życie

Internet mnie popsuł

bdp1 - Internet mnie popsuł

Przez zdecydowaną większość mojego życia było tak, że miałam łeb nie od parady. Potrafiłam z pamięci przytoczyć mnóstwo mniej i bardziej przydatnych faktów i ciekawostek, żeby zagiąć rozmówcę, tudzież zwyczajnie zabłysnąć. Ale te dobre czasy minęły. Moja chłonna jak gąbka pamięć się popsuła i mogę już co najwyżej wygłaszać opinie. Za wszystko winię internet.

Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam sieć. Wcale nie uważam, że w czasach przedinternetowych było lepiej, bo dzieci wychodziły na podwórko zamiast siedzieć przez kompami, a ludzie w tramwajach nie gapili się bezmyślnie w ekrany smartfonów, tylko czytali gazety. Nie wiem jak u was, ale u mnie za oknem dzieciarnia drze ryja i śmiga na rowerkach tak samo jak w latach 90., a kolejne roczniki zdesperowanych rodziców usiłują godzinami w lipcowe noce przywołać pociechy do domów wrzeszcząc przez okno na cały kwadrat „Michał!”, „Miłosz!”, „Krzysiek!”. Co do gazet zaś, to raz, że są dziś w internecie, dwa, o niebo wolę komunikację dwustronną od zwykłej jednostronnej konsumpcji mediów.

Ale nie o tym ma być ten tekst, tylko o mojej awarii. Kiedy dawno, dawno temu wchodziła reforma edukacji, jednym z wielu idealistycznych założeń było odejście od zmuszania dzieci do uczenia się na pamięć. Zamiast tego, uczniowie mieli myśleć i szukać informacji. Internet właśnie się rodził, nie posiadaliśmy jeszcze szybkich łączy, więc nikt nie wspominał o szukaniu w internecie. Idea skądinąd słuszna, bo szkoła wymagała od nas zapamiętywania wielu rzeczy, bez których spokojnie moglibyśmy się obejść, no i mało kto lubił zakuwać, ale tak do końca zakuwanie z niej nie zniknęło, a opowieści o zawartości tzw. „kluczy” często przyprawiały o palpitacje serca. Sama na żadną reformę się nie załapałam. Jestem jednym z tych dinozaurów, które nigdy nie chodziły do gimnazjum, więc nie dane mi było nawet poznać prób nauki innej niż na pamięć. Jakoś mi to jednak nie przeszkadzało, bo tak naprawdę niczego (no poza wierszami) na pamięć nigdy się nie uczyłam. Ja zwyczajnie wszystko zapamiętywałam. Poza rzeczami ważnymi, w mojej pamięci zostawało też mnóstwo zupełnie nieistotnej sieczki, ale można przecież mieć wszystkiego. Zresztą, sieczka bywała całkiem przyjemna. Dzięki tym całkiem niezłym właściwościom pamięciowym, zaginałam inne dzieci w grze w państwa miasta (a przynajmniej próbowałam, bo małe gnojki nie chciały mi wierzyć, że jest takie zwierzę na „J” jak jak), i wygrałam nawet spluwaczkę w konkursie wiedzy organizowanych na lekcji ZPT przez pana Bułę (nigdy jej nie zobaczyłam na oczy, bo to była jakaś zmyślona spluwaczka).

A potem nagle ta niesamowita wydajność mózgowa minęła. No może nie tak nagle, od gry w państwa-miasta minęło jakieś dwadzieścia lat, ale wiecie o co mi chodzi. Teraz pamięć mam jak sito. I mogłabym niby winić wiek, ale nie jest jeszcze taki zaawansowany. Więc chyba jednak to przez internet i tę dostępność wiedzy na wyciągnięcie ręki, która wyzwala w moim mózgu straszne lenistwo. Widzę taką oto zależność: kiedyś mój mózg działał tak dobrze i zapamiętywał jak leci, bo musiał. Jeśli czegoś nie zapamiętałam, moje szanse na szybką weryfikację danej informacji w przyszłości, w chwili gdy chciałabym ją przytoczyć, były niewielkie. Musiałam mieć wszystko w głowie. Teraz nie muszę. Informacje przelatują więc przez moją pamięć jak przez sito. Zostawiają po sobie tylko jakieś okruchy, które gdy chcę jakiś fakt przytoczyć, muszę natychmiast skonsultować z internetem, bo zwyczajnie nie pamiętam dokładnie. Jakże cholernie mnie to irytuje! Bo z jednej strony, trochę jednak odciążam swój mózg, z drugiej czuję się niewolnicą sieci. No i zawsze są jeszcze sytuacje, w których posłużenie się ściągą ze smartfona nie wchodzi w grę i jednak profesjonalniej było by mieć wszystko w głowie i sypać wiedzą jak z rękawa bez specjalnego przygotowania. A tymczasem, internet mnie popsuł i w dodatku nie daje żadnej recepty, jak mam się naprawić.

  1. Niestety też to u siebie zauważyłam ;( Nawet głupiego przepisu na muffinki nie zapamiętuję, bo po co jak wiem, że w razie czego mam zapisany na blogu. „Nauka” w szkołach to już w ogóle..

  2. Co do gimnazjum to faktycznie – mimo, że byłem pierwszym rocznikiem, nie odczułem żadnej zmiany, była nauka na pamięć jak wcześniej.
    Co do tekstu – no racja, tak jakoś jest… Mam internet (od drugiej gimnazjum czyli od… 16 lat), czytam tony tekstów, wydaje mi się, że tak dużo wiem, a nic nie wiem 😛 łapię się na tym, że czytam coś drugi raz i niby gdzieś tam świta, że już to czytałem… ale treść uleciała już dawno…

  3. Jak wszystkiego, są plusy i minusu internetu. Dla mnie jest często zbawieniem, bo przy mojej ciekawości świata i sprawdzania nawet najdrobniejszych rzeczy, przychodzi mi z pomocą. Odchodzenie od pamięciówki jest nie tylko w Polsce. Praktycznie pod każdą szerokością geograficzną i z tego powodu płaczą nauczyciele języków, bo uczniowe/studenci nie uczą się już na pamięć. A to przecież tak ważne przy nauce języka obcego.

  4. Ja jestem z piątego rocznika idącego do gimnazjum i pamięciówki miałam dużo, ale to zawsze był wynik nauczyciela. Zasada „nie musisz tego rozumieć, wystarczy że zapamiętasz” królowała u wielu moich nauczycieli z czego dziś jest mi smutno. Dziś, np. z biologii, ani nic nie rozumiem, ani nic nie pamiętam. Ale wierszy na pamięć akurat lubiłam się uczyć 🙂 Polonistka w gimnazjum poradziła mi bym ich jak najwięcej czytała na głos, by zwalczyć nieśmiałość w publicznym przemawianiu. Pomogło bardzo.

  5. Wreszcie ktoś mnie rozumie! Mam dokładnie to samo, ale wszyscy, którym to mówię, machają tylko ręką…
    Odciążenie umysłu jest tylko pozorne, bo codziennie bombardujemy go taką ilością śmieciowych informacji z internetu (w sumie nie tylko informacji, ogólnie bodźców), że przeciążony wyrzuca z pamięci wszystko, co może 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.