dom, feminizm, życie

Nie przepraszam za bałagan. Ja tu mieszkam

Jej dom lśni czystością, jak z reklamy cifu. Może nie jest to muzeum perfekcyjnej pani domu, ale i tak wygląda jakby sprzątano tu nie dawniej niż wczoraj. Nawet pokój jej córki, u większości ludzi świątynia chaosu, wygląda jak z pinteresta. Z tą różnicą, że jest różowy, bo tu mieszka prawdziwa mała dziewczynka. Mimo to, od progu wita nas przepraszająco: „Nie przestraszcie się bałaganu”.

Tyle razy pytałam: „jakiego bałaganu?”, że już sama śmieje się z siebie. Przepracowała zresztą swoje obsesje związane ze sprzątaniem, doskonale wie, kto zaszczepił w niej to poczucie winy. Wie dobrze, że sprzątanie dla zapewnienia sobie komfortu wolności od brudu jest spoko, a nie spoko jest sprzątanie na błysk, bo co ludzie powiedzą. Mimo to wciąż przeprasza od progu. To silniejsze od niej.

Dom jest od mieszkania, a nie od sprzątania. Dlatego nie przepraszam za bałagan. Ja tu do cholery mieszkam. Wieczorem nie zawsze chce mi się schować ciuchy do szafy, więc lądują na kanapie. Nie potrafię zapełnić całej zmywarki w jeden dzień, nie potrafię tego zrobić nawet w dwa dni, więc naczynia grzecznie czekają na jej uruchomienie na blatach. Moje koty wszędzie zostawiają sierść i roznoszą żwirek na łapkach. Walka z nimi byłaby walką z wiatrakami.

Póki nie prowadzisz u siebie pensjonatu pod różą, twój dom jest dla ciebie. To ty w nim mieszkasz, to ty chcesz się w nim czuć dobrze, to ty robisz w nim bałagan i to ty decydujesz, kiedy ten bałagan przekroczył granicę twojej odporności i powinien natychmiast zniknąć. Ty albo inny domownik. W końcu nie jesteś tutaj pokojówką.

Tymczasem jesteśmy trochę ofiarami wychowania w poczuciu winy. Nauczyły nas tego nasze matki. Chciały nauczyć nas sprzątać i gotować, ale tak naprawdę wpoiły w nas przekonanie, że jeśli nie będziemy ogarniać chaty na błysk i gotować obiadu dla męża na czas i na smak, to przegramy życie. Nawet jeśli męża znajdziemy, to pewnie nie utrzymamy. Będziemy postrzegane jako złe gospodynie (co to w ogóle znaczy?). Będziemy niepełnowartościowymi kobietami. Jakimiś nieogarami. A nasi mężczyźni umrą z głosu i brudu, bo przecież nie potrafią o siebie zadbać. Oczywiście nasze matki nie chciały źle. Nawet jeśli za złe wykręcenie szmaty zlały nas tą szmatą przez łeb, źle nie chciały. One nauczyły się tego samego od swoich matek. Niby sprzątania i gotowania, a tak naprawdę kultywowania tradycyjnego podziału ról, który czyni z nas frustratki i niewolnice, i strasznego poczucia winy. Sama nie wiem co gorsze.

Niedawno słyszałam o dziewczynie, która ścieli łóżko swojemu bratu. To jest w ich rodzinie normalne. Brat nie musi ścielić żadnego łóżka. Tak ich wychowali. Gdyby któryś z moich braci kazał mi pościelić swoje łóżko, to: dostałby kopa (w dzieciństwie, zapewne by oddał), zostałby wyśmiany (dziś). Zastanawiam się na ile taki model wychowania dziewczynek, tak głęboko patriarchalny, wciąż jest powszechny. Wierzę, że to tylko ostatni przedstawiciele gatunku na wymarciu, ale może się mylę.

Chyba więc powinnam podziękować swojej matce, że niczego mnie nie nauczyła. Sprząta byle jak, bo ma słaby wzrok i tak nie widzi różnicy. Ja sprzątam równie beznadziejnie, chociaż w szkłach kontaktowych widzę całkiem nieźle. Gotować nauczyłam się sama z miłości do dobrego jedzenia. Jedzenie mojej matki nie zawsze jest dobre. To nie czyni z niej złej matki. To nie czyni ze mnie złej kobiety. Nienawidzę sprzątać. Nie robię tego prawie wcale. Mój mąż wziął na siebie ten przykry obowiązek. Ja ogarniam gotowanie, bo lubię gotować. Ale i tak dzień, w którym zatrudnimy sprzątaczkę będzie jednym z najbardziej wyzwalających dni w moim życiu, nawet jeśli moja proletariacka natura trochę się buntuje przed takim burżujstwem.

Kiedy w 2012 roku Magda Kostyszyn założyła profil Chujowej Pani Domu, niektórzy psioczyli, że jak tak można przyznawać się, że ma się w zlewie syf, toż to wstyd, ale dla tysięcy kobiet był to głos wyzwolenia. I trochę przełamania tabu, czegoś co w naszej kulturze wiązało się z jakimś dziwnie pojmowanym wstydem. Bo przecież kobieta jest tą świętą strażniczką domowego ogniska. A jak strażniczka, to przecież żaden zarazek się nie przeciśnie. Domestos w oczach i mop zamiast dłoni.

Możliwość zidentyfikowania się jako chujowej pani domu wyzwoliła nas z pułapki myślenia o swoim domowym nieogarze w duchu poczucia winy. Tak, ja też nie ogarniam bałaganu na chacie. Tak, ja też nie potrafię nawet ugotować jajka. Tak, ja też nie umiem obsługiwać żelazka. I nie czyni to ze mnie gorszej kobiety. Bo kobiety po prostu nie muszą być królowymi kuchni i miotły, tak jak meżczyźni wcale nie muszą być mistrzami śrubokręta i wiertarki. Mój mąż nie potrafi na przykład za bardzo przykręcić gniazdka, które wyrwał z kablem od odkurzacza, ale czy to sprawia, że jest mniej super?

Dzisiaj ChPD ma pół miliona fanów i fanek na Facebooku, Magda została wybrana głosami czytelniczek superbohaterką Wysokich Obcasów. To świadczy o tym, że wstydzimy się bałaganu coraz mniej, że nie uważamy już wcale, że albo perfekcyjna gospodyni, albo śmierć. A jednak wciąż przepraszamy za bałagan. Nawet, gdy bałaganu nie ma wcale, to tylko nam wydaje się, że staramy się za słabo. A przecież od dziewczynek zawsze wymagało się, by starały się bardziej. My, kobiety z pokolenia ChPD, wiemy dobrze, że można inaczej, ale nasze wychowanie wciąż podświadomie wzbudza w nas poczucie winy. Im bardziej jednak będziemy tego świadome, tym bardziej będziemy pilnować tego, by nie zaszczepiać tego poczucia w kolejnych pokoleniach. I wcale nie chodzi tylko o sprzątanie.