Nie umiem wydawać pieniędzy

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , ,

Piszę te słowa co prawda dzień po tym jak wydałam 130 złotych na obiad w restauracji, ale tak serio serio, to ja nie umiem wydawać pieniędzy. I nie chodzi o to wcale, że pieniądze się mnie nie trzymają. Chodzi o to, że wręcz przeciwnie. Oglądam każdą złotówkę. Dwa razy. Takie szaleństwa w restauracjach to wypadki przy pracy, czasem można, żyje się raz. Co wcale nie znaczy, że umiem oszczędzać.

Pamiętacie tego zgrywusa, który radził w internecie, że aby szybko kupić sobie mieszkanie za gotówkę należy zacząć odmawiać sobie awokado? No więc, gdyby to awokado nie kosztowało czterech złotych za sztukę, tylko dajmy na to dwadzieścia to może nawet by mi wyszło. Chociaż i to chyba nie, bo trzeba by było jeść je tonami, a chociaż to zdrowy tłuszcz, to jednak tłuszcz. Zresztą trudną arytmetykę odwalił za mnie Magazyn Porażka. Zamiast więc świadomie odmawiać sobie awokado, przez wiele lat po prostu go nie jedząc, myśląc wręcz, że jest niesmaczne, gdyż nie wiedziałam jeszcze, że nie je się twardych, nikt w Polsce kilka lat temu jeszcze o tym nie wiedział, zamiast więc tego, po prostu nie wydawałam pieniędzy. Zbyt wielu. Wspólnie z drugim człowiekiem. W ten sposób uskładaliśmy na mieszkania pół. Co było niemałym sukcesem. Szczególnie, gdy na początku składania każde z nas przynosiło wypłaty dwa tysiące lub dwa i pół. I ja nie powiem nikomu, że też tak może, tak jak zgrywusy różne, co mają teorie o awokado. Bo poza ciułaniem to jeszcze trzeba sprzyjających innych okoliczności losu, na przykład, żeby podwyżki dostawać regularne i żeby nic w życiu nagłego złego nie pierdolło. To wtedy czasem się da pieniądz odłożyć. Na wkład własny do kredytu, nie wmawiajmy ludziom, że na więcej, bo to jest kpina z ludzi.

Dalej będzie już zabawniej. Jak wspomniałam, nie umiem wydawać pieniędzy. To znaczy czasem gest mam. A i sobie coś ładnego zdarza się, że kupię. Ale na przykład jak czytam, że ktoś podejmuje wyzwanie, że przez miesiąc albo i dwa nie kupi sobie nowych ubrań, albo że kupi tylko raz w miesiącu, to ja tak nie umiem. Znaczy się, jak kupię raz w miesiącu to jest naprawdę święto, to dużo jest, to bardzo często jest. Najgorsze są zakupy w internecie. Bo czasem to przez dwa tygodnie patrzę się na jakąś rzecz. I wiem ja już dobrze, że jej chcę. Ale patrzę i myślę, i myślę. Oglądam wirtualne pieniądze na koncie pod każdym kątem. I czasem na patrzeniu się kończy. Tak na przykład biurko kupuję już od ponad pół roku. W końcu je kupię, bo go potrzebuję. Ale ilu rzeczy nie kupię! A mogłabym przecież.

Nie znaczy to, że jestem minimalistką. Kiedyś próbowałam, chciałam mieć przestronne, niezagracone mieszkanie. Ale potem adoptowałam koty. Kupiłam im drapak i w ogóle, a one i tak wolą kartony.

To wszystko nie znaczy również, że jestem oszczędna. Wolę posłużyć się starym, dobrym słowem sknera. Oszczędni ludzie to inwestują ponoć i takie rzeczy, a ja, jakbym całych nadwyżek na koncie ostatecznie nie przeznaczała na nadpłaty kredytu, tylko bym odkładała i odkładała, to bym chyba chciała kiedyś jak Sknerus McKwacz wykąpać się w tym całym zgromadzonym złocie. Tymczasem teraz mogę co najwyżej jak ten Ryjek z Muminków oglądać sobie i przytulać mój pieniążek. Bo nie umiem go wydawać. No chyba, że akurat umiem. A powiem wam jeszcze, że odkąd mam to dziecko, to tak trochę bardziej umiem.