Kim była Simone Veil i dlaczego potrzebujemy kogoś takiego jak ona dzisiaj w Polsce

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , , , ,

30 czerwca w wieku 90 lat odeszła Simone Veil, francuska minister zdrowia, która w 1974 roku doprowadziła do przyjęcia przez parlament ustawy legalizującej aborcję. Aborcję, dodajmy, wcześniej we Francji całkowicie zakazaną, ale masowo wykonywaną poza prawem. Veil wywodząca się z konserwatywnego rządu, w listopadzie 74 roku wygłosiła mowę, w której punktowała hipokryzję i obrazowo przedstawiała grozę pokątnych zabiegów przerywania ciąży. Pięć lat później, jako pierwsza kobieta, została przewodniczącą Parlamentu Europejskiego. Prezydent Macron, zdecydował, że Francja pochowa ją w Panteonie jako bohaterkę narodową.

„Te kobiety nie są bardziej niemoralne i bardziej nieświadome niż inne. Jest ich 300 tysięcy każdego roku. To kobiety, które spotykamy codziennie, nie wiedząc nic o ich dramatach i rozpaczy.”
– woła Veil z parlamentarnej mównicy 26 listopada 1974 roku. (za democracyok.org, tam też więcej cytatów z przemówienia)

Veil odwołuje się do poczucia praworządności członków zgromadzenia. Mówiła o tym, że obowiązującego represyjnego zakazu nie da się stosować. Zabiegi i tak są wykonywane, a samo prawo, respektowane wybiórczo, uderzające głównie w najsłabsze osoby, stało się pośmiewiskiem. Tłumaczyła, że rząd nie przedstawiłby tego projektu, gdyby uważał, że istnieje inne rozwiązanie.

Zgromadzenie Narodowe, przed którym staje to 421 mężczyzn i tylko 9 kobiet. Dyskusja nad projektem jest wyjątkowo burzliwa. Przeciwnicy legalizacji aborcji nie przebierają w środkach. Posuną się nawet do porównywania aborcji z Holocaustem, co ma w zamiarze dotknąć Veil, byłą więźniarkę Auschwitz. Ostatecznie ustawa, znana później jako Prawo Veil, zostaje przyjęta. Przechodzi głównie dzięki głosom opozycji.

Wszystko to dzieje się zaledwie trzy lata po tzw. Manifeście 343, przez przeciwników nazywanym „manifestem 343 dziwek”. To petycja podpisana przez znane Francuzki (w tym m.in. Catherine Deneuve, Simone de Beauvoir, Francoise Sagan czy Jeanne Moreau), które stwierdzają, że przerwały ciążę. Jego tekst, napisany przez de Beauvoir, brzmiał:

„Każdego roku milion Francuzek poddaje się zabiegowi aborcji.
Ryzykują zdrowie i życie, gdyż skazano je na dokonywaniu aborcji w ukryciu, mimo iż sam zabieg przeprowadzony pod właściwą kontrolą lekarską należy do jednego z najprostszych.
Francja milczy nad losem tych milionów kobiet.
Oświadczam, że jestem jedną z nich. Oświadczam: Ja też usunęłam ciążę.
Żądamy wolnego dostępu do środków antykoncepcyjnych. Żądamy prawa do aborcji.”

W 2016 roku zainspirowane islandzkim Strajkiem Kobiet sprzed 41 lat zorganizowałyśmy w Polsce Strajk Kobiet w proteście przeciwko planom zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Ten zryw przestraszył partię rządzącą na tyle, że projekt został zaniechany. Jak się okazało, tymczasowo. Obecnie po Sejmie krążą co najmniej trzy kolejne podobnej treści, zakazujące już nie tylko aborcji, ale także stosowania środków antykoncepcyjnych. Zaledwie kilka tygodni temu prezydent RP podpisał ustawę, w myśl której antykoncepcja awaryjna dostępna będzie tylko na receptę. Wiele wskazuje na to, że historia „czarnych prostestów” jeszcze się nie skończyła. Tylko ile da się wywalczyć protestami? Dotychczasowa praktyka pokazuje, że w ten sposób jesteśmy w stanie co najwyżej odraczać zmiany na gorsze. Być może je stopować. Z pewnością trochę zmieniać świadomość społeczną. Ale nic więcej.

Kiedy Natalia Przybysz wyznała w wywiadzie dla WO, że miała aborcję, pomyślałam sobie, nie ja jedna, że potrzeba nam też takich „343 dziwek”, że za nią powinny pójść teraz inne kobiety, które będą miały odwagę przyznać się do tego, do czego w Polsce się nie przyznaje. Że być może taki masowy coming out będzie w stanie coś uświadomić społeczeństwu (jak się okazuje wyjście przed szereg spotkało się głównie z hejtem i niestety zawsze to tak wygląda). Tak się jednak nie stało. Niestety. Tymczasem naprawdę potrzeba u nas mocnego głosu, który uzmysłowi społeczeństwu jaka straszną hipokryzją jest zakaz aborcji. Powiedzmy sobie szczerze, obowiązujący u nas „kompromis” to w praktyce jest zakaz z małymi wyjątkami, które też zresztą często nie są respektowane w ramach tzw. Klauzuli sumienia.

Polski „Manifest 343 dziwek” mógłby być czymś naprawdę mocnym, chociaż wymagałby sporo odwagi od podpisujących. Chociaż tak naprawdę mniej niż miała Przybysz decydując się na swoje osobiste wyznanie. Wiecie, taki manifest to coś w rodzaju performensu. Takie „je suis…”. Do dziś nie wiemy w końcu, która ze słynnych Francuzek z 1971 roku rzeczywiście kiedykolwiek przerwała ciążę.

Protestami i manifestami oczywiście nie zmienia się prawa. Można oczywiście wpływać na tych, którzy je uchwalają. Nie mam jednak złudzeń, że jesteśmy w stanie wpłynąć na tych, którzy uchwalają je dzisiaj w Polsce. Większość parlamentarna nie jest przychylna prawom kobiet, powiedzmy to sobie wprost. Trzeba by chyba walić ich obuchem w łeb, żeby to zmienić.

Potrzebujemy w Polsce kogoś takiego jak Simone Veil. Kogoś, kto w naszym parlamencie, może nawet rządzie, będzie miał odwagę powiedzieć „dość” hipokryzji. Oczywiście u nas zerwanie z hipokryzją oznacza też wojnę z Kościołem, to bardziej niż pewne. Jasne, to się na pewno nie stanie w tej kadencji Sejmu. Ale w końcu się stanie. Jestem gotowa podpisywać się pod obywatelskimi projektami liberalizacji ile wlezie, choćby je mieli uwalać za każdym razem, tak jak ubiegłoroczny projekt „Ratujmy Kobiety”.

Powiecie, że Polska to nie Francja. To ja wam powiem, że Francja sprzed kilkudziesięciu lat to nie był ten sam kraj, co dziś. Nie był to też kraj specjalnie postępowy w sprawach równouprawnienia kobiet. Dość powiedzieć, że prawa wyborcze Francuzki otrzymały dopiero w 1945 roku, a debata nad przyznaniem ich tocząca się jeszcze przed wojną wyglądała naprawdę kuriozalnie.

„Głosując kobieta straci cały wdzięk; stoi na piedestale, niechże z niego nie schodzi; stając się wyborczynią, może wszystko stracić, nic nie zyskując; panuje nad mężczyznami i bez kartki wyborczej itp.”

– fragmenty dyskusji we francuskim Senacie w 1932 roku, za Simone de Beauvoir „Druga Płeć”.

W 1974 roku, gdy Simone Veil walczy o legalizację aborcji, zabieg ten jest we Francji oficjalnie całkowicie zakazany. W tym czasie w Polsce kobiety mogą już przerywać ciążę ze względu na trudne warunki socjalne, czyli w praktyce na żądanie (nie zmienia to oczywiście faktu, że PRL to wciąż wyjątkowo patriarchalne państwo). We Francji do 1967 nielegalne jest nawet stosowanie antykoncepcji. Kwitnie turystyka aborcyjna i niebezpieczne podziemie aborcyjne, kobiety kaleczą się, by doprowadzić do poronienia, doprowadzone do ostateczności gotowe są nawet na dzieciobójstwo. Mogłabym napisać „skąd my to znamy?”, jednak sytuacja Francuzek w latach 70. była o wiele gorsza. Często ryzykowały po prostu życiem poddając się pokątnym zabiegom. Polki, jeśli tylko mają pieniądze, mogą przeprowadzić zabieg w cywilizowanych warunkach (no właśnie, jeśli mają pieniądze! Zakaz aborcji zawsze najbardziej uderza w biedne kobiety).

Napiszę Wam jeszcze na koniec, dlaczego legalizacja aborcji jest ważna. Dlaczego poprzestawanie na obronie kompromisu to głupota. Bo zakaz i ten tzw. „kompromis” to nie jest ochrona życia. To, ze strony tych którzy takie prawo postulują, uchwalają i popierają, jest umywanie rąk. Zastanawiam się nawet, czy „kompromis” nie jest większą hipokryzją niż całkowity zakaz. Nieprzestrzegany jest w dodatku oszustwem, usypia społeczeństwo, przekonane, że pod jego panowaniem nie dzieje się nic złego. Wilk jest syty i owca cała: kobiety nie skrobią się na wyścigi (bo wiadomo, że jakby mogły to robiły by to co miesiąc, a pigułki dzień po wcinały jak tic taki), a w tych drastycznych przypadkach to przecież można. Często powtarza się, że ten zakaz jest tylko czubkiem góry lodowej jeśli chodzi o łamanie praw kobiet. To również soczewka, w której skupia się pogarda wobec „drugiej płci”. A zdesperowane kobiety przerywały, przerywają będą przerywać ciąże. Nie powstrzymają je od tego żadne zakazy, nawet te obwarowane srogimi karami, skoro nie powstrzymuje ich przed tym ryzykowanie własnego życia.