Czytelnia Rzeczovnika #1

opublikowane przez Ada w kultura, twórczość, tagged with

Czyli książki, które przeczytałam w ostatnich tygodniach i z całej mocy Wam polecam. Może będzie z tego nawet nowy cykl.

Złe matki są najlepsze, Matylda Kozakiewicz

Nie jestem jakąś wielką entuzjastką książek blogerów. Mam wrażenie, że zbyt wiele z nich powstało na fali „książki blogerów dobrze się sprzedają, wydajmy kolejną książkę blogera/vlogera”. Nie mówię, że to całkiem złe zjawisko. Może wydawać się tak samo irytujące jak moda na książki telewizyjnych celebrytów, ale w przeciwieństwie do tych ostatnich, zaowocowało jednak bardziej wartościowymi/merytorycznymi/zapadającymi w pamięć pozycjami. Zdarza się jednak, że są to książki na poziomie wspomnianych celebryckich poradników, więc z ostrożności sięgam tylko po te napisane przez blogerów/blogerki, których znam osobiście lub czytam regularnie od lat i mam do nich zaufanie. Segrittę, bloga Matyldy Kozakiewicz, odwiedzałam sporadycznie. Szczerze mówiąc, przeczytałam może kilka, kilkanaście jej tekstów i wśród tej niewielkiej liczby znalazły się też takie, które dość mocno mnie wkurzyły. Pewnie nigdy nie sięgnęłabym więc po „Złe matki są najlepsze”, gdyby nie wiele obiecująca recenzja u Venili. I dobrze zrobiłam, że sięgnęłam, bo to jest naprawdę dobre! Pochłonęłam tę książkę w dwa dni, a książka miała być na prezent i chciałam tylko przeczytać kilka stron. Mój entuzjazm bierze się po części prawdopodobnie z tego, że jestem bardzo w targecie i nie dość, że odnajduję w tekstach Matyldy własne doświadczenia, to jeszcze zgadzam się z jej poglądami na temat macierzyństwa. Ale tak poza tym, to jest to książka bardzo zgrabnie napisana, lekka, niewymęczona i zabawna. Czasami drażnić mogą powtórzenia (niektóre celowe, zaznaczone nawet przez autorkę), ale to drobny mankament, który nie psuje ogólnego odbioru. Moje zastrzeżenie budzi za to sama poradnikowa forma „Złych matek”. Mam nieodparte wrażenie (być może mylne), że została ona w pewnym stopniu wymuszona przez wydawnictwo, które swoją drogą specjalizuje się właśnie w poradnikach. Porady Segritty są spoko, ale wyglądają czasami na dopisane na siłę. Książka byłaby lepsza, gdyby powstała jako zbiór felietonów (gdy wytniemy fragmenty napisane w formie poradnikowej, których zresztą nie ma aż tak wiele, zostają nam naprawdę świetne felietony).

Druga Płeć, Simone de Beauvoir

Polowałam na tę książkę bardzo długo, bo wydanie Czarnej Owcy z 2014 roku w pewnym momencie zniknęło z rynku, nieliczne kosztowały w sieci majątek, nie mogłam też znaleźć nigdzie starszych, używanych egzemplarzy. Na szczęście kilka miesięcy temu pojawiła się reedycja i ponad 800-stronicowe tomiszcze w końcu trafiło na moją półkę. „Druga Płeć” de Beauvoir, jeśli nie jest biblią feminizmu, to jest co najmniej jednym z jej klasycznych elementarzy. Przebrnięcie przez nią nie należy jednak do najłatwiejszych zadań. Powiedzieć, że to książka napisana gęsto, to powiedzieć zdecydowanie za mało. Sama dawkuję sobie „Drugą płeć” powoli. Nie dlatego, że męczy, wręcz przeciwnie. Autorka analizując źródła patriarchatu zagłębia się w biologię, historię, filozofię, ekonomię, psychologię i kulturę. Bierze na warsztat i obala mity, porusza się po przestrzeniach wielu kultur. Jest przy tym bardzo wymagająca w stosunku do czytelnika.

Simone de Beauvoir, filozofka, ważna postać francuskiego egzystencjalizmu, wydała „Drugą płeć” niemal 70 lat temu, w czasach gdy pozycja kobiety w społeczeństwie dopiero zaczynała odrywać się od dna. Dość powiedzieć, że prawa wyborcze w ojczyźnie pisarki kobiety otrzymały dopiero wraz z końcem II wojny światowej, zaledwie cztery lata przed ukazaniem się „Drugiej płci”. Mimo tego, że momentami można zarzucić jej archaiczne, a nawet stereotypowe myślenie o płci, po tylu latach jest to książka wciąż niezwykle aktualna. Chciałoby się powiedzieć, niestety.

Opowieść Podręcznej, Margaret Atwood

Powieść napisana w 1985 roku przeżywa właśnie swój wielki powrót za sprawą serialu stacji Hulu, który już teraz, a mamy dopiero lipiec, uznawany jest za jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy w 2017 roku. Nie byłoby pewnie ani serialu, ani wielkiego zainteresowania książką sprzed ponad trzydziestu lat, gdyby nie sytuacja na świecie. Nie wiem, czy nie po raz pierwszy w historii, ruch kobiecy jest zmuszony nie do walki o nowe prawa, lecz o zachowanie tych, które już miałyśmy. W Stanach Zjednoczonych, od momentu objęcia prezydentury przez jawnego mizogina Donalda Trumpa (który już w pierwszych dniach po objęciu urzędu zajął się antykobiecym ustawodawstwem i przeciwko któremu już dzień po inauguracji protestowały kobiety w całym kraju w ramach Women on March), powieść Margaret Atwood wydaje się bardzo aktualna. Oczywiście dystopijna fabuła, w której to płodne kobiety służą jako niewolnice do rodzenia dzieci wysoko postawionym mężczyznom, w którym kobiety nie mogą pracować ani czytać, nie może być odbierana jako dosłowna wizja przyszłości, ale nie da czytać się Atwood bez uczucia grozy. Jednak dla mnie „Opowieść podręcznej” bardziej niż ostrzeżeniem, jest odbiciem współczesności, o czym pisałam w tym tekście.

Fabularnie książka i serial są bardzo podobne, różni je klimat. Telewizyjna wersja jest bardzo wierną ekranizacją, która bardzo wiele wątków rozbudowuje i wiele dopowiada. Przyznam, że te rozwiązania nie zawsze są dobre, wyczuwam w nich aż nazbyt mocno cliffhangery do drugiego sezonu. Powieść zbudowana jest w pewnym stopniu na tajemnicy. Do końca nie poznajemy prawdziwego imienia głównej bohaterki, nie dostajemy też jednoznacznej odpowiedzi, jak zakończyła się jej historia. Dzięki temu Freda jest taką everywoman, dosłownie jedną z podręcznych, osobą niczym się niewyróżniającą. Jej bierność nie denerwuje tak bardzo. Z kolei przemiana książkowej Fredy jest bardziej subtelna, stopniowa, ledwo zauważalna.W serialu bierność bohaterki irytowała mnie niesamowicie, mimo że była uzasadniona i dobrze wyjaśniona przez scenarzystów, a jej przemiana wydała mi się zbyt grubo ciosana.

Jeśli nie znasz jeszcze serialu, zacznij od książki. Jeśli serial już znasz… mogłabym napisać ci, że nie musisz czytać, bo wszystko już wiesz. Ale zamiast tego poradzę po prostu chwilę odczekać, dać sobie czas na zapomnienie i sięgnąć po książkę na przykład za rok, przed premierą drugiego sezonu, który pewnie nakręcą. To najlepsza metoda na książki, które już się zna.