Czapeczkę włóż!

opublikowane przez Ada w twórczość, życie, tagged with , , , ,

Jeśli myślałaś, że termin „konflikt pokoleń”, gdy tylko skończysz dwadzieścia lat, już nigdy nie będzie dotyczył ciebie i twojej matki, to źle myślałaś. Właśnie odkrywasz w jak wielkim tkwiłaś błędzie. I gdyby chodziło tylko o twoją własną matkę, to byłoby pół biedy. Konflikt rozszerza się jednak na całe jej pokolenie, na wszystkie jej koleżanki, wszystkie twoje ciotki i panie z osiedlowego warzywniaka. A zarzewiem tego konfliktu czapeczka.

Jest 30 stopni. Żar leje się z nieba, a nad ulicą wzbijają się tumany rozgrzanego kurzu. Za chwilę przez środek drogi przetoczy się bal siana i zawyje kojot, ten od strusia pędziwiatra. Słowem, upał. A pani Danuta i tak powie ci: „ale czapeczkę to ty jej zakładaj, wiesz”. Powie ci to też każda Bożena, Grażyna, Halina i Kryśka. Moja matka, Krystyna, też mi mówi. Ja jej mogę tłumaczyć, że mi się to dziecko zaraz w tej czapce ugotuje. Nie wytłumaczę. Mogę mówić, że przegrzanie jest niebezpieczniejsze od przewiania. Nic nie zdziałam. Mogę wytoczyć cięższe działa i przypomnieć jej, że ona sama to przecież nigdy w czapce nie chodzi. Nie pomoże. Dziecko bez czapeczki to zbrodnia. Matkozbrodnia. Całe pokolenie zakonu czapeczki mam przeciwko sobie. Nie da się z nim wygrać, można jedynie dla świętego spokoju trochę je okłamywać. „Mam czapeczkę w torbie, zaraz jej założę.” I dalej ubierać dziecko tak, jak się czuje.

Czapeczka to jednak tylko czubek góry lodowej. Są jeszcze skarpetki (z tej samej parafii) i cała góra przekonań rodem z lat 80., które dziś delikatnie rzecz ujmując, brzmią jak rodem z horroru.

„Karm dziecko co trzy godziny z zachowaniem przerwy nocnej” – mówiły poradniki z czasów mojego niemowlęctwa i tego się rodzice trzymali. Że dziecko w nocy darło ryja, bo cierpiało z głodu? Cóż, próbowano uspokajać je innymi sposobami.

„Twój brat to nie chciał zasypiać, darł koparę i trzeba było nim długo w nocy hepać” – opowiada matka ma Krystyna.
„I co, hepałaś?” – pytam.
„Gdzie tam, ojciec hepał.”

A trzeba mu było dać butelkę! Ja znam mojego brata, jemu się gęba nie zamyka, no chyba, że akurat je albo śpi. A je dużo. Może wciąż po 30 latach te przerwy nocne nadrabia.

A propos butelki. Kolejne zarzewie konfliktu. Mnie piersią nie karmiono. Podobno matka nie miała pokarmu, ale ja w to nie wierzę. Tak jej powiedzieli, bo kto w szpitalu w latach 80. przejmowałby się doradztwem laktacyjnym. Natura tak działa, że wszystkie matki mają mleko, niestety ewolucja spaprała sprawę z gatunkiem ludzkim (chociaż sprawa dotyczy też niektórych innych naczelnych) i czasami funduje nam okołolaktacyjne problemy. Wtedy zwyczajnie potrzebujemy przykładu doświadczonych kobiet, wsparcia i pomocy. Ale kiedy byłyśmy małe sprawę załatwiało się butelką. Mleko matki uważano zresztą w tamtych czasach za nie całkiem pełnowartościowy pokarm. I to zostało w ludzkich głowach. Niektóre położne w szpitalach nadal wytaczają ostateczne działo butli, gdy im się wydaje, że twoje dziecko niedojada.

Karmisz więc dziecko na żądanie, karmisz je w nocy. Czasem co trzy godziny, a czasem co pół. Kiedy jest takie malutkie, żołądek ma wielkości paznokcia kciuka, więc siłą rzeczy na długo mu to żarcie nie wystarcza, więc może ciągle wołać jeść. Pokolenie naszych matek zna przyczynę i wie, jak to leczyć. Twoje mleko ma zbyt mało kalorii, lekarstwem jest butelka.

Powiadają, że starszych trzeba szanować i że starość to mądrość, ale, na boga, są pewne granice. Ludzkość mimo wszystko z pokolenia na pokolenie staje się mądrzejsza. Z przerwami na ciemne wieki, ale zawsze. I zawsze istnieją konflikty pokoleń. Zgadnijcie kochane, kto wychodzi z nich zwycięsko.