życie

Człowieku, pilnuj psa

dogs2 - Człowieku, pilnuj psa

Czasami wspominamy sobie dzikie lata 90., czasy gdy psy, te całkiem pańskie, biegały luzem. Nikt się nie dziwił, nikt nie pytał, wypuszczali ludzie te swoje psy w miasto. Takie to były dzikie lata. Wspominamy z nostalgią, chociaż nie widzimy w tym już nic dobrego. Niejeden wolny pies bowiem z takiej dzikiej dozwolonej wyprawy nie wrócił. Nostalgia bierze się stąd, że dziś przecież nikt już psów tak luzem w miasto nie posyła. Chyba że jesteśmy na wrocławskim śródmieściu.

Znalazłam psa. Znowu. Ostatnio ciągle jakieś psy znajduję. Jest ósma rano, biegnę przez Niskie Łąki. Jak biegnę, to się rozglądam i kątem oka dostrzegam psa. Biało-rudy staruszek leży na ławce przystanku autobusowego i nie za bardzo się rusza. Zatrzymuję się, idę do niego, głaszczę po głowie, pytam „ktoś ty?” i oglądam obrożę. Adresówki nie ma. Pies prawie nieruchomy, nie wiem czy jest w stanie chodzić. Kiedy próbuję namówić go, by zszedł z ławki, całkowicie mnie ignoruje. Ewidentnie się zgubił, myślę. A może ktoś go porzuci? Może jest tak zmęczony, starutki, że nie ma siły już iść.? A ja nie mogę nic zrobić. Nie mogę go nawet ściągnąć z tej ławki i zabrać do domu,. Do domu zresztą dwa kilometry. Poszłam biegać, więc nie mam nawet przy sobie telefonu, bo nigdy nie biegam z telefonem. Gdybym go miała zadzwoniłabym po pomoc do schroniska albo znajomej fundacji. Niedziela rano, pusta ulica. Myślę: poczekam, będzie ktoś szedł, zapytam, czy mogę skorzystać z telefonu. I siedzę tak z tym psem pięć minut, miziam go po smutnej mordce. W końcu pojawiają się jacyś ludzie. Podchodzę, wyjaśniam sytuację i pytam o ten cholerny telefon. I okazuje się, że oni mówią tylko po rosyjsku… ja po rosyjsku ni w ząb. Więc ja do nich po polsku, oni do mnie po rusku, i jakoś tam się rozumiemy. Na telefonie nie ma dziengów. A co to za pies? Znalazłam, tłumaczę. Przyglądają się chwilę. Ach, przecież my go znamy! On tam mieszka, on tak często łazi, zaraz wstanie i pójdzie do domu. I w tej chwili pies wstaje, żwawy jak szczeniaczek, i idzie do tego domu. Idzie pewnym krokiem, dobrze wie jak idzie. Co jakiś czas ogląda się za mną (wtedy, gdy ja się za nim oglądam), i taki jest z siebie zadowolony. Trochę menda psia, tak mnie nabrać! Ale większa menda z właściciela, że tak psa nie pilnuje. Bo, że mogłam go zgarnąć, to jeszcze nie tragedia. Ale o prawdziwą psią tragedię przecież nietrudno. Żałuję, że nie poszłam za psiakiem do domu. Trzeba było właścicielom wygarnąć!

download-dog

To jeszcze nie koniec psich przygód z tej samej przebieżki. Jestem już prawie pod domem, gdy znów kątem oka spostrzegam pieseła. Tym razem na środku ruchliwej ulicy Komuny Paryskiej jakiś psowaty turla się na plecach. Mam do niego ze 150 metrów i nie widzę, czy po prostu się turla, czy może potrącony przez auto. Zbaczam więc z trasy i biegnę do niego. Gdy go znajduję, nie leży już wcale, tylko siedzi i drapie się po grzbiecie, śmiejąc się ze mnie bezczelnie. Łajza. Mówię: zejdź psie, do nogi, na chodnik, zaraz! E tam, ma gdzieś komendy. Dobrze mu na środku ulicy, nic sobie z aut nie robi, nie zejdzie. W końcu odwraca się i przebiega na drugą stronę ulicy. Idzie tam jakiś człowiek z innym pieskiem. Chyba nawet to jego człowiek.

Kilka tygodni temu też znalazłam psa. Prawdziwą psią bidę. Była sobota, mijaliśmy go na naszej ulicy kilka razy w ciągu długich pięciu godzin. Na początku wyglądało to tak, jakby czekał na kogoś, kto na chwilę wszedł do stojącej tam kamienicy, jakby właściciel był gdzieś obok. Z biegiem czasu sytuacja zaczęła robić się coraz bardziej niepokojąca, bo pies zdawał się być coraz mocniej zdezorientowany. Okoliczni ludzie twierdzili, że nie kojarzą psa. Dzielnica jest szemrana, wiarygodna wydała się więc nam teoria, że właścicielem psa może być jakiś żuł, który udał się na melanż w kamienicy, pod którą czatuje ten mały i o psie zwyczajnie zapomniał. Kiedy psiak zaczął wychodzić na ulicę prosto pod trąbiące na niego auta, zupełnie skołowany, uznaliśmy, że trzeba go stamtąd zabrać, bo w końcu ktoś go rozjedzie. Próby namówienia pieseła, żeby do nas podszedł spełzły na niczym. Trzeba było zadzwonić po pomoc. W TOZ poradzili mi, że w takich sytuacjach najlepiej powiadomić dyżurnego kierowcę schroniska. Dzwonię więc, wyjaśniam sytuację. Kierowca mówi, żeby nie próbować już go zgarniać, bo jak pies tak się zachowuje, to możemy narobić tylko więcej nieszczęścia. Przyjedzie i zgarnie. Nie ma innej rady.

dogg

To już drugi raz, gdy pies przez nas ląduje w schronisku, po to by przeżyć. Pierwszy raz miał miejsce dwa lata temu w Bielsku-Białej i dziś jest dość zabawną anegdotą ze szczęśliwym zakończeniem. Mam jednak nadzieję, że dla właściciela beagle’a, którego nazwaliśmy Stefanem, była to nauczka i już pieseła luzem nie puszcza na osiedle.
A było to tak. Noc ciemna, styczniowa. Odprowadzamy siostrę i kuzynkę męża z mieszkania babci na przystanek autobusowy. Idzie za nami pies. Beagle, trochę przygrubawy. Idzie i idzie. Dziewczyny patrzą na niego i mówią, że jak tu do nas szły trzy godziny temu, ten pies już się w tym miejscu kręcił. No ewidentnie się zgubił! Trzeba psa ratować. Pies taki kochany, od razu do nogi się łasi. Obroży żadnej. Trzeba go ratować! Tylko, że jutro wracamy do Wrocławia. Kuzynka psa do domu zabrać nie może, bo jej psiak zareaguje prawdopodobnie strasznie. Rozważamy kilka wersji ratowania, w końcu dzwonimy do bielskiego schroniska. Jeśli pies się zgubił, właściciel powinien w pierwszej kolejności je sprawdzić. Będziemy monitorować sprawę, jeśli właściciel się nie znajdzie, to szukać psu domu. Zresztą, co tam, jak się nie znajdzie, to zaadoptujemy. Tymczasem schronisko mówi, że mogą przyjechać najwcześniej za dwie godziny. Co więc robić z psem? Zabranie go do babci, która ma 90 lat i nie jest już w najlepszej formie, może się skończyć babcinym gniewem. I trochę się kończy.
– Wypierdalaj mi z tym psem! – krzyczy na jego widok. Ale potem sama proponuje, żeby dać mu parówek. Stefan parówką nie gardzi.
Mamy łzy w oczach i moralniaka, gdy schroniskowe auto odjeżdża z naszym Stefankiem. W ciągu dwóch następnych dni kuzynka z ciotką rozpuszczają wici i znajdują kolejnych chętnych do adopcji. Monitoruję stronę schroniska. Zwykle po dwóch dniach od przyjazdu nowe zwierzaki lądują w ogłoszeniach. Ale na stronie o Stefanie cisza. Trzeciego dnia dzwonię więc i pytam co z tym beaglem, którego przywieźli z sobotę wieczorem. No był taki. Już w niedzielę rano zgłosił się właściciel. Człowiek odnaleziony! A tu poniżej na zdjęciu, to właśnie Stefan.

stefan

To tylko kilka moich historii. Ciągle znajduję jakieś psy. Kiedyś w końcu jakiegoś zgarnę tak, że nie oddam. To jest jednak pół biedy, gdy jakaś wariatka zagarnie zgubionego. Psa spotkać mogą o wiele większe nieszczęścia. Człowieku, pilnujże psa!

Komentarze (4)

  1. super artykul..bo nawet jesli pies najmadrzejszy na siwcie i nie dosc ze droge do domu znajdzie nawet po ciemku to i przez ulice nie przjedzie tez to NIE ZAPOMINAJMY ZE POJEBOW (przeprwaszam ale jak babcia zabluznila to i ja moge!ahha) NIE BRAKUJE, I ZAMIAST ADY PSA MOZE ZNALEZC JAKIS PSYCHOPATA…ps: a tak ulatwilaby zycie i takim Adom i psom i wlascicielom i ludziom w schroniskach PSIA ADRESATKA KILKA ZLOTYCH!ARGH

    1. Psia adresatka koniecznie! I czipowac też by się przydało, w sumie wielu ludzi czipuje, ale nie wie, że sam chip nie wystraczy – trzeba jeszcze zwierza zarejestrować w bazie, np. safe animals. Przydałaby się jakaś kampania informacyjna, żeby ludzi uświadomić. Sama dowiedziałam się dopiero niedawno o tych bazach, a miałam psa 16 lat i z jakieś 10 lat miał czipa, którego dostał przy okazji akcji darmowego czipowania, gdy czipy dopiero wchodziły do Polski. I nawet nie wiem, czy go wpisali do jakiejś bazy, czy nie, bo nic o nich nie wspominali. Na szczęście nigdy się nie zgubił (poza jedną ucieczką, gdy odnalazł się po pół godziny u sąsiadow) i nie musieliśmy sprawdzać skuteczności tego czipowania.

  2. Nigdy nie znalazłam psa, nigdy żaden za mną nie szedł. Za to miałam psa, który uwielbiał chodzić na łajzy. Wychodził na podwórko i gdzieś znikał na naszym fyrtlu. Zawsze wracała, a i tak wszyscy wiedzieli, że ten rudy to nasz. Tylko raz postanowił uciec, akurat w momencie, kiedy miałam szkolne przedstawienie. Biedny tata, zamiast w szkole na przedstawieniu dziecka, biegał po okolicy i psa szukał. Na szczęście się znalazł.

    1. Twoja opowieść przypomniała mi o jeszcze jednym moim znalezionym psie! Własciwie nie moim, tylko mojego brata. Pies przybłąkał się pięć lat temu po sylwestrze. Najpierw było wielkie ogłaszanie i szukanie zaginionego właściela. Nie znalazł się. Pies trochę pomieszkał więc u sąsiadów, a później, jakoś na wiosnę, przeprowadził się do naszego ogrodu. Niestety nie mógł zamieszkać w domu, bo nasz pies, Radar, nie pozwalał (kąsał go, a moja matka bała się, że pies go zeżre). Szukaliśmy dla niego domu, a w międzyczasie pieseł bardzo przywiązał się do mojego brata. A że okazał się łajzą, to biegał za nim do pracy. Kiedys, żeby za nim nie pobiegł, przywiązał go do drzewa w ogrodzie. Kiedy moja matka niedługo po tym poszła psa uwolnić, okazało się, że zwiał. Był wielki płacza, ogłoszenia o zaginionym psem. Łajza wróciła po ośmiu dniach. Po tej przygodzie dostał pozwolenie, żeby chodzić z moim bratem do pracy, czekał na niego grzecznie osiem godzin. Tak tez udało się znaleźć dla niego w końcu stały dom, bo pewien pan z tej pracy postanowił go adoptować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.