Okres jest super

opublikowane przez Ada w życie, tagged with , , , ,

W XXI wieku, w środku Europy znany ginekolog mówi w telewizji, że jest wrogiem miesiączkowania. Kobieta bez okresu to według niego kobieta luksusowa. Mówi też, że są sposoby na to, żeby nie mieć miesiączek i wspomina, że jeszcze w XIX wieku kobiety rodziły po 15-20 dzieci i okresów nie miały. Później co prawda na swoim facebooku tłumaczy, że użył skrótów myślowych, a jego wypowiedź została źle zrozumiana przez redakcję Noizz.pl, która temat rozdmuchała, ale słowo poszło w świat, zabrzmiało jak zabrzmiało i chyba trzeba byłoby to wziąć na klatę. W społeczeństwie, w którym okres to jednak wciąż pewne tabu, coś czego należy się wstydzić, mówienie o nim jak o diable wcielonym to coś więcej niż zwykła nieodpowiedzialność. Tym bardziej w czasach, gdy rządzący próbują regulować naszą płodność.

„Są sposoby, żeby nie mieć miesiączek”- mówi ekspert, a po chwili dodaje, że takim niezawodnym sposobem jest ciąża. Najlepiej kilkanaście pod rząd. Jest taki eufemizm aborcji, nazywa się „przywracanie miesiączki”. To może teraz ciążę eufemistycznie zaczniemy określać jako „sposób na pozbycie się okresu”. Czemu by nie? Słowo o antykoncepcji, które padnie w którejś z kolejnych minut wywiadu, wrażenia „what-the-fucku” nie odkręci.

„Kobieta bez miesiączki jest kobietą luksusową”. Dla kogo luksusową, ja się pytam? Dla mężczyzny, pana i władcy, który być może, biedaczek, męczy się, gdy kobieta ma okres i nie może albo nie chce się kochać. Bo chyba nie dla siebie? Ja nie wiem, czy można czuć się luksusową dla siebie. Można pławić się w luksusie, w jacuzzi z szampanem i takich tam. No i w ogóle ten przymiotnik „luksusowa”, który zwykle paruje się z rzeczownikiem „prostytutka” (bez obrazy dla sexworkerek).

Jasne, okresy bywają upierdliwe. Bolesne i obfite są zmorą. Ich nieprawidłowości mogą być związane z chorobami. Nie twierdzę, że natura wymyśliła to wszystko całkiem super i że nie należy poprawiać natury. Szczęśliwie, dzięki nauce, możemy regulować nasze okresy dla zdrowia i w celu zapobiegania ciąży. Ale być wrogiem miesiączki to brzmi tak, jak być wrogiem kobiet.

Oczywiście, możemy się cieszyć, że nie mieszkamy w Nepalu i na czas krwawienia nikt nie wygania nas z domu, nie zakazuje chodzenia do szkoły, dotykania owoców i patrzenia w słońce. Ale tabu miesiączkowania istnieje też w naszej kulturze. Tabu wyrosłe na micie nieczystości, o którym w tzw. cywilizowanym pierwszym świecie dawno powinnyśmy zapomnieć. Tymczasem wstydzimy się tego okresu. Pamiętacie okładkę WO z ubiegłego roku z posypanymi czerwonym brokatem majtkami (a przecież reklamy Always zawsze przekonywały nas, że krwawimy arystokratyczną, błękitną krwią), która wywołała takie oburzenie wśród… kobiet?

To tylko jeden przykład, a jest ich wiele. Są tylko mniej medialne. Ot, chociażby brak podpasek w publicznych toaletach, które nie raz i nie dwa mogłyby kogoś poratować. Nikt nie oczekuje od nas, byśmy chodziły do publicznych kibli z własnym papierem toaletowym. Dlaczego by nie pomyśleć podobnie o tak podstawowym środku higieny jak podpaska czy tampon? Miesiączkę trzeba oswajać, przestać ją stygmatyzować. Tu chodzi nie tylko o kwestię akceptacji swojego ciała, nie tylko o feminizm. O to oczywiście również, ale jest jeszcze kwestia biedy. Jest taka scena w filmie „Daniel Blake”, gdy korzystająca z banku żywności kobieta pyta pracownicę socjalną, czy może dostać podpaski. Tych niestety nie ma. Są pieluchy, papier toaletowy, środki czystości. Podpasek brak. Po prostu o tym się nie myśli. Nie myśli się w ogóle, nie myśli się też w kontekście biedy. W tamtym roku w Polsce Fundacja Feminoteka organizowała zbiórkę środków higienicznych dla bezdomnych kobiet. Również w 2016 roku (dopiero!) Nowy Jork został pierwszym (!) miastem w USA, które prawnie wymaga od szkół, więzień i ośrodków dla bezdomnych zapewnienia bezpłatnego dostępu do tamponów i podpasek.

Miałabym w dupie, co opowiada jakiś gość w telewizji, gdyby jego myślenie nie było myśleniem dużej części społeczeństwa, gdyby jego słowa nie wpisywały się tak znakomicie w kwestię tabu narosłego wokół miesiączkowania. Miesiączka nie jest ani dobra, ani zła. To po prostu nasza fizjologia. Dotycząca biologicznych kobiet, ale wciąż fizjologia. To nie jest choroba. Ani diabeł wcielony. Takie myślenie, głęboko zakorzenione w tradycji judeo-chrześcijańskiej (strach przed niezrozumiałym kobiecym ciałem, z którego wynikała obsesja nieczystości rytualnej), powinno w nowoczesnym świecie dawno odejść do lamusa, ale stygmatyzacja nadal jak widać ma się dobrze, nawet jeśli coraz mniej ociera się o zabobon.

W tekście sprzed kilku dni napisałam, że lubię moje miesiączki. Nie mam ich, ze względu na ciążę, a teraz karmienie piersią, już od ponad roku i (nigdy nie myślałam, że tak o nich powiem) trochę do nich tęsknię. Myślę o nich jak o cyklicznym odnawianiu się. Może nie jest to regeneracja w stylu homara, który co kilka lat odnawia swoje ciało tak, że staje się de facto młodszy i dzięki temu żyje nawet 140 lat, wciąż coś, przez co mocniej odczuwam w sobie moc natury (to zabrzmiało bardziej nawiedzenie, niż chciałam, sorry guys). Nie chcę przez to wcale powiedzieć, że masz lubić swoje okresy. Wcale nie musisz. Ale pokaż środkowy palec tym, którzy próbują wmówić ci, że są one czymś złym. Nie są, tak jak nie jest niczym złym być kobietą. A te dwie kwestie zawsze chodziły parami.

Cały wywiad z panem ginekologiem, co jest wrogiem okresu można obejrzeć tutaj. Jest krótki, krótszy niż reklamy przed nim.

A potem na odtrutkę polecam poczytać Vokę.