A na imię jej będzie Tradycja

christmas1 940x627 - A na imię jej będzie Tradycja

Tradycja: suma naszej wielopokoleniowej pamięci, czy tylko wyobrażenie współczesnych o czasach, gdy wszystko było lepsze?

Gatunek ludzki przywiązuje ogromną wagę do tzw. tradycji. Tradycja daje nam w pewnym sensie poczucie bezpieczeństwa, zakorzenienie. Nawet wtedy, gdy nie do końca wiemy, z czego wynika, gdy błądzimy w jej znaczeniach jak Marek Siudym w „Misiu”. Uświęcone tradycją jest święte, jest świętsze od religii.

Gdyby nie odwaga, by przeciwstawić się uświęconym zasadom, wiara w nowe, które jest wrogiem starego, przekonanie, że zastana sytuacja nie jest tą, o której marzymy, stalibyśmy w miejscu. Gdyby nie jednostki, które raz na jakiś czas sprzeciwiają się uświęconym tradycjom, jako gatunek ludzki stalibyśmy w miejscu. Czasem te jednostki urastają do tłumów. Czasem to się nazywa rewolucją. Nie zawsze wspaniałą w skutkach, czasem koszmarną. Ale gdyby człowiek, w obawie przed klęską i złym obrotem spraw, nie próbował zmieniać zastanego, niczego by nie osiągnął. Pamiętaj: Jezus też był rewolucjonistą.

Lubimy rozprawiać o tradycji, powoływać się na nią i nią zasłaniać. Nie tylko od święta. Tradycja to słowo klucz. Coraz częściej również narzędzie ideologiczne i polityczne. Kiedy kilka tygodni temu polski rząd zaczął przebąkiwać o planach wypowiedzenia Konwencji Antyprzemocowej, padły argumenty, że to w obronie polskiej tradycji, z którą dokument ten rzekomo jest sprzeczny (bo gender, wiadomo). Konwencja mówi o zwalczaniu stereotypów płciowych nie o zmienianiu biologii. To stereotypy, również te wynikające z tradycji i chrześcijaństwa, powodują, że kobieta traktowana jest jako ta słabsza i gorsza, przez co za normalne uznaje się przyzwolenie na jej bicie i poniżanie. No cóż, jeśli polską tradycją jest przemoc wobec kobiet, to pewnie jej przeciwnicy mają rację! W końcu stare przysłowie mówi, że jak chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije. No więc, drogie panie, nasza władza po prostu dba o nasze wątroby!

Kultywowanie tradycji to głównie kultywowanie tego, co nam się zdaje. Z roku na rok zdaje nam się trochę inaczej. Mnóstwo rzeczy ginie, mnóstwo dodajemy. 200 lat temu nie było żadnej choinki. Karpie pływają wciąż w wannach, by zginąć potem marnie wśród krzyków przerażonych niewiniątek (albo i bez krzyków, ale i tak marnie), bo tak wynika z tradycji. Tradycji, która wydaje się nam odwieczną, chociaż tak naprawdę sięga tylko czasów pustych półek w PRL, kiedy to jak już tę rybę rzucili w listopadzie, to gdzieś musiała do świąt przezimować. W Polsce mamy też obsesję polskości tradycji. Przypisujemy tę polskość często zwyczajom, które rodowód mają zgoła inny, byle by tylko móc powiedzieć, że to dobre, bo nasze. Bo co nie nasze, to herezja i komercja.

Ale wróćmy do świąt. Tradycja to ostatnia rzecz, którą można nazwać świętością w całym tym zamieszaniu. Chociaż wychodzi na to, że tak naprawdę to ona jest ludzką religią, często silniejszą od samych religii. Często jest tym, co nam z tych religii zostaje, gdy nie obchodzą nas już w ogóle. Nawet zupełnie obojętni i odcięci od kościołów, ciągle mamy do nich sentyment. Ja wciąż mam. Gdyby religie, narody i podobne twory nie wytwarzały tradycji, łączników z minionym, bardziej ludzkich obiektów kultu – zostałyby z niczym.

Tradycja bywa fajna. Bywa też ledwo znośna, ale czujemy się jej zobowiązanymi. Z tymi nieznoszącymi się wzajemnie ludźmi przy jednym wigilijnych stole raz w roku, bo wypada. Z tym zawsze krępującym opłatkiem. Z tymi nietrafionymi prezentami, które zalegną w szafach, albo wylądują na allegro. Z tymi potrawami wigilijnymi, których ugotujemy jak zwykle za dużo i nigdy nie zjemy do końca. Nigdy nie oduczymy się robienia wszystkiego na siłę. Bo jest tradycja. Nigdy.

Jesteśmy zakładnikami tradycji z syndromem sztokholmskim.

Zobacz także

1 Comment

  1. Przyznam, że mnie zawsze kurczowe trzymanie się tradycji wydawało się zawsze objawem niedojrzałości emocjonalnej. Człowiek, który czuje się dobrze w swojej sytuacji, nie będzie bał się zaniechania wykonywania czynności, które nie mają dla niego sensu, a czasem nawet sprawiają mu przykrość. Tak jak piszesz, to jest syndrom sztokholmski. Zupełny absurd.

    Jestem osobą dociekliwą i bywam do bólu racjonalna, więc nasze święta wyglądają niezbyt tradycyjnie. I dobrze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj