszkodzone biodro i musi być rehabilitowana. Pamiętam z dzieciństwa opowieści o tym, jak Olka miała nogę w jakiejś szynie.

Ponad 30 lat później, znów ten sam szpital. Na świat przychodzi inna Ola, córka brata mojej przyjaciółki. Ją też wyciskają siłą z brzucha matki, ale komplikacje po tym porodzie są o wiele większe. Dziecko natychmiast po urodzeniu jedzie karetką na sygnale do szpitala w dużym mieście. Matka nie jedzie. Matka zostaje tam, gdzie urodziła.

Te wszystkie historie ostatecznie kończą się szczęśliwie. Wiele podobnych nie ma jednak happy endu. Te najbardziej dramatyczne poznajemy z mediów, często z obrazków z sal sądowych. Błędy lekarskie można zaskarżyć w procesie karnym. A co z ludzkim traktowaniem? Przez wiele historii opowiedzianych przez komentujące pod tekstem Wyrwane z Kontekstu przewija się podobny motyw: kiedy poszkodowana przez personel medyczny rodząca zwraca uwagę na to, że coś było nie tak, dostaje odpowiedź, że dotąd nie było żadnych skarg. A gdyby tak się nie bać i zacząć składać te skargi? Bo to nie jest tak, że wychodzimy ze szpitala i zapominamy, stwierdzamy, że wcale nie było tak źle, skoro ostatecznie wszyscy są żywi i cali. Nawet jeśli nie jesteśmy całe, jesteśmy psychicznie kompletnie pokiereszowane, a od tragedii dzielił nas tylko krok. Mówimy o tym, piszemy w internecie, ale rzadko kiedy kierujemy nasze zarzuty bezpośrednio do tych, których dotyczą. Składanie oficjalnych skarg pewnie niewiele da, ale przynajmniej nie będą mogli powiedzieć, że nikt się nie skarży.

Kiedy ja przychodziłam na świat, przekraczanie progu porodówki można było porównać do wstępowania do klasztoru lub armii. Rodzące żegnały się z zewnętrznym światem, musiały bezwzględnie poddać się obowiązującym w szpitalu procedurom. Wiele od tamtego czasu zmieniło się na papierze, ale w głowach ludzkich nie zawsze i nie do końca. Na polskich porodówkach nie dzieje się dobrze. A może dziać się jeszcze gorzej. Jeszcze tylko do 2018 roku mają obowiązywać odgórne Standardy Opieki Okołoporodowej. Taki prezent rodzącym kobietom funduje minister Radziwiłł, ten sam, który wszystkim kazałby rodzić, nawet zgwałconym nastolatkom. Te Standardy już dziś zbyt często i tak nie są respektowane.

Powrócę jeszcze do tematu cesarskich cięć. Polska jest krajem, w którym w ten sposób kończy się prawie połowa porodów. Procent cesarek świadczy o poziomie medykalizacji i w zestawieniach jakości opieki szpitalnej często ten wyższy uznawany jest za minus danej placówki. Wiele mówi się o tym, że w polskich szpitalach cesarskich cięć wykonuje się zbyt wiele. Rutynowo? Pochopnie? Czytam artykuły o „zastraszającej” liczbie cesarek na żądanie. I komentarze o wygodnych kobietach (to nie wygoda, proszę państwa, to strach!). To wszystko jest bardzo zastanawiające, gdy słyszy się kolejną i kolejną opowieść o tym, jak z przeprowadzeniem cesarki zwlekano mimo ewidentnych wskazań, narażając życie i zdrowie matki i dziecka. Tych historii jest wiele, to nie są wyjątki potwierdzające regułę. Cesarskie cięcie jest drogą procedurą – dlatego ministerstwo dąży do ograniczenia ich liczby. Nie w trosce o zdrowie kobiet i dzieci. Jasne, że przejście przez kanał rodny jest dla dziecka lepsze. Sama bardzo się cieszę, że mnie udało urodzić się młodą siłami natury. Ale nie zawsze się da. Czasami o tym, że się nie da wiadomo dużo wcześniej, a mimo to kobiety zmuszane są do wielogodzinnej męczarni. W imię czego? Nadziei na oszczędzone pieniądze z NFZ? Przekonania, że kobieta powinna rodzić w bólach, bo tak mówi Biblia? Naprawdę trudno mi uwierzyć, że za takim postępowaniem personelu stoją szlachetne pobudki.

I jasne, nie możemy wieszać psów na wszystkich lekarzach i wszystkich szpitalach. Miałam okazję przekonać się na własnej skórze, że urodzić po ludzku się da, można trafić na cudowne położne i empatycznych lekarzy. Jednocześnie, w tej samej placówce, spotkałam się z lekceważeniem. Ostatecznie można by powiedzieć, że wszystko jest kwestią konkretnych ludzi. Tylko że nie jest. To kwestia całego systemu, który tym konkretnym ludziom pozwala na często karygodne zaniedbania i nieludzkie traktowanie. I jasne, że można mieć gorszy dzień. Jasne, że to jest cholernie stresująca praca. Ale w gorszym dniu można ewentualnie krzyknąć na panikującą pacjentkę, żeby się uspokoiła (chociaż takim krzykiem i tak niczego się nie załatwi!), a nie wyżywać się na ludziach. Są po prostu pewne granice. Jeśli pacjentka traktowana jest jak worek na dziecko, z którym można zrobić wszystko, to zwyczajnie zostały one przekroczone. Mówmy o tym głośno. Mówmy o tym bezpośrednio zainteresowanym. Póki jeszcze możemy.