Chrońmy chłopców naszych

boys1 940x627 - Chrońmy chłopców naszych

Patriarchat jest wrogiem zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Paradoksalnie, dla mężczyzn bywa okrutniejszy. Kobieta według społeczeństwa może być słaba. Ale może być również silna, zachowywać się „jak mężczyzna”. Mężczyzna nie ma prawa do słabości. Tu nie ma alternatyw. Rola społeczna jest jedna. Jeśli się w nią nie wpasowujesz, giniesz. Jedyna słabość, na jaką może sobie pozwolić mężczyzna, to bycie słabym w kobiece klocki. Zupełnie naturalnym jest, że nie potrafisz sprzątać czy nie potrafisz zająć się dobrze dzieckiem. Ale to normalne, bo to co kobiece jest gorsze, może cię przerażać, może cię nawet brzydzić.

Mężczyzna musi być męski. Męskość to siła. To dobro. Sprawiedliwość. Zaradność. Odwaga. Mężczyzna musi pracować. Musi być twardy w każdej sytuacji. Musi zapewniać byt rodzinie. Nie może okazywać słabości. Nie może popełniać błędów. Nie może tym bardziej przyznawać się do błędów. Ani do tego, że sobie nie radzi. Chłopaki nie płaczą.

Kiedy byłam mała, wiele razy słyszałam o tym, że ojciec jakiegoś dzieciaka się powiesił. To były czasy transformacji. Jedni się wybijali, inni tracili pracę i grunt pod nogami. A mężczyzna nie może tracić tego gruntu, nie może zawieść jako mężczyzna. Więc czasem wybiera sznur. To była mała miejscowość, a wisielców tak wielu. Znałam w tamtym czasie tylko jedną kobietę, która popełniła samobójstwo. Podobno nałykała się chemikaliów, podobno zabiła się z samotności.

Według policyjnych statystyk w Polsce każdego dnia samobójstwo popełnia dziewięciu mężczyzn. W Stanach Zjednoczonych trzech. Mężczyzna jest kruchy tym mocniej, im mocniej nie może się do tej kruchości przyznać. Gdybyśmy chciały chronić chłopców najskuteczniej jak się da, mówiłybyśmy im od najmłodszych lat, że w słabości nie ma nic złego. Mówiłybyśmy im, że nie ma nic złego w kobiecości. Że kobiecości nie należy się bać nie tylko w postaci kobiety, ale też nie należy się bać „kobiecości” jako zespołu stereotypowych cech przypisywanych kobietom przez społeczeństwo, w sobie. My matki, siostry, córki, żony, partnerki, przyjaciółki. Niezwykle trudno wychować chłopca w kontrze do wymagań społecznych względem płci. Dużo trudniej niż dziewczynkę. Tymczasem najczęściej, a jakże, chronimy ich, tyle że chronimy ich przed nami samymi, przed brudem naszych ciał, przed naszą słabością.

Już starożytni podchodzili do kobiet ze wstrętem. Poza Platonem, który postulował dostęp dziewcząt do edukacji i udział kobiet w rządach republiki, greccy filozofowie celowali w mizoginii, zrównując kobietę z najgorszym potworem. Ostatecznie zohydził kobietę Kościół. Święty Tomasz pisał, że „kobiety są błędem natury z tym ich nadmiarem wilgoci, temperaturą ciała świadczącą o cielesnym i duchowym upośledzeniu, są rodzajem kalekiego, chybionego, nieudanego mężczyzny”. Ciało kobiety – nieznane, ukryte, niepojęte, związane z niezrozumianą jeszcze przez medycynę naturą, budzi strach. Kobieta jest Inną – jak pisała Simone de Beauvoir. Mężczyźni po dziś dzień boją się tej inności, którą sami kobiecie przypisali. Ze strachu rodzi się pogarda. Pogarda obraca się przeciw nim samym. Cechy męskie i żeńskie, gdy odejdziemy od biologii, to ostatecznie tylko kwestia umowna.

Na chwilę skupmy się jednak na biologii. Jej mężczyźni prawdopodobnie boją się najmocniej. To w niej skupia się trzon femifobii. Znacie tych mężczyzn, którzy na wspomnienie o kobiecej fizjologii reagują jak mali chłopcy, których dopiero zaczyna obrzydzać to, co tkwi w dziewczynach? Krzywią się, proszą by nie mówić przy nich o tych obrzydliwościach, w końcu opuszczają rozmowę? Bo ja znam. To są takie do bólu chłopackie zachowania. Chłopackie, nie męskie. To słowo, rodem z przedszkola, wprowadzam tutaj celowo, dla nazwania zjawiska, które w gruncie rzeczy jest niezwykle infantylne i żałosne. Ale społecznie jak najbardziej normalne. Mogłybyśmy walczyć z nim, uczyć chłopców od małego, że kobiece ciało to nie tylko rozkładówka w CKM, to też ta fizjologia, i ta fizjologia to tak naprawdę nic wstrętnego. Ale najpierw same musimy się z nią pogodzić, a z tym niestety wciąż często mamy problem.

Na femifobii – lęku przed wszystkim, co kobiece, bazuje w stopniu większym niż kiedykolwiek w historii, współczesny marketing. Unisex nie istnieje. Jeśli można sprzedać coś dwa razy, to należy to zrobić. Kilkanaście lat temu w naszych łazienkach męskie i żeńskie były co najwyżej szampony. Dziś pojawiają się nawet takie kurioza jak pasty do zębów FOR MEN. Nareszcie on też będzie mógł dbać o świeży oddech, nareszcie smród z paszczy zostanie wykreślony z listy atrybutów męskości. Dodatkowo zęby mężczyzny będą wreszcie twarde jak stal, a dziąsła odporne, wreszcie jak na prawdziwego mężczyznę przystało, będzie mógł zamiast jedzenia miodu, jeść pszczoły.
Femifobiczny marketing to ta zabawna, mniej tragiczna odsłona zjawiska. Strach przed kobiecością ma też swoją poważną, przerażającą twarz. Obraca się on przeciwko kobietom. Strach rodzi przemoc. Strach przed kobiecością, jak zauważa Proseksualna, leży też w dużym stopniu u podstaw homofobii. Obraca się jednak również przeciwko samym, bojących się kobiecości mężczyznom. Tu powracamy do początku naszych rozważań o skutkach ukrywania słabości i kółko się zamknie.

Gdzieś w środku tego kółka jest jeszcze ta słabość, na którą mężczyzna może sobie pozwolić. Słabość w kobiece klocki. Słabość, której coraz częściej już nie pragnie i nie chełpi się nią, bo coraz więcej wśród nas mężczyzn świadomych, mężczyzn gwiżdżących sobie na tradycyjne role i zwyczajnie feministów. Wciąż jednak też wiele jest wśród nas kobiet, które infantylizują mężczyzn albo odbierają im dostęp do kobiecej przestrzeni. On popsuje, on się pogubi w tym, on jest jak słoń w składzie porcelany. To jeden z odcieni kobiecej straży patriarchatu, zwróconej przeciwko mężczyznom, ale też przeciwko im samym.

Jest też kwestia ochrony. Ochrony naszych chłopców przed brudem naszych ciał. I naszą kobiecą strefą pewnego rodzaju przerażających spraw, których on ma prawo się bać. Bo ten strach jest męski. Ten strach, który budzi w nim agresję. A my czujemy się silniejsze, przynajmniej w tych nielicznych strefach, których mężczyzn paraliżuje strach. To złudne poczucie siły.

Taką strefą jest poród. W dużym stopniu jest nią również opieka nad dziećmi. Kiedy leżałam na porodówce, do jednej z dziewczyn z mojej sali przyszedł ojciec. Niemal krzyczał na nią, by nie straszyła zięcia. Chodziło o jakieś kwestie zdrowotne związane z dzieckiem. Wcześniej ten zięć prawie zrobił aferę pielęgniarkom, że kłuły jego syna w głowę, by pobrać krew. Dziewczyna tłumaczyła mu, że to normalne, że tak się dzieciom pobiera krew do tych badań. Była w strachu tego chłopaka niesamowita wręcz agresja. Jego teść nie miał racji. Dziewczyna powinna go straszyć, po to by zniszczyć jego strach. Powinna tłumaczyć mu na czym polega ten okołoporodowy świat, by mniej się go bał. Dzięki temu lepiej go zrozumie i lepiej będzie opiekował się swoim dzieckiem.

Przestańmy chronić chłopców naszych przed ich kruchością. Przestańmy chronić ich przed nami samymi. Chrońmy ich przed ślepym podążaniem za jedynymi słusznymi rolami płciowymi. Bo to przez te dążenia najczęściej krzywdzą innych i samych siebie.

Zobacz także

1 Comment

  1. O ludzie. So true. Aż mnie to przekonuje, żeby napisać tekst o porodzie. Bo często jak coś mówię o porodzie to widzę przebiegający przez twarz mężczyzny dreszcz niepewności „Powiedziała skurcz! Co będzie następne?”
    W ogóle myślałam zawsze, że będę miała same córki. A jako drugi urodził mi się syn. I córkę to wiem jak wychowywać, a co do syna mam tyle watpliwosci…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj