feminizm, kultura, życie

Poznajcie Helen

helen main - Poznajcie Helen

Czego nie robią dziewczyny? Dziewczyny nie robią kupy (a już na pewno nie poza domem), nie krwawią na czerwono, nie drapią się po tyłkach i nigdy, ale to przenigdy, nie siadają na deskach klozetowych w publicznych toaletach. Przynajmniej tak słyszałam. Pewnie też o tym słyszałyście. No to poznajcie Helen – bohaterkę filmu „Wilgotne miejsca”, która jest prawdopodobnie najlepszą jednoosobową kombo-odpowiedzią na wszystkie dziewczyńskie mity.

Kiedy Ewan McGregor nurkował w najgorszym kiblu w Szkocji, była to po prostu obrzydliwa scena filmowa (wieść gminna niesie, że specjalnie na jej potrzeby, scenografowie „Trainspotting” udekorowali toaletę czekoladą). Kiedy z podobnego śmierdzącego przybytku zamierza skorzystać nastolatka z blond loczkami, wiedz że to nie tylko obleśne ujęcie, ale deklaracja, że zaraz złamane zostanie wszelkie tabu. Dziewczyna nie dość, że usiądzie na brudnej desce, mimo że przecież wszystkie kobiety świata korzystają z publicznych szaletów tylko w pozycji „na Małysza”, to jeszcze zaraz pochwali się, że od lat cierpi na hemoroidy i wygrzebie sobie coś z tyłka. A to dopiero początek.

wilgotne

Wyjaśnijmy sobie na wstępie, że „Wilgotne miejsca”, ekranizacja powieści Charlotte Roche, to nie jest jakiś wybitny ani przełomowy film. Nie jest nawet zbyt dobry. Momentami jest bardzo chaotycznie, a główna motywacja działania głównej bohaterki (dążenie do pojednania rozwiedzionych rodziców) trąci nieco infantylnością rodem z disneyowskiego klasyka „Nie wierzcie bliźniaczkom”, ale postać głównej bohaterki, Helen (gra ją szwajcarska aktorka Carla Juri), w pewnym sensie przełomowa jest. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nikt tak nie opowiadał o dziewczynach. Owszem, w popkulturze od dawna można pokazywać już, że kobieta może być wyzwolona seksualnie i nikt nie ma prawa nazywać jej puszczalską (już nawet „Seks w wielkim mieście” wiele lat temu próbował, chociaż muszę przyznać, że z różnym skutkiem, rozprawić się z tym okropnym stereotypem), ale seks to nie jest jedyny i nie ostatni bastion tego, co chłopcom uchodzi na sucho, a dziewczynkom nie wypada. I paru innych tabu.

„Wilgotne miejsca” rozprawiają się z pomocą Helen, bohaterki bardziej niż niepoprawnej, ze wszystkim na raz. Gdyby stanęła na drodze Małgorzaty Rozenek, Perfekcyjna Pani Domu prawdopodobnie na miejscu padłaby na zawał. To postać celowo przerysowana, która robi wszystko to, czego oficjalnie dziewczyny nie robią. Jej niektóre zachowania wyglądają wręcz tak, jak wyobrażamy sobie zwyczaje nieco obrzydliwych chłopców z podstawówki (albo raczej tak, jak wyobrażają je sobie ich rówieśniczki). Nie dba więc za bardzo o higienę („te majtki można nosić jeszcze przynajmniej przez tydzień”) i drapie się po tyłku w miejscach publicznych. Nie ma też przy okazji żadnych zahamowań seksualnych, a za najlepsze perfumy uważa zapach własnej cipki, którym hojnie naciera inne części ciała.

poster_feuchtgebiete-62489
„Wilgotne miejsca”, Niemcy, 2013

W „Wilgotnych miejscach”, oprócz bastionów seksu i fekaliów, pada jeszcze jeden. Biorąc pod uwagę niedawne oburzenie na okładkę Wysokich Obcasów przedstawiającą podpaskę posypaną czerwonym brokatem, chyba największy z punktu widzenia naszej kultury: bastion okresu.
Scena symboliczna i może nieco pretensjonalna:
Helen i jej przyjaciółka Corrina, smarują sobie krwią miesięczną twarze.
Scena może nieco obrzydliwa, ale bardzo zabawna:
Helen wymyśla tampon własnej produkcji.
Zapomina o pewnym ważnym elemencie. Tym niebieskim sznureczku.
Corrina nie potrafi wyjąć tamponu.
Helen pomaga jej wyciągając tampon szczypcami do grilla.
A potem zanosi te szczypce gościom na grillu, żeby nałożyli sobie nimi na talerze gorące mięso.
Smacznego!

Helen to prawdziwy badass. Może nie do końca chciałabyś być taka jak ona. Majtki jednak warto zmieniać częściej. Warto jednak też wziąć sobie z niej trochę szczerości w sprawach, które z jakichś dziwnych powodów same przed sobą owijamy w bawełnę (taką szkodliwą, chlorowaną z tamponów). Dziewczyny robią kupę, uprawiają dziki seks, wąchają swoje matki i, do cholery, krwawią na czerwono i to wcale nie pachnie kwiatkami. Chciałabym, żebyśmy potrafiły mówić otwarcie o tym, że mamy ludzką fizjologię i to wcale nie jest takie obrzydliwe, tylko całkiem normalne. Nie wiem, jak wam, ale mi chyba byłoby w takim świecie bez tabu łatwiej. Szczególnie, że to tabu tak mocno związane jest jednak z płcią. Myślę, że wielu z nas trochę by to ulżyło, w tych codziennych zmaganiach z życiem na tip top. Bo wiecie, „na Małysza” sikam tylko w „najgorszych kiblach Szkocji”. Raz przypłaciłam to koniecznością wzięcia antybiotyku, ale to ryzyko wpisane w ten sport (może czas kupić sobie lejek?). I nie chodzi wcale o to, żebyśmy wszystkie tak sikały, bo każda z nas ma inny próg obrzydliwości, tylko żeby nie yło czymś wstydliwym przyznanie się, że jednak się siada. Gdybym miała nie robić dwójki poza domem, to przy mojej przemianie materii, dawno bym eksplodowała jak ten grubas z Monty Phytona. Lubię wąchać swoje majtki. I oczywiście, nie brudzę ich raz w miesiącu na niebiesko. Tak nie krwawi nawet księżna Kate. I ty też tak nie krwawisz. Bo tak serio, czy z tymi wszystkimi tabu żyje się nam lepiej?

  1. […] Rzeczovnik – o Helen, bohaterce filmu Wilgotne miejsca, która przeczy wszelkim „higieniczno-kosmetycznym” mitom, jakimi objęte są dziś kobiety. […]

  2. Nigdy nie rozumiałam tego tabu związanego z okresem. Naprawdę, nigdy. Może to efekt wychowania i podejścia w domu, że to rzecz najnormalniejsza. A szczerze bawią mnie te wszystkie eufemizmy na miesiączkę.

    1. Też nigdy nie rozumiałam tego tabu i nawet nie zdawałam sobie sprawy, że jest u nas w kraju aż tak wielkie chyba aż do tych komentarzy na temat okładki WO.

  3. Absolutnie zgadzam się z przesłaniem – kobiety to też ludzie i nie ma co udawać, że okres jest błękitny (bo czerwony jest taki fuj) i że jeśli puszczamy bąki to tylko tęczą i fiołkami pachnące. Ale to, że się nie wstydzę swojej fizjologii, nie znaczy, że mam ochotę tę dosłowność wraz z czyjąś fizjologią oglądać. Wszystko jedno czy na filmie, czy na żywo i czy w wykonaniu damskim, męskim czy dziecięcym.

    1. No na żywo to też wolałabym nie. Szczególnie w wykonaniu panów, którzy ostentacyjnie szczają pod krzaczkiem na widoku w biały dzień, jakby nie mogli znaleźć lepiej ukrytego krzaczka. Nawet nie chodzi o to, że mnie to brzydzi, bo żołądek mam mocny, tylko o zwyczajny brak kultury. Ale na filmie to co innego. Jeśli za pokazywaniem fizjologii idzie chęć przełamania jakiego tabu (zwłaszcza związanego z płcią), albo ma to znaczenie dla opowieści (na przykład pokazanie upadku postaci), a nie zwyczajnie po to, żeby poepatować obrzydliwością, to ja to kupuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.