Z kim najlepiej założyć rodzinę?

fff 940x627 - Z kim najlepiej założyć rodzinę?

„Pana postaci zawsze żyły z odmiennym wyobrażeniem tego pojęcia. Jedna z zakonnic w filmie „Pośród ciemności” zakładała rodzinę z księdzem i tygrysem, a z kolei w „Wysokich obcasach” bohaterka odtwarzana przez Victorię Abril oczekiwała dziecka z mężczyzną, który był transwestytą po to, aby stać się jej matką…

Pedro Almodóvar:
Nie pamiętam już filmów, które zrobiłem. Ale to prawda, że zawsze tak właśnie widziałem te sprawy. Rodziny przyjmujące wiele zaskakujących form, a jednak oparte na uczuciu.”

Fragment książki „Almodóvar. Rozmowy”

O kim myślisz, gdy myślisz o swojej rodzinie? Przodkach, potomkach i krewnych w różnych konfiguracjach, wiadomo. Ale czasem myślisz też pewnie, że masz takich ludzi, którzy są dla ciebie jak rodzina, chociaż jedyne łączące was więzy krwi sprowadzają się do tego, że też jest czerwona. Znajdowanie sobie przyjaciół i grup ludzkich, z którymi czujemy się jak w rodzinie z całym bagażem tego zjawiska, to jest jedno z najpoważniejszych zadań życiowych. Nie sądzisz? W przeciwieństwie do rodziny biologicznej, taka wybrana osobiście ma tę przewagę, że nie jest się na nią skazanym. Chociaż czasem trochę się jest. W końcu w grę wchodzi uczucie.

Moją pierwszą nieoficjalną rodziną były moje przyjaciółki z akademika. Poruszałyśmy się po mieście jak trzyosobowy gang, przynajmniej takie wrażenie sprawiały ruchy naszych ramion podczas marszu. Żyłyśmy na nieludzkiej powierzchni 15 metrów kwadratowych, miewałyśmy ciche dni, działałyśmy sobie na nerwy. Nie mam sióstr, mam tylko braci. One były dla mnie jak siostry. Nadal są.

Wszystkie moje miejsca pracy, w których wytrwałam dłużej niż rok, cechowały się tym, że było w nich trochę jak w rodzinie. To ta specyficzna atmosfera, w której co prawda zdarzają się wzajemne animozje, ale wykrzykuje się sobie, co jest na rzeczy prosto w twarz. Gdzie relacje z kolegami z pracy nie kończą się tylko na codziennym biznesie, small-talku i trochę przymusowych wyjściach na piwo, tylko są prawdziwą sympatią, a wyjścia na piwo zdarzają się jeszcze wiele lat po tym, jak wszyscy rzuciliście tę robotę. Niektórzy nigdy nie trafiają na zespół, który jest jak wielka rodzina. Ja mam do nich cholerne szczęście. Trochę to jednak szczęście w nieszczęściu, bo przez takich ludzi trwa się czasem zbyt długo w robocie, którą dawno już powinno się rzucić. Ale zawsze jest ta myśl, że już więcej nie trafi się na swoją rodzinę.

To jest trochę moja obsesja. Być może wynika to trochę z mojego introwertyzmu i nastawienia w kontaktach międzyludzkich przede wszystkim na własny komfort obcowania z drugim człowiekiem. Jeśli w jakieś grupie nie czuję się jak w rodzinie, jeśli razi mnie jakiś dystans, wyczuwam przymus, inne fale, nawet jeśli łączą nas wspólne zainteresowania, czy sprawy, nie wchodzę w to, powoli lub całkiem szybko się wycofuję. Test rodziny jest bezbłędny, ale polega tylko na subiektywnym uczuciu. To test na poczucie swobody, lubienie ludzi, bycie potrzebnym, bycie chcianym i bycie na swoim miejscu. Czasem miejsca i grupy, które wydawałyby się spełniać ten test, w praktyce okazują się jednak nie być moją rodziną. Na przykład, mam tak ze zlotami blogerów. To dla mnie zawsze energia zbyt rozproszona. Sprawa za mało wspólna. Ilekroć byłam na takim spędzie, zbijałam się w kupki z innymi wyrzutkami, stałam z boku, albo trzymałam się tylko znajomych z prawdziwego życia. Trochę jak w rodzinie czułam się na warsztatach literackich – wspólna pasja zbliża (chociaż blogowanie to też niby wspólna pasja, ale to jakaś mniej moja energia, pewnie właśnie tym wyznaniem na blogu strzelam sobie w kolano). Dawno temu bardzo na swoim miejscu czułam się na festiwalach muzycznych. Ostatnio jak u siebie czuję się, gdy robię aktywizm.

Cudowną zaletą dorosłości jest to, że możemy sobie wybierać nie tylko osoby, z którymi założymy rodzinę (odkąd oczywiście jako krąg kulturowy odeszliśmy od kojarzenia małżeństw), ale też grupy ludzkie, które będą naszą rodziną nieoficjalną. Nie jesteśmy skazani na szkolną klasę, w której czasem czuliśmy się jak wyrzutki, ani nic z tych rzeczy. Nie musimy ograniczać się do pracy, bo nie wszyscy mają tyle szczęścia, co ja. Gdy słucham swoich przyjaciół, dochodzę do wniosku, że wśród nich to mało kto ma, jakoś większość pracuje z debilami. Możemy szukać, angażować się, porzucać z rozczarowaniem, odkrywać. Do skutku. Mówię Wam, że posiadanie takiej rodziny, a nawet rodzin, to plus sto do sensu życia.

Zobacz także

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Obserwuj