życie

Dzienniki ciążowe

pr2 - Dzienniki ciążowe

Kiedy to wszystko się zaczęło, to znaczy, kiedy już wiedziałam, że wyszło, pomyślałam sobie, że świetnym pomysłem byłoby pisanie dzienników ciążowych. Takich codziennych zapisków, adresowanych trochę do rozwijającego się płodu, a trochę po prostu do siebie samej, zapisków z całkiem nowego i nieodkrytego etapu w życiu. Ale było we mnie zbyt wiele lęków, wciąż jest, by prowadzić taki dziennik. Bo taki dziennik oznaczałby pogłębienie przywiązania, oznaczałby po prostu przywiązanie, a leki we mnie wciąż mówią, że nie można przywiązywać się zbyt mocno, bo zawsze coś może pójść nie tak. To są lęki moje własne, bardzo mocne, podsycane jeszcze przez sytuację społeczno-polityczną, która w kontekście kobiet jest coraz bardziej chujowa. Więc zwlekam z rozpoczęciem dziennika, a przecież fajnie byłoby go mieć. Mam samej sobie tyle do opowiedzenia.

Na przykład o tych lękach właśnie. Jak mnie zżerały przez pierwsze miesiące. Jak się bałam wyników pierwszych testów i usg, bo głowę miałam pełną opowieści o chazaniątkach, zamiast o zdrowych różowych stópkach. Bo niby dlaczego u mnie wszystko miałoby pójść dobrze, ot tak? To z jednej strony efekt mojego zaangażowania w czarny protest, z drugiej jednak to lęki, które tkwiły we mnie od zawsze. Kiedyś żona kuzyna mojego męża powiedziała mi, że zawsze najbardziej poruszały ją historie dializowanych dzieci, a potem sama urodziła syna, który musiał mieć przeszczep nerki. Ja się zawsze bałam, że moje lęki dotyczące chorych dzieci, mogą się zwizualizować. Nie, żeby miały one jakieś mocne podstawy, mają podstawy dość słabe. To nawet nie chodzi o to, że jestem przesądna. To coś ryjącego psychę bardziej niż przesądy. Więc kiedy lekarz mówi, że wszystko jest w porządku, czuję się jakbym wygrała los na loterii.

IMG 5375 40 - Dzienniki ciążowePrzesądy, w ogóle. Unikam jak mogę. Mam szczęście obracać się w gronie raczej rozsądnych osób, więc nie docierają do mnie za bardzo mądrości ludowe. Nie czytam głupich for dla mamuś. Kiedyś lubiłam fanpage „beka z mamuś na forach”, ale wytrzymałam jakieś pięć dni, mniej więcej tyle samo, ile obserwowałam grupę „thermomix”. Kobiety w ciąży, które znam, są mądre i świadome. Moja przyjaciółka „pociesza” co prawda, że na pewno poznam jakieś „momzille” na placach zabaw, bo ona ciągle poznaje, ale liczę, że nie.

Jedyny zabobon, który wciąż słyszę, to „nie wyglądasz na dziewczynkę”. W sensie, że to ma być dziewczynka, a według wiedzy ludowej, nie wyglądam, bo to właśnie ponoć po wyglądzie da się poznać. Znaczy, że wyglądam ładnie. No staram się, nie wszyscy widują mnie w moich obleśnych polarowych spodniach do chorowania, więc jak mam wyglądać! Bo podobno jest tak, że dziewczynki wysysają z matek urodę. A przy chłopcach kobieta kwitnie. Ekhm. To jest najgorsza rzecz jaką można powiedzieć feministce w ciąży. Jeszcze raz to usłyszę, to chyba walnę wykład albo kogoś w łeb, ale raczej wykład, bo mnie walenie po łbie mniej satysfakcjonuje. Zabobon w służbie patriarchatu, jak się patrzy. Ustawianie kobiet jako rywalek już od zygoty. Mężczyzna, jako ten, przy którym kobieta się rozwija już od blastuli. I jak my, dziewczyny, mamy trzymać ze sobą nawzajem sztamę? I jak mamy mieć zdrowe relacje z matkami, skoro niechęć do własnej płci wpajana jest nam od początku. Patrz, kochana, wyssałaś z matki całą jej urodę i młodość! Córeczko, wolałabym żebyś była chłopcem!

Albo pytania, co z kotami po porodzie. Na szczęście rzadkie. No jak to co? Będą się jakoś musiały z młodą dogadać. Nie zawsze rozumiem, czego te małe mendy chcą. Z dzieckiem jest podobnie, też trudno je zrozumieć, więc chyba znajdą wspólny język.

Moja ciąża to w ogóle niezły rollercoaster. Jednego dnia jestem niedołężną staruszką, bolą mnie krzyże i mam już nawet swój specjalny pojemniczek na leki, to jest witaminy (jest nim kieliszek na jajko). Drugiego, rozpiera mnie energia i najchętniej poszłabym biegać, ale trochę boję się teraz biegać, więc zapisałam się na ciążowy fitness, co w sumie też jest fajne.

Myślałam, że będę mieć straszny problem z tym, że nie można pić. Bo ja lubię alko, naprawdę lubię i bałam się, że będę dostawać ślinotoku i prowadzić ze sobą wewnętrzną walkę. Ale nie. Zupełna normalka. Trochę tęsknię za winem no i raz chciałam naprawdę zabić męża i moich braci, gdy się strasznie skuli, a ja musiałam siedzieć na trzeźwo i słuchać ich pijackich mądrości przy teledyskach Avicii (tak, ta impreza, gdy mój brat wpada na pomysł, żeby oglądać teledyski Avicii, bo one są tak dobrze zrobione, a ja rzygam tą muzyką). Ale poza tym luz. Za to bardzo chce mi się palić. O jak bardzo! To jest naprawdę dziwne, bo rzuciłam palenie dziewięć lat temu i od tego czasu zawsze mi śmierdziało.

Ach, no i pytania o dziwne zachcianki. A tu nic! Kiszone z dżemem to jadałam już przed ciążą. A teraz wcale ich nie jem.

Nic jeszcze nie mam: ani łóżeczka, ani wózka, ani ubranek, nic. W sumie nie wiem, dlaczego już miałabym to wszystko mieć. Właściwie to więcej niż myślę o literaturze, na jakiej chcę wychowywać to dziecko, niż o dzieciowych sprzętach – wiem, to jest dziwne. Mam za to ładną koszulę nocną do szpitala kupioną na lumpie za szalone 2,50, satynową w kolorze burgundowym. Naprawdę ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba na porodówce to zmechacona, infantylna różowa koszula z naszywką w troskliwe misie, w jakiej zawsze występuje matka polka porodówkowa w materiałach telewizyjnych. Jak je widzę, te koszule, to sobie jestem nawet w stanie wyobrazić ich zapach, taki plastikowy z targu. Czasem naprawdę trzeba szanować w sobie wewnętrzną ofiarę mody. Obleśne polarowe spodnie do chorowania się nie liczą.

To jest siódmy miesiąc i już widać. Do niedawna było widać tylko w obcisłych ciuchach. Tak więc dostąpiłam niedawno po raz pierwszy zaszczytu ustąpienia mi miejsca w tramwaju. Nawet to miłe. Jeszcze dwa miesiące temu sama ustąpiłam miejsca w pociągu. To też było miłe, ale nie dla mnie, bo po dziesięciu minutach prawie się porzygałam. Takich głupot się zdecydowanie nie robi, teraz już wiem. Niech spadają mądrale, które wyzwą nas od roszczeniowych.

pr3 - Dzienniki ciążowe

Podobało się? Koniecznie dajcie znać w komentarzach. Jeśli się podobało, to pojawi się kolejny odcinek dzienników. Spokojnie, nie bójcie się, nie zamienimy się tutaj w blog parentingowy.

fot. Beata Ratuszniak

  1. Mi do ciąż, dzieci i w ogóle tego wszystkiego droga daleka i zapewne pokrętna, ale chcę czytać, zwłaszcza, kiedy Facebook zalewają zdjęcia i posty moich koleżanek, które ewaluowały już w czasie ciąży w matki polki idealne bez dystansu do siebie.

  2. Podobało się i czekam na więcej! Zdrowia i szczęśliwości dla całej trójki 🙂

    1. Dziękuję 🙂

  3. Hedu Wig says:

    Post WSPANIAŁY!!! Kiedy przeczytałam zdanie o walnięciu wykładu, pomyślałąm, że to o mnie. Pytanie tylko mam; dlaczego musi być dziewczynka? Zdrowia dużo!!

    1. Nie musi, ale będzie. Ginekolog mi mówi, że USG pokazuje już, że na 100 pro 🙂

  4. Podobało się na maksa! Szczególnie we wstępie odnalazłam wiele z własnych przemyśleń.

    1. Ja podobnie. Zwłaszcza w tym fragmencie o baniu się.
      Ada, ściskam i życzę dużo siły!

      1. Dzięki, Olga <3

  5. Wojtek Prastowski says:

    Hej! Dzięki za fajny wpis. To ja do tych lęków mam pytanie, choć o tym konkretnym nie napisałaś. Jak widzisz swoje mieszkanie w kontekście dziecka? Szczególnie gdy już będzie trochę starsze – co z własnym pokojem dla kilkulatka, azylem dla Was, strefą wspólną? Pytam, bo szukam mieszkania dla mojej rodziny, jednego brzdąca już mamy i już widzę, żeby nie zwariować, to trzeba mieć kilka sypialni. Pozdrawiam!

    1. Heeej! No właśnie nie widzę mojego mieszkania, widzę przeprowadzkę. Już się nastawiamy na to, że za kilka lat będziemy szukać większej chaty. Ta nasza przestrzeń jest bardzo fajna i póki małe będzie bardzo małe jest spoko, ale już przy takiej trzy-, czterolatce, która będzie potrzebowała więcej swojego miejsca (o potrzebach rodziców nie wspomnę:)), to już zacznie robić się trudno. Oczywiście ludzie z pokolenia naszych rodziców opowiadają, że sami to się wychowali w ileś tam rodzeństwa na jakiejś tam małej przestrzeni. Wiadomo, że wszystko da się, ale do mnie takie argumenty nie trafiają i jeśli na coś mam w życiu finansowe parcie, to na życie w przestrzeni zapewniającej prywatność wszystkim członkom rodziny. Sama wychowałam się w wielkim domu na wsi, może nie bogatym ani super wygodnym ale za to dużym, i nie umiem sobie za bardzo wyobrazić mieszkania w klaustrofobicznych pomieszczeniach, może to dlatego.

      1. Podpisuję się! Mam prawie 9-miesięczniaka i 2 pokoje. Śpimy we trójkę w jednym łóżku. Póki co, to jest fajne rozwiązanie, ale nie na zawsze. Niemowlak nie potrzebuje własnego pokoju, ale gdybyśmy mieli na takowy miejsce, to przynajmniej upchnęlibyśmy tam wszystkie dziecięce graty, które obecnie są w każdym pomieszczeniu. Zatem, Wojtku, jeśli nie interesuje Cię downgrade, ale raczej celujesz w upgrade warunków życiowych swojej rodziny, to osobny dziecięcy pokój to mus. Plus sypialnia dla Was. Też wychowałam się w domu. A większość zwierząt, jeśli je stłoczyć na zbyt ciasnej przestrzeni, zjada swoje młode. I ja im się, kurczę, wcale nie dziwię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *